Zadanie departamentu polega na tym, by „wyposażać władze Republiki w dokładne, aktualne i obiektywne informacje o sytuacji w kraju i za jego granicami” (koniec cytatu). Wiadomo, że obiektywne może być tylko źródło niezależne i nie zainteresowane wynikami swej pracy, i dlatego DSD — zgodnie z prawem — tylko gromadzi informacje, ale nie uczestniczy w wypracowywaniu militarnych i politycznych decyzji na nich bazujących i nie ponosi odpowiedzialności za konsekwencje takich decyzji. Departament jest rodzajem przyrządu pomiarowego, któremu kategorycznie zakazano wtrącania się do obserwowanego procesu. Taki podział funkcji jest naprawdę mądry. W przeciwnym przypadku wywiad zaczyna albo wysługiwać się władzy, komunikując tylko to, co ta chciałaby usłyszeć, albo wychodzi spod kontroli, a wtedy zaczynają się takie cuda, jak zbieranie kompromitujących informacji o własnych obywatelach, prowokacje czy nieodpowiedzialne akcje dywersyjne poza granicami, uzasadnione starannie spreparowanymi komunikatami.
Z punktu widzenia prawa wszystko, co miało miejsce tego letniego wieczora w pewnej nie rzucającej się w oczy willi, gdzie spotkali się dyrektor DSD Almandin, jego pierwszy zastępca Jakuzzi zawiadujący siatką i działaniami operacyjnymi w kraju, i dowódca sztabu admirała Carnero, kapitan flagowy Maccarioni, miało cechy „zdrady państwowej w postaci spisku”. Jego uczestnicy, na tę okazję porzucając odwieczną niechęć „łapsów” do „mundurowych”, nie garnęli się do władzy — wcale nie; po prostu zwiadowcy zbyt dobrze wiedzieli, czym skończy się dla ich małego kwitnącego kraju jego pochłonięcie przez chciwy, despotyczny Gondor, i dlatego nie potrafili spokojnie ulokować się na fali za władzą, obfajdaną na rzadko…
— Jak się ma szef, kapitanie?
— Całkiem dobrze. Sztylet tylko drasnął jego płuco, a plotki, jakoby admirał jest umierający, rozpuszczamy my sami. Jego ekscelencja nie wątpi, że za kilka tygodni będzie już na nogach i nic nie przeszkodzi mu własnoręcznie dowodzić podczas operacji „Sirocco”.
— A my niestety mamy fatalne wieści, kapitanie. Nasi ludzie donoszą z Pelargiru, że Aragorn gwałtownie forsuje przygotowanie floty do agresji. Według ich szacunków, będzie ona gotowa za jakieś pięć tygodni…
— Grom i diabli! Jednocześnie z naszą!
— Właśnie tak. Nie muszę panu objaśniać, że w ostatnich dniach przed pełnym bojowym rozwinięciem armia i flota są zupełnie bezbronne — jak homar podczas linienia. Oni przygotowują się w Pelargirze, my — w Barangarze. Idziemy praktycznie łeb w łeb, można osiągnąć co najwyżej przewagę jakichś dwóch, może trzech dni, ale kto te dwa dni złapie, ten zgarnie przeciwnika cieplutkiego w domowych pieleszach ojczystej przystani. Tylko taka jest różnica, że oni szykują się do wojny otwarcie, a my ukrywamy wszystko przed własnym rządem i dwie trzecie sił tracimy na maskowanie i dezinformację… Proszę powiedzieć, kapitanie, czy może pan jakoś przyspieszyć przygotowanie w Barangarze?
— Tylko za cenę osłabienia ich utajnienia… Ale chyba będziemy musieli zaryzykować, nie mamy innego wyjścia. Najważniejsze jest teraz, jak zamydlić oczy tym z Nadmorskiej 12, ale to, jak rozumiem, raczej pana specjalność…
Kiedy marynarz pożegnał się i wyszedł, szef DSD pytająco spojrzał na swego towarzysza. Wywiadowcy tworzyli zabawną parę — gruby, jakby wiecznie zasypiający w biegu Almandin, i chudy, dynamiczny jak barrakuda Jakuzzi. Przez lata współpracy nauczyli się rozumieć siebie nawet nie w pół słowa, a w pół spojrzenia.
— No?
— Mam tu materiały dotyczące szefa gondorskiej agentury…
— Kapitan Tajnej Straży Marandil, przykrywka — drugi sekretarz konsulatu.
— Właśnie ten. Rzadkie bydlę, nawet na ichnim tle… Ciekawe, czy wszystkie swoje szumowiny spławili do nas, do Umbaru?
— Nie sądzę. W Minas Tirith ci chłopcy działają tak samo jak i tu, to ich maniera. Tyle, że trupy są wrzucane nie do kanałów, a do dołów… Ale, skoncentrujmy się na sprawie.
— Dobrze. Ten Marandil. To jest taki bukiet szlachetności…
— I, jak rozumiem, chcesz go zwerbować za pomocą któregoś z tych kwiatuszków z bukietu…
— Niezupełnie. Na to, co ma za sobą, nie uda się — Aragorn im wszystko darował. A bieżące… Po pierwsze, jest żałośnie nieprofesjonalny, a po drugie, zupełnie bez moralnego trzpienia i na pewno nie wytrzyma uderzenia. Jeśli tylko popełni jakiś błąd, za który można go będzie przydusić — jest ugotowany. A naszym zadaniem jest pomóc mu popełnić taki błąd.
— Cóż, pracuj w tym kierunku… A na razie rzuć im jakąś kość, żeby odciągnąć ich uwagę od zalewu Barangar. Oddaj im, na przykład… a nawet wszystko, co mamy na agenturę Mordoru!
— A na co ona im teraz?
— Na nic, ale jak słusznie zauważyłeś, ponieważ są tak kompromitujące nieprofesjonalni, to zadziała odruch rekina — najpierw potkną, a potem będą się zastanawiać: „Potrzebne nam to było?” Zaczną więc dzielnie patroszyć nikomu już niepotrzebną mordorską siatkę, zapomniawszy o reszcie świata. No i „gest dobrej woli” z naszej strony. To nam da trochę wytchnienia, a sami przygotujemy sidła na Marandila.
Pulchne dossier DSD na siatkę Mordoru w Umbarze zostało tego samego wieczora przekazane na Nadmorską 12 i wywołało tam stan bliski euforii. A między innymi podpuchami była tam i taka: „Tawerna »Morski konik«, jedenasta rano, nieparzysty wtorek: wziąć butelkę tequili z cząstkami limony i usiąść przy stoliku w lewym tylnym kącie sali”.
41
Gdy Tangorn pchnął zbite byle jak z okrętowego poszycia drzwi wejściowe i zaczął schodzić po oślizłych stopniach do sali głównej, przesiąkniętej niemożliwą do usunięcia wonią gorzkiego czadu, starego potu i rzygowin, do jedenastej brakowało kilku minut. Ludzi z powodu wczesnej pory było mało, ale część miała już w czubie. W kącie para Chaldejów niejako z obowiązku tłukła pojękującego oberwańca. Chciał pewnie zniknąć, nie płacąc, a może coś gwizdnął. Na spuszczane mu manto nikt nie zwracał uwagi — czuło się, że takie estradowe numery wchodzą w koszty obsługi. »Morski konik« był lokalem szczególnego typu…
Na barona nikt nie zezował — wybrany przezeń na dziś strój fartownego chłoptasia wykonany był bezbłędnie: czwórka rżnących w kości Pomorzan z niewyobrażalnie wielkimi sygnetami na wytatuowanych łapach wyraźnie usiłowała określić położenie Tangorna w hierarchii świata przestępczego, ale nie mogąc się pogodzić wrócili do przerwanej gry. Tangorn tymczasem niedbale oparł się o kontuar i przyjrzał się sali, po szpanersku przerzucając z jednego kąta ust do drugiego wykałaczkę z drewna sandałowego o gabarytach niemal galerniczego wiosła. Nie miał złudzeń, że uda mu się odkryć, kto prowadzi tu kontrobserwację, w końcu szanował swoich kolegów z Mordom, ale… Przy kontuarze sączyli rum dwaj marynarze, sądząc po wymowie i ubraniu mieszkańcy Anfalas, jeden zupełny młokos, drugi nieco starszy.
— Skąd przypłynęliście, chłopy? — przyjaźnie zagadnął baron.
Starszy popatrzył na szczura lądowego jak na puste miejsce i nie raczył odpowiedzieć. Młodszy nie utrzymał morskiego fasonu i wypalił sakramentalne: