— Jak sądzisz, Eli, czy jestem tak mało interesujący dla waszych służb, że ich ludzie nawet nie poprosili cię o obserwowanie mnie?
— Dlaczego nie? Prosili, rzecz jasna. Od razu, gdy tylko wróciłeś… Z czym przyszli, z tym wyszli.
— A ty miałaś z tego powodu kłopoty…
— Nic naprawdę poważnego, Tan. Nie przejmuj się, proszę cię!
— Może lepiej gdybyś się zgodziła, tak dla picu?
— Nie. Nie życzę sobie — ani dla picu, ani tak… Zrozum, żeby kablować na ukochanego, trzeba być wysoce moralną istotą o głębokim poczuciu obywatelskiego obowiązku. A ja jestem tylko sprzedajną dziewką. Ja się do tego nie nadaję… I skończmy z tym tematem, dobrze?
To odkrycie naprowadziło barona na pomysł, żeby samemu wykorzystać obszerne kontakty Elwiss do zbierania informacji, ale nie tajnych — broń Boże! — a zupełnie jawnych. Chodziło o to, że i jego, i Gragera interesowały nie tyle bojowe okręty nowej generacji, budowane w stoczniach Republiki, czy skład „umbarskiego ognia” — zagadkowej mieszanki zapalającej, wykorzystywanej podczas oblężeń i bitew morskich — co taka proza życia, jak obroty handlu karawanowego i wahania cen żywności na targowiskach Umbaru i Barad-Dur. Bardzo interesowały barona również najnowsze technologiczne osiągnięcia, coraz wyraźniej określające oblicze cywilizacji mordorskiej, która zawsze wywoływała u niego najszczerszy zachwyt… Dziwne to było, ale faktem jest, że właśnie na poły amatorska drużyna Faramira (a jej członkowie nie znajdowali się na służbie państwowej i przez wszystkie te lata nie otrzymali z kiesy państwa ani grosza) intuicyjnie doszła to tego stylu pracy, który stał się cechą wywiadów dopiero naszych czasów. Wiadomo ogólnie, że aktualnie niemal całą informację wywiadowczą, w tym tę najpoważniejszą, zdobywają nie zuchwali agenci obwieszeni mikroaparatami i bezgłośnymi pistoletami, a analitycy gorliwie szperający po gazetach, komunikatach giełdowych i w innych jawnych materiałach …
Póki Tangorn zagłębiał się, idąc za radą Elwiss, w działalności umbarskich finansistów, w porównaniu z którą magia Białej Rady wygląda na dziecinną zabawę w „kółko graniaste”, Grager, który stał się w tym czasie kupcem drugiej gildii Algoranem, założył w Khandzie kompanię zajmującą się dostawami do Mordoru oliwy z oliwek w zamian za produkty tamtejszych „wysokich technologu”. Dom Handlowy „Algoran i Co.” kwitł; starannie kontrolując koniunkturę na miejscowym rynku żywnościowym, firma stale rozszerzała swój udział w imporcie żywności i na pewien czas zdołała nawet zmonopolizować import fig. Co prawda, osobiście swojej filii w Barad-Dur szef kompanii nie odwiedzał, mając pewność, że w mordorskim kontrwywiadzie nie pracują same barany, jednakże nie musiał tego czynić, gdyż miejsce dowódcy armii jest nie w pierwszych szeregach atakujących, a na pagórku, w pewnym oddaleniu.
Wynikiem tej działalności stał się dwunastostronicowy dokument, znany dziś historykom jako „Memorandum Gragera”. Łącząc w jedną całość kilka pozornie odległy czynników, jak to, że tendencje do zwiększenia normy zysku z handlu karawanowego (zgodnie z tym, co uwidaczniało się na giełdach Umbaru i Barad-Dur), pojawienie się w mordorskim parlamencie serii protekcjonalistycznych ustaw, zainicjowanych przez lobby rolnicze — wynik gwałtownego wzrostu kosztów rodzimej produkcji rolnej — i chyba z dziesięć innych, Grager z Tangornem udowodnili rzecz matematycznie nie do obalenia: zależny od importu żywności Mordor nie potrafi poprowadzić jakiejkolwiek długotrwałej wojny. Jest na śmierć i życie związany handlem karawanowym z sąsiadami, którego nie da się pogodzić z wojną. Dlatego najbardziej zainteresowany jest utrzymaniem pokoju i, co z tego wynika, nie stanowi zagrożenia dla Gondoru. Z drugiej strony, bezpieczeństwo szlaków handlowych jest dla Mordoru sprawą istotną, dlatego w przypadku zagrożenia ich będzie działał twardo i być może niezupełnie racjonalnie. „Jeśli ktokolwiek ma ochotę wciągnąć Mordor w wojnę — orzekali w podsumowaniu zwiadowcy — to nie ma nic prostszego: wystarczy zacząć terroryzować karawany na Trakcie Ithilieńskim”.
Faramir w specjalnym referacie przekazał te uwagi do wiadomości Królewskiej Rady Gondoru, kolejny raz usiłując udowodnić, że sławetne „mordorskie zagrożenie wojenne” jest niczym innym jak mitem. Rada, jak to miała w zwyczaju, wysłuchała referatu z uwagą, nic z niego nie zrozumiała, a jako rezolucję wysłała do księcia stały zestaw uwag i pouczeń. Sprowadzały się one pokrótce do tego, że „dżentelmeni nie czytają cudzych listów”, a po drugie — „pańscy szpiedzy lenią się bardzo i zupełnie myszy nie chwytają”. Po czym „Memorandum Gragera” zostało przekazane do archiwum, gdzie wraz z innymi Faramirowymi meldunkami pokrywały je kolejne warstwy kurzu, aż do chwili, kiedy wpadły w ręce goszczącemu w Minas Tirith Gandalfowi…
Gdy zaczęta się wojna — dokładnie jak w opisanym przez nich scenariuszu — Tangorn przerażony pojął, że to jego sprawka.
— „Świat jest Tekstem”, chłopcze. Wszystko to pasuje do twych artystycznych gustów. Coś ci się nie podoba? — prychnął drewnianym głosem Grager, niepewną ręką rozlewając do szklanek kolejną porcję ni to tequili, ni to jakiejś innej bimbrowatej berbeluchy.
— Ale my pisaliśmy inny Tekst, zupełnie inny!
— Co to znaczy „inny”? Tekst, mój ty esteto, istnieje tylko wtedy, gdy współdziała z czytelnikiem. Każdy człowiek pisze własną historię Elendeil, a co tam chciał powiedzieć Airufin nie ma żadnego znaczenia. Wynika z tego, że my stworzyliśmy prawdziwie artystyczny tekst skoro czytelnicy — rezydent pokręcił palcem w okolicach ucha, tak więc nie wiadomo było kogo ma na myśli — czy to Rada Królewska, czy jakieś prawdziwie Siły Wyższe potrafiły zinterpretować go w tak przewidywalny sposób…
— Zdradziliśmy ich… Ktoś wykorzystał nas jak niemowlęta, ale to nas nie usprawiedliwia. I tak ich zdradziliśmy… — powtórzył Tangorn, wpatrując się w mętną, jadowicie opalizującą zawartość szklanki.
— Tu się zgadzam — nie usprawiedliwia… No to co? Łykniemy?
Nie mógł określić ile dni trwało ich pijaństwo — na szczęście obaj uważali, że rozwiązali swoje umowy o pracę. Zaczęli pić, gdy, ledwie usłyszawszy o wojnie, szef domu handlowego „Algoran” przyjechał do Umbaru, wykańczając po drodze kilka wierzchowców. Tu dowiedział się szczegółów. Zadziwiające, ale rozdzieleni, jakoś się trzymali, jednak gdy tylko popatrzyli sobie w oczy zrozumieli, że to koniec wszystkiego, co było im drogie. Właśnie oni doprowadzili do tego końca i to własnymi rękami. Dwaj szlachetni idioci… I nastał taki koszmarnie mdlący i ziejący alkoholem świt, kiedy ocknął się po dzbanie lodowatej wody wylanej nań przez Gragera. Grager był dokładnie taki jak wcześniej — precyzyjny i pewny siebie, a jego zalane krwią białka oczu i wielodniowy zarost wydawały się być detalami niezbyt udanego kamuflażu.
— Pobudka! — oświadczył bez cienia litości w głosie. — Jesteśmy znowu w pracy. Wzywają nas do Minas Tirith — osobiście mamy oświecić Radę Królewską co do perspektyw separatystycznego pokoju z Mordorem. Naturalnie jest to pilne i absolutnie tajne… Niech mnie diabli, może coś jeszcze się da naprawić! Jego Królewska Mość Denethor jest w wystarczającym stopniu pragmatycznym władcą, i widocznie wojna ta jest mu potrzebna jak karpiowi parasol.
Pracowali nad dokumentem przez trzy doby, bez snu i jedzenia, pijąc tylko kawę. Włożyli w to zajęcie swoje dusze i zawodowe mistrzostwo, gdyż pomylić się po raz drugi nie mieli prawa. Było to rzeczywiście arcydzieło: Stop nieubłaganej logiki i bezbłędnej intuicji, oparty na wspaniałej znajomości Wschodu, opisane doskonałym literackim językiem, który mógł poruszyć każde serce. To była droga do pokoju z przedmiotowym opisem niebezpieczeństw i pułapek na niej czyhających. Już kierując się do portu, Tangorn znalazł chwilę, by wpaść do Elwiss: