— Pływają gówna i ryby, a marynarze idą w rejs!
Ta para chyba była prawdziwa…
Wypełniwszy w ten sposób punkt dotyczący „rozmowy”, Tańcom królewskim gestem cisnął na szynkwas złotą wendotenijską njanmę:
— Tequili mi daj, gospodarzu, ale najlepszej! Karczmarz z obwisłymi wąsami, które nadawały mu wygląda morsa prychnął:
— A my mamy, chłopcze, jedną. Jest ci ona i najlepsza, i najgorsza zarazem. Bierzesz?
— A co mam zrobić… Do tego, skoro już tak idzie, nastrugaj limony na zagrychę.
Gdy usiadł ze swą tequilą przy lewym narożnym stole, kątem oka zauważył jakiś ruch w sali i natychmiast, nawet nie szacując układu, zrozumiał: koniec, wpadka. Byli tu już przed nim, daje za to głowę, a to znaczy, że nie on przywlókł ich na „ogonie”. Sam kontakt jest „zaświetlony”, oczekiwali tu mordorskiego łącznika — i doczekali się… Ależ wpadł, najgłupiej jak można. Czwórka „Pomorzan” rozdzieliła się — dwaj zajęli pozycje przy drzwiach wejściowych, a pozostali dwaj już kierowali się do niego niedbałym kołyszącym krokiem, omijając stoły i nie wyjmując prawych rąk spod poły kamizel. Gdyby miał przy sobie Usypiacz, to oczywiście załatwiłby tych chojraków bez problemu i nawet by ich za bardzo nie pokroił. Ale bezbronny — miecz wyraźnie nie pasował do dzisiejszego przebrania — stał się ich zdobyczą. Ot, masz te swoje: „Prawdziwi zawodowcy nie noszą broni”! Przemknęła przez głowę kretyńska myśclass="underline" trzepnąć butelką o stół i… „Co ty pleciesz — obsztorcował siebie — »tulipan« to nie miecz, czterech ludzi nim nie potniesz. Możesz liczyć tylko na głowę… Na głowę i na Fortunę. Ale przede wszystkim należy zmącić ich scenariusz i zyskać na czasie…” Tak więc nie zaczai nawet podnosić się im na spotkanie. Poczekał aż przy uchu zabrzmiało złowieszcze: „Ręce na stół, i siedź jak mysz pod miotłą”, i odwróciwszy się do mówiącego, syknął, jakby spluwając przez zęby:
— Idioci! Taką operację zafajdaliście… — Po czym westchnął i poradził zmęczonym głosem temu z prawej: — Zamknij paszczę, durniu, bo ci Nazgul wleci.
— Zaraz wstaniesz i pójdziesz z nami, i bez żartów — odparł tamten, ale w głosie jego już rozbrzmiała nutka niepewności: twarda minastiritska wymowa wyraźnie nie była tą, której się spodziewali z ust schwytanego orokuena.
— Oczywiście, że z wami, a z kim jeszcze. Dostaniecie po lewatywie z terpentyny za to, że pchacie się gdzie popadnie, nie powiadamiając Ośrodka, barany… Ale, jeśli pozwolicie — dodał z szyderczą uprzejmością — dopiję to: za swoje niedoszłe kapitańskie pagony… Nie sterczcie tak nade mną, jak Białe Wieże! Gdzie wam mogę uciec! Broni nie mam — możecie mnie ostukać.
Prawy z „Pomorzan”, jak wyczuł, już był gotów zasalutować. Na lewego jednakże nie podziałało. Albo i podziałało, tylko lepiej znał instrukcje. Przycupnął przy stoliku, naprzeciwko barona, i dał znak towarzyszowi, by zajął miejsce za plecami Tangorna.
— Trzymaj ręce na stole, bo… sam rozumiesz. — Z tymi słowami nalał baronowi szklaneczkę tequili i wyjaśnił: — Sam cię obsłużę. Dla pewności.
— Wspaniale — uśmiechnął się baron. W rzeczywistości nie czuł się wspaniale — od frontu jeden, wpatruje się w twarz i oczy, drugi za plecami, niewidoczny, w każdej chwili może przygrzać po łbie. Nic miłego. — A palec też mi sam poliżesz?
A gdy w oczach tamtego błysnęła złość i obietnica: „Pogadamy jeszcze sobie…” , pokojowo roześmiał się, jak gdyby dopiero teraz zrozumiał:
— Wybacz, chłopie, nie miałem nic obraźliwego na myśli. Do mnie nie dotarło: przecież jesteś pewnie w tym mieście od niedawna i nie wiesz, jak się pije tequilę. Pewnie myślisz — bimber, świństwo! — ale nie, nic podobnego. To znaczy — tak, jeśli ktoś żłopie szklankami i bez zakąski, to rzeczywiście nie do przyjęcia. Ale tak naprawdę to znakomita rzecz, byle pić umiejętnie. Co jest najważniejsze? — Tangorn rozparł się na krześle i przymknął powieki. — Najważniejsze przełożyć jej smak solą i kwaskiem. Patrz: nakładasz na paznokieć kciuka szczyptę soli, a żeby nie spadła, należy to miejsce uprzednio polizać. — Z tymi słowami sięgnął do stojącego na środku stołu talerzyka z solą i papryką; „Pomorzanin” przy tym ruchu sięgnął za pazuchę, ale nie wrzeszczał „Ręce na stół!” Wyglądało, że uczciwie pobiera lekcję. — Teraz dotykasz soli samym koniuszkiem języka, i… hopla-a! Och, diabli-diabli-diabli! Co za świństwo dają w tym lokalu?! A teraz limonką ją, limonką… Dos-skonała!
— Albo inny, też dobry sposób… Nalej drugiego, skoro już robisz za kelnera! To już nie z solą będzie, a z papryczką. — Znowu sięgnął do solniczki, ale znieruchomiał w pół drogi i z rozdrażnieniem odwrócił się do drugiego „Pomorzanina”: — Słuchaj, koleś, daj do tyłu kapkę, co? Nie mogę jak ktoś tak wali czosnkiem prosto w moje ucho!
— Stoję zgodnie z instrukcją — odpowiedział tamten rozeźlony.
„Głupcze — pomyślał baron — »zgodnie z instrukcją« to nie wolno ci przede wszystkim wszczynać ze mną rozmowy. Ta wymowa: »instrukc-jom«… musi być urodzony w Lebennin… Zresztą, nieważne. Ważne jest to, że stoi nie dokładnie za mną, a o krok w lewo, i mierzy sześć stóp bez dwóch cali… Wszystko? Tak, wszystko: głowa zrobiła co mogła, teraz kolej na Fortunę…” Sekundę później Tangorn, wciąż niedbale rozwalony na krześle, sięgnął palcami do talerzyka z czerwoną papryką i, nie patrząc, lekkim ruchem przerzucił go przez ramię za plecy — dokładnie w twarz Lebennijczyka, a jednocześnie pod stołem gwałtownie wsadził czubek buta w goleń swojego rozmówcy.
Wiadoma rzecz: zaskoczony człowiek wykonuje wdech — tak więc teraz ten za plecami miał paprykę w płucach i nie pozbędzie się jej w najbliższej przyszłości. Osobnik z naprzeciwka bąknął coś jak: „U-łoj, sukinsyn!” i, zwinąwszy się z bólu, runął pod stół, ale chyba nie na długo — nie udało się złamać kości. Od drzwi już pędzili, wywracając krzesła, dwaj pozostali — jeden z umbarskim sztyletem, drugi z kiścieniem, a Tangorn dopiero szperał za pazuchą temu wijącemu się na podłodze. Spokojnie myślał, że jeśli ten ukrył tam jakieś gówno typu kastet czy rzucawki, to koniec… Ale nie — chwała Tulkasowi! To był wielki umbarski sztylet z tych, jakie noszą przy pasach górale Półwyspu: długości pół jarda, płynnie przechodzące w stożek ostrze, którym można zadawać nie tylko sztychy, ale i cięcia. Żadne tam nie wiadomo co. Broń mężczyzny, nie złodzieja.
Jednakże spotkawszy się z parą spod drzwi pojął, że tak łatwo się nie wyrwie. Chłopcy nie pękali, a bronią władali co najmniej tak dobrze jak on. I gdy już lewą rękę odjęło mu po trafieniu kiścieniem, a z tyłu pojawił się trzeci, kulejący, ale już zdolny do walki, baron uznał, że sprawy stoją kiepsko. Zupełnie kiepsko. I zaczął walczyć poważnie, bez wygłupów.
Ponury gondolier, otrzymawszy srebrną castamirkę, przybił do zrujnowanej towarowej przystani i pojawił się po kilku minutach z nowym odzieniem dla pasażera — prawdziwymi łachmanami, jeśli porównać je z eleganckim papuzim strojem „fartownego chłopca”, ale za to nie było na nich krwi. Tangorn, przebrawszy się w biegu — żeby nie tracić czasu, ukrył zdobyczny sztylet i srebrny żeton zdjęty z szyi jednego z „Pomorzan”. „Karanir, kapral Tajnej Straży Jego Królewskiej Mości Elessara Kamienia Elfów”. Kapralowi żeton już się nie przyda… „Trzeci miecz Gondoru” uszedł, pozostawiwszy po sobie zabitego i dwóch rannych. Zresztą o rannych, jak można sądzić, zatroszczono się odpowiednio — tajną policję w „Morskim koniku” kochano nie bardziej, niż w jakiejkolwiek innej portowej spelunie dowolnie wybranego Świata…