— Przestań! Nie potrzebuję niczego prócz twych orchidei, słowo honoru. Przecież nigdy wcześniej nie świadczyłaś takich usług.
Skinęła głową i jak dziecko pociągnęła nosem.
— Dungan to dla nas ogromne pieniądze, szlachetny panie. Mogłybyśmy z mamą żyć za nie przez pół roku…
— No to, żyjcie sobie — mruknął Tangorn, wkładając w jej dłoń złoty okrąg z profilem Saurona. — Pomódl się za powodzenie dla mnie, na pewno będzie mi potrzebne, i to wkrótce…
— Więc nie jesteś szlachetnym panem, a rycerzem Fortuny? — Teraz była to cudowna mieszanka ciekawości, dziecięcego zachwytu i dorosłej kokieterii. — Nigdy bym nie pomyślała!
— Tak jakby — uśmiechnął się baron i, wziąwszy koszyk z kwiatami, skierował się na ulicę Jaspisową. Dogonił go jej srebrzysty głosik:
— Na pewno ci się powiedzie, rycerzu, uwierz mi! Będę się modliła z całych sił, a moje modlitwy są wysłuchiwane, naprawdę!
Tina, stara służąca Elwiss, otworzywszy mu drzwi odsunęła się, jakby zobaczyła upiora. „Aha — pomyślał — wygląda na to, że moje pojawienie się jest prawdziwą niespodzianką i zapewne nie wszystkim będzie w smak”. Z tą myślą skierował się do salonu, skąd dochodziły dźwięki muzyki, obok niego dreptała mamrocząca jakieś skargi staruszka. Wyczuła już chyba, że wizyta z przeszłości nie wyjdzie na dobre… Towarzystwo w salonie tworzyło kilka, ale za to wybitnych osób. Grano Trzecią sonatę Akvino, przy tym grano wspaniale. Na bezgłośnie przystającego w drzwiach barona nikt w pierwszej chwili nie zwrócił uwagi, więc przez kilka minut mógł wpatrywać się w odwróconą plecami Elwiss, ubraną w granatową suknię. Potem gospodyni odwróciła się, ich spojrzenia skrzyżowały się, w umyśle Tangorna zrodziły się jednocześnie dwie myśli, przy tym jedna głupsza od drugiej. Pierwsza brzmiała: „Są jednak na świecie kobiety, którym wszystko wychodzi na dobre, nawet wiek”, a druga: „Ciekawe, upuści swój kielich, czy nie?”
Ruszyła ku niemu wolno, bardzo wolno, jakby pokonując opór, ale opór — czuło się to od razu — tylko zewnętrzny. Wydawało mu się, że problemem jest muzyka, która zmieniła pokój w przeskakujący z kamienia na kamień górski strumyk i Elwiss musiała iść do niego pod prąd. Potem rytm jej kroków zaczął się zmieniać, Elwiss zmierzała ku niemu, ale muzyka nie poddawała się, z płynącego ruczaju zmieniła się w nieprzebyty kłąb jeżyn. Kobieta musiała przedzierać się przez jej kolczasty gąszcz, co było trudne i bolesne, bardzo bolesne, ale nie widać było tego po niej. A porem wszystko się skończyło: muzyka poddała się, opadała bezwładnymi spiralami do jej stóp, a ona, jakby jeszcze nie wierząc, ostrożnie przejechała opuszkami palców po jego twarzy:
— Tan… Miły mój. Wróciłeś jednak… — Na pewno stali tak objęci całą wieczność, a potem ona wzięła go pod ramię i szepnęła: — Chodźmy.
Wszystko było takie samo — i inne. To była zupełnie inna kobieta, i odkrywał ją na nowo, jak za pierwszym razem. Nie było wulkanicznych namiętności, ani wyrafinowanych pieszczot, zawieszających umysły na drżącej pajęczynie nad przepaściami słodkiego omdlenia. Była ogromna, wszechogarniająca czułość, i oboje rozpuścili się w niej. Nie było już dla nich innego rytmu, prócz drżenia Ardy, przedzierającej się przez rozsypane na firmamencie kłujące gwiazdy… „Jesteśmy skazani na siebie” — powiedziała kiedyś. Cóż, jeśli tak jest, to dziś wyrok został wykonany.
— Na długo przyjechałeś do nas, do Umbaru?
— Nie wiem, Eli. Słowo honoru, nie wiem… Chciałbym na zawsze, ale może tak się stać, że tylko na kilka dni. Tym razem, jak mi się wydaje, nie ja decyduję, a Siły Wyższe.
— Rozumiem… Więc znowu jesteś w pracy. Potrzebujesz pomocy?
— Nie sądzę. Może jakieś drobiazgi…
— Kochany, przecież wiesz, że dla ciebie jestem gotowa na wszystko. Nawet na miłość w pozycji misjonarza!
— No nie, takiej ofiary od ciebie nie będę wymagał — roześmiał się Tangorn, dostosowując się do jej wesołości. — Chyba,że jakiś drobiazg, raz czy dwa zaryzykować życie…
— To co innego. Więc czego potrzebujesz?
— Żartuję, Eli. Wiesz, te gry stały się teraz naprawdę niebezpieczne. To nie są te poprzednie idylliczne czasy. Szczerze mówiąc, nawet przyjście tu było zupełnym szaleństwem, chociaż niby dobrze sprawdzałem czy i kto za mną idzie… Tak więc, łyknę kawy i powlokę się na miękkich nogach do hotelu.
Na chwilę nad pokojem zawisła cisza, potem Elwiss powiedziała dziwnym, bezbarwnym głosem:
— Tan, boję się… Jestem kobietą, wyczuwam przyszłość. Nie odchodź, błagam cię…
Rzeczywiście zbladła straszliwie, nigdy nie widział jej w takim Stanie… Nigdy? W pamięci usłużnie pojawił się obraz sprzed czterech lat: „Idziesz na wojnę, Tan…” „Diabli nadali, czego się dotknę, to się kruszy” — pomyślał niezadowolony. A tymczasem kobieta przylgnęła doń i nie miał szans oderwać się od niej. Powtarzała:
— Zostań ze mną, proszę cię! Przypomnij sobie, przez wszystkie te lata nigdy cię o nic nie prosiłam… Ale ustąp mi raz, tylko raz!
Więc ustąpił, żeby ją uspokoić. Właściwie, co to za różnica skąd pójdzie na kontakt do „Morskiego konika”? A drużyna Ichneumona czekała na niego tej nocy w „Szczęśliwej kotwicy” na próżno.
Cóż, nie pojawił się dziś — pojawi się jutro. Zamiast biegać za nim po całym mieście lepiej urządzić zasiadzkę przy norze, nie ma pośpiechu; a poza tym, nie należy dzielić grupy przechwytującej barona. Wszak był kiedyś „trzecim mieczem Gondoru”, to już nie psi fiut… Co jak co, ale czekać Ichneumon potrafił.
Tajna służba Umbaru, wygodnie i niezawodnie ukryta w przesiąkniętych zapachem tekturowego kurzu, laku i atramentu trzewiach Ministerstwa Spraw Zagranicznych pod umyślnie niezrozumiałym szyldem DSD — „Departament Specjalnej Dokumentacji”, była organizacją niewidzialną. Państwową tajemnicą był nawet adres jej lokalu sztabowego, a jest nim „Zielony Dom” w zaułku Błotnym, który to dom czasem wspominany jest odpowiednio ściszonym głosem w rozmowach „dobrze poinformowanych ludzi” z grona senatorów i wyższych urzędników. W rzeczywistości mieści się tam tylko archiwum z odtajnionymi dokumentami, które wyleżakowały się tu przez zapewniony prawem okres stu dwudziestu lat. Jak się nazywa dyrektor departamentu wiedzą tylko trzy osoby: kanclerz, minister wojny i generalny prokurator Republiki — pracownicy firmy mają prawo zabijać tylko z nakazu prokuratury, z tym że sankcję na mord otrzymują czasem wstecznie, po fakcie. Imion czterech wicedyrektorów nie zna nikt poza samym dyrektorem.
W odróżnieniu od służb specjalnych, tworzonych na bazie policji — te z reguły na zawsze zachowują ciągotki do pompatycznych administracyjnych budynków na głównych ulicach stolic i do zastraszania obywateli legendami o swej wszechpotędze i wszeobecności — DSD powstał raczej jako służba bezpieczeństwa dużej, handlowo-przemysłowej korporacji. Dlatego zapewne bardziej był zainteresowany tym, by w dowolnych okolicznościach pozostawać w cieniu. Organizacyjna struktura departamentu skopiowana została z zamorro — umbarskich przestępczych syndykatów: system odizolowanych komórek, łączących się w sieć tylko poprzez swych dowódców, którzy z kolei tworzą komórki drugiego i trzeciego szeregu. Współpracownicy firmy żyją na specjalnie opracowanych legendach nie tylko za granicą, ale i w domu; nigdy nie noszą broni, chyba, że wymaga tego legenda, i pod żadnym pozorem nie zdradzają swej tożsamości i przynależności do organizacji. Przysięga milczenia i umberto — zasada, którą niegdyś Grager wyjaśnił Tangornowi jako: „Wejście — dungan, wyjście — sto”, łączą jej członków w coś na kształt tajnej rycerskiej kapituły. Trudno w to uwierzyć, znając umbarskie nawyki, ale przez trzy wieki istnienia DSD (nawiasem mówiąc, oficjalną swą nazwę firma zmienia z taką samą regularnością, jak wąż skórę) przypadki zdrady w jego szeregach można było policzyć na palcach jednej ręki.