Выбрать главу

— Cóż, książę, ruszamy, nie czekając na świt?

— Wiesz, to, że w rozkazie nie ma wyjątków w postaci przestępców rangi państwowej, to rzeczywiście niedopatrzenie. Chcesz się przekonać, jak szybko się połapią?

Faramir miał świętą rację. „Uzupełnienie Nr l do królewskiego rozkazu Nr 3014-227: Amnestia przestępców, zamierzających wziąć udział w obronie ojczyzny, wyjątki: osoby winne przestępstw państwowych” przybyło do Pelargiru następnego ranka. Stateczek księcia tymczasem był już w połowie drogi do przystani Harlondu, gdzie znajdowały się koszary formującego się Pułku Ithilien. Oczywiście schwytano by ich i tam, ale gdy policyjne szarże z nakazem aresztowania pojawiły się w obozie Ithilieńczyków, okazało się, że poszukiwani — jaka szkoda, dosłownie godzinę temu! — wypłynęli w składzie grupy zwiadowczej na drugi brzeg Anduiny. O tak, wyprawa będzie długa — miesiąc, może i więcej. Och nie, grupa działa w trybie autonomicznym, nie przewiduje się z nią łączności. Zresztą możecie sami udać się za Osgiliath i poszukać ich tam. Orokuenowie też ich poszukują… Ach, no to w niczym nie mogę pomóc, proszę mi wybaczyć. Kapralu, proszę odprowadzić gości. Mają pilne sprawy w Minas Tirith!

Słusznie się mówi, że „wojna wszystko wybieli”, gdyż po jakimś czasie o zdrajcach-rezydentach po prostu zapomniano — inne rzeczy stały się ważniejsze. Całą wojnę Tangorn spędził w Ithilien; walczył bez specjalnego entuzjazmu, ale odważnie i umiejętnie, starał się osłaniać żołnierzy jak mógł — dokładnie tak, jak kiedyś opiekował się agentami swojej siatki. To akurat było normą w ich pułku, a stosunki między oficerami i żołnierzami w oddziale dość różniły się od ogólnie przyjętych. Wieśniacy pracujący za uwłaszczenie, rozbójnicy odrabiający swą amnestię, jegrzy przez cale życie pilnujący jeleni w królewskich lasach, i kłusownicy przez całe życie na te jelenie polujący, arystokraci-awanturnicy wcześniej przyjaźniący się z Boromirem, i arystokraci-intelektualiści z ich byłej, przedwojennej kompanii — wszyscy oni stworzyli zadziwiający stop, niosący piętno osobowości swego demiurga, kapitana Faramira. Nie ma co się więc dziwić, że Aragorn nakazał rozwiązanie pułku następnego dnia po Wiktorii na Polach Pelennoru.

Do Mordoru Tangorn dotarł już sam, jako osoba prywatna — zabójcę ciągnęło na miejsce zbrodni. Bitwa pod Kormallen była już za nimi, więc zdążył tylko na ucztę zwycięzców na ruinach Barad-Dur. „Patrz — nakazywał sobie — i nie odwracaj wzroku. Ciesz się z wyników swej pracy!” A potem przypadkowo trafił do wąwozu Teshgol, akurat kiedy odbywało się tam „czyszczenie” i struna pękła… Od tego momentu żył twardo, mówiąc sobie: „Siła Wyższa darowała mi wtedy drugie życie, ale darowała nie ot tak sobie, na krzywy ryj, a żebyś mógł odkupić to zło, które wyhodowałeś niechcący w życiu poprzednim, przed Teshgolem”. Przeczucie podpowiedziało mu wtedy, że powinien dołączyć do Haladdina, ale jak się przekonać, czy wybór był słuszny? I nagle z absolutną, jakąś nieziemską wyrazistością zrozumiał: owo drugie życie dane mu jest nie na zawsze, a jedynie wypożyczone, i zostanie odebrane, gdy tylko spełni swą misję. Właśnie tak: nie zgadnie (albo uda, że nie zgadł) — będzie żył do głębokiej starości, odgadnie — osiągnie odkupienie za cenę życia. Ma tylko prawo do tego niezbyt wesołego wyboru, ale to prawo to jedyna rzecz, jaka różni go od martwiaków Aragorna. Ostatnia myśl — o Aragornowych martwiakach — spowodowała, że wrócił ze świata wspomnień na przedwieczorne nadbrzeże Trzech Gwiazd. A więc, martwiała… Zapewne nikt i nigdy nie pozna tajemnicy ich pojawienia się, a elfy potrafią strzec swych sekretów. Ale umbarskie statki, które dostarczyły ten koszmarny ładunek pod mury Minas Tirith to zupełnie inna sprawa: one mają właścicieli i załogi, mają listy frachtowe i rachunki ubezpieczeniowe. Elficcy agenci na pewno popracowali i nad tą sprawą. Właściwie już krąży legenda, że była to niby piracka flota, która przybyła grabić Pelargir, ale czasu minęło nie tak znowu dużo i pewne ślady mogły pozostać nie zatarte. Te ślady naprowadzą go na ludzi, którzy wynajęli statki, a ci z kolei na nieznanego jak na razie Elandara. Nie ma po prostu sensu wszczynać tej gry, którą z Haladdinem zamierzali zaproponować Lorien, na niższym poziomie.

Najzabawniejsze, że pomóc mu powinien w poszukiwaniu kontaktu z elfem nie kto inny, ale mordorski wywiad, o kontakty z którym oskarżano kłamliwie Gragera cztery lata temu; oczekując na egzekucję w pelargijskim więzieniu, nawet nie wyobrażał sobie, że kiedyś naprawdę będzie współpracował z tymi ludźmi… Potrafiłby zapewne dojść do tropów siłami swoich ludzi, ale jego siatka została „zakonserwowana” i jej odtworzenie wymagało kilku tygodni, którymi po prostu nie dysponuje. A Mordorczycy najprawdopodobniej są w posiadaniu materiałów dotyczących tego epizodu — nie może być inaczej, albo ich rezydentowi należy się dymisja i kara. Problem tylko w tym, czy zechcą oni podzielić się informacjami, i czy w ogóle zechcą się kontaktować — przecież dla nich teraz jest Gondorczykiem, wrogiem… Dobra, wszystko się wyjaśni jutro. Kontakt jaki przekazał Haladdinowi Sharha-Rana, wyglądał tak: portowa tawerna „Morski konik”, nieparzysty wtorek, to znaczy jutro, jedenasta rano; zamówić butelkę tequili i talerzyk z cząstkami limony, zapłacić złotą monetą, pogadać o czymkolwiek z kimkolwiek, posiedzieć z dziesięć minut przy stoliku w lewym tylnym kącie sali, po czym należy udać się na plac Castamira Wielkiego, gdzie przy prawej kolumnie dojdzie do samego spotkania i wymiany haseł… No to jak? Pospacerować jeszcze po nadbrzeżnych uliczkach, a potem powoli do hotelu?

W tym momencie ktoś go zawołał:

— Przecież czeka pan na dziewczynę, szlachetny panie — kup więc dla niej kwiatek!

Tangorn leniwie odwrócił się i na chwilę stracił oddech: nie chodziło o to, że dziewczyna z kwiatami była po prostu piękna, a o to, że jej koszyczek wypełniały fiolerowo-złociste orchidee z gatunku meotis, niesamowicie rzadkiego o tej porze roku. A meotisy były ulubionymi kwiatami Elwiss.

40

Przez wszystkie te dni pod różnymi pretekstami odkładał spotkanie z nią. „Nigdy nie wracaj tam, gdzie byłeś szczęśliwy…” Od czasu, kiedy tak udanie przewidziała: „Idziesz na wojnę” upłynęło wiele wody i jeszcze więcej krwi… Ani on, ani ona już nie będą tacy, jak wcześniej — czy warto więc chodzić po zgliszczach i organizować seanse nekromancji? Elwiss, jak się dowiedział, jest obecnie w najwyższym stopniu poważną i szacowną osobą, a wspaniała intuicja pozwoliła jej zbić na giełdzie przyzwoity majątek. Chyba nie jest zamężną, ale jakoś tak ni to zaręczona, ni to po słowie z jednym z filarów świata interesów. Po diabła więc jej niespokojne i niebezpieczne widmo przeszłości? I oto teraz cała ta wzmocniona obrona runęła w jednej chwili.

— Ile kosztują twe kwiaty, ślicznotko? Mam na myśli cały koszyk?

Dziewczyna — na oko miała jakieś trzynaście lat — ze zdziwieniem popatrzyła na Tangorna.

— Nie jesteś tutejszy, szlachetny panie! Przecież to meotisy, są drogie.

— Tak, tak, wiem. — Sięgnął do kieszeni i nagle pojął, że wydał całe swoje srebro. — Wystarczy ci dungan?

Jej wspaniałe oczy nagle zgasły, pojawiały się w nich i natychmiast ginęły zaskoczenie i strach, potem zostało tylko zmęczenie i obrzydzenie.

— Złota moneta za kosz kwiatów to zbyt wiele, szlachetny panie… — powiedziała cicho. — Ja wszystko rozumiem… Zaprowadzisz mnie do siebie?

Baron nigdy nie cierpiał na przesadną uczuciowość, ale w tym momencie jego serce ścisnęła żałość i gniew.