Выбрать главу

— Ja na jakiś czas wyjadę do Gondoru, nie smuć się beze mnie! Kobieta zbladła i powiedziała niemal niesłyszalnie:

— Idziesz na wojnę. Tan. Rozstajemy się na długo, a najpewniej na zawsze. Czy nie możesz przynajmniej pożegnać się ze mną po ludzku?

— Skąd te przypuszczenia, Eli? — szczerze zdumiał się baron. Wahał się przez kilka sekund, a potem machnął ręką i pękł: — Szczerze mówiąc, jadę właśnie po to, żeby powstrzymać tę kretyńską wojnę… Jest wstrętna w każdym swoim aspekcie, a ja bawić się w te klocki nie zamierzam, klnę się na komnaty Yalinoru!

— Idziesz na wojnę — powtórzyła Elwiss. — Wiem to na pewno. Cóż, będę się za ciebie modlić… I, proszę cię, idź już, nie warto w tej chwili patrzeć na mnie.

A gdy ich statek minął ponure sztormowe nabrzeża południowego Gondoru i wpłynął w ujście Anduiny, Grager rzucił przez zaciśnięte zęby:

— Wyobraź sobie, przyjeżdżamy do Minas Tirith, a tam robią wielkie oczy: „Kim wy jesteście, chłopaki? Co za Rada Królewska? Czy wy jesteście normalni? To byt jakiś żart, nikt was nie wzywał i nie oczekuje”. Ale się uśmiejemy…

Ale nie był to wcale żart i oczekiwano ich niecierpliwie już na przystani Pelargiru:

— Baron Grager i Baron Tangorn? Jesteście aresztowani. Tak łatwo „kupić” najlepszych zwiadowców Zachodu mogli tylko swoi.

39

— A teraz proszę nam opowiedzieć, baronie, jak pan tam, w tym swoim Umbarze zdradzał ojczyznę.

— Może bym ją i zdradził, pomyślawszy przedtem rozsądnie, ale na taką zakichaną ojczyznę nie znajdzie się kupiec.

— Proszę zaprotokołować: oskarżony Tangorn szczerze przyznał się, że planował przejście na stronę wroga i nie zdołał doprowadzić do realizacji pomysłu z powodu niezależnych od niego okoliczności.

— Właśnie tak, tak zapiszcie: „Może i coś planował, ale niczego nie zdążył zrobić”.

— Żeby móc pana poćwiartować, wystarczy aż nadto tego dokumentu, który przywieźliście ze sobą, wszystkich tych waszych „propozycji pokoju”!

— Zostały spisane na bezpośredni rozkaz Rady Królewskiej.

— Słyszeliśmy już tę bajeczkę! Możemy zobaczyć ten rozkaz?

— Diabli nadali, już mam odcisk na języku od tłumaczenia wam, że otrzymałem go z sygnaturą „RUN”, a takie dokumenty zgodnie z instrukcją są niszczone natychmiast po zapoznaniu się z nimi!

— Uważam, panowie, że po prostu nie powinniśmy nawet wnikać w obyczaje złodziei-szpiegów…

Taka gadanina trwała już drugi tydzień. Nie dlatego, że wina wywiadowców, czy wyrok, wywoływały u spierających się stron jakiekolwiek wątpliwości — po prostu Gondor, cokolwiek by się o nim powiedziało, był państwem prawa. Oznaczało to, że niewygodnego człowieka nie da się tu wysłać na szafot na skinienie nawet wysoko postawionej dłoni. Niezbędne było zachowanie pozorów przyzwoitości, dlatego obudowywano sprawę niezbędną liczbą formalności. Najważniejsze, że Tangorn ani razu nie pomyślał, że dzieje się coś niesprawiedliwego. Przeżywał coś takiego, co czasem robi kisiel z mężnego, niby zdrowo myślącego człowieka i który nagle zaczyna pisać haniebne, bezużyteczne „listy do panującego”. Wywiadowcy mieli być skazani nie z powodu błędu czy donosu, a właśnie za to, co zamierzali wykonać — usiłowali powstrzymać wybuch wojny, całkowicie niepotrzebnej ich krajowi. Nie ma się na kogo złościć i ciskać — wszystko odbyło się uczciwie i zgodnie z regułami… I kiedy pewnej nocy obudzono barona krzykiem: „Do wyjścia z rzeczami!”, po prostu nie wiedział co o tym myśleć.

W izbie więziennej kancelarii jego i Gragera powitał naczelnik pelargirskiego więzienia i książę Faramir, ubrany w polowy mundur jakiegoś nie znanego im pułku. Naczelnik był zły i zmieszany — wyraźnie wymuszano na nim jakąś nieprzyjemną decyzję.

— Umiecie czytać? — zimnym głosem zapytał książę.

— Ale w pańskim rozkazie…

— Nie w moim, a w królewskim!

— Tak jest, sir, w królewskim! Tak więc tam jest powiedziane, że formuje pan ochotniczy pułk do szczególnie ryzykownych operacji na tyłach wroga i ma prawo werbowania przestępców, jak tu powiedziano: „nawet wprost spod szubienicy”. Ale nie powiedziano, że mogą to być ludzie oskarżani o zdradę państwa i współpracę z wrogiem!

— Ale też nie powiedziano niczego przeciwnego. Nie zakazane, czyli dozwolone.

— Formalnie tak, sir. — Z tego, że klawisz zwraca się do następcy gondorskiego imperium po prostu „sir”, a nie „Wasza Królewska Mość”, Tangorn wywnioskował, że sprawy księcia kiepsko stoją. — Ale to jest widoczne gołym okiem niedopatrzenie! W końcu, to na mnie spoczywa odpowiedzialność… czas wojny… bezpieczeństwo ojczyzny… — W tym miejscu naczelnik nieco odzyskał kontenans, wyczuwając punkt oparcia. — Jednym słowem: nie mogę wypuścić, aż do pisemnego zezwolenia z góry.

— O, ma się rozumieć. W godzinie próby nie mamy prawa ślepo przestrzegać instrukcji. Należy sprawdzać wszystko z pomocą swego patriotycznego węchu… Jesteście patriotą?

— Tak jest, sir… To znaczy Wasza Królewska Mość! Rad jestem, że moje postępowanie zostało właściwie…

— Posłuchaj mnie zatem uważnie, szczurze więzienny — nie zmieniając tonu, ciągnął książę. — Zwróć uwagę na czwarty punkt mojego pełnomocnictwa. Mogę nie tylko przyjmować do siebie ochotników chłopów pańszczyźnianych, przestępców i innych, ale mam prawo do mobilizowania w imieniu króla urzędników militarnych urzędów, do którego zalicza się i twój. Tak więc albo wyjadę z tymi dwoma, albo z tobą, i przysięgam na strzały Orome, że tam, za Osgiliath, będziesz miał aż za dużo okazji okazania swego patriotyzmu! No to, jak będzie?

Odetchnęli dopiero, gdy mury więzienia zniknęły w oddali. Tangorn na zawsze zapamiętał, jak stał pośrodku nocnej ulicy, opierając się z powodu fali słabości o ramię księcia. Oczy miał zamknięte, a na uniesionej ku górze twarzy osiadła zimna mżawka, nasycona miejskimi dymami… Życie i wolność, czego jeszcze może chcieć człowiek? Faramir, nie tracąc ani chwili, poprowadził ich ciemnymi, tonącymi w błocie ulicami Pelargiru do portu.

— Diabli by to wzięli, panowie, dlaczego złamaliście mój rozkaz? Mieliście siedzieć w Umbarze i nie wysuwać stamtąd czubka nosa? Co to za historia z tym waszym wezwaniem?

— Rozkaz do nas nie doszedł, a co do wezwania… Myśleliśmy, że wytłumaczysz nam wszystko, jako członek Rady Królewskiej.

— Już nie: Radzie Królewskiej deferyści nie są potrzebni.

— Ach tak… Posłuchaj, a ten twój pułk… Wymyśliłeś go, żeby nas wyciągnąć?

— No, powiedzmy, że nie tylko w tym celu.

— Ale przecież podstawiłeś się na całego…

— Kicham na to. Mam teraz wspaniały status — „dalej niż na front nie pogonią, dadzą co najmniej pluton pod bronią”, więc wykorzystuję to, jak tylko się da.

Na nadbrzeżu odnaleźli niewielki stateczek; obok, na pirsie, kimali owinięci w maskujące płaszcze dwaj, dość dziwni żołnierze. Zasalutowali wyraźnie niezgodnie z Regulaminem Faramirowi, obrzucili taksującym spojrzeniem wywiadowców i bez zwłoki zaczęli przygotowywać się do wypłynięcia — na ile mógł ocenić Tangorn, bardzo zręcznie.