Sam otrzymał dwie rany — lekkie zadrapania; gorzej sprawa się miała ze sparaliżowaną od uderzenia ręką, ale i to nie była najważniejsza ze spraw zaprzątających w tej chwili umysł barona. W końcu ma na tę okoliczność coś z Haladdinowej apteczki. Reasumujmy… Czwórka „Pomorzan” zawinęła się i kropka, dopiero za jakieś dwie, trzy godziny ktoś się zainteresuje ich rozpłynięciem w Umbarze. Ale ten odcinek czasu, to chyba jedyny plus w jego sytuacji. Wkrótce zacznie na niego polować cała gondorska siatka i, co jest o wiele poważniejsze, miejscowa policja. Są straszliwie skorumpowani, ale znają się na swojej robocie — wyśmienicie. To, że w „Morskim koniku” zaatakował ich stary znajomy baron Tangorn będą wiedzieli przez swoich informatorów już za kilka godzin, przez co zaraz zablokują port, a potem, pod wieczór, zaczną metodycznie przeczesywać miasto. W gwarze zwiadowców taką sytuację, jak jego określa się mianem „trędowaty z dzwoneczkiem”: nie ma prawa zwrócić się o pomoc do ludzi ze swojej starej „zakonserwowanej” siatki, ponieważ jego przedwojenne materiały mogły zostać przekazane Ośrodkowi w Minas Tirith, ani oddać się pod ochronę umbarskiej tajnej służby, bo ci mogą go osłaniać tylko, jeśli przyzna się, że jest „człowiekiem Faramira”, a tego na pewno nie zrobi. Najsmutniejsze jest to, że stracił bezpowrotnie łączność z mordorskimi agentami, jednymi ludźmi, którzy mogli pomóc mu odnaleźć Elandara… Krótko mówiąc, zawalił robotę, a teraz sam nosi piętno śmierci, i to że nie ponosi żadnej winy jest bez znaczenia — misja Haladdina nie może się spełnić.
Tak więc, nie ma ani jednego agenta, ani jednego kontaktu, ani jednego punktu kontaktowego. Co więc ma? Pieniądze, dużo pieniędzy: ponad czterysta dunganów w sześciu skrytkach, do tego dobrze ukryta kolczuga z mithrilu, którą dał mu Haladdin do sprzedania, gdyby zawiodły skrytki Sharha-Rany. Ma też kilka rezerwowych norek wcześniej przygotowanych „domowym sposobem” bez powiadamiania przełożonych — mogą je wygrzebać dopiero za kilka dni — i są pewne stare, ale czynne kontakty w świecie przestępczym. I to chyba wszystko… Nie ma nawet Usypiacza — miecz pozostał w domu Elwiss, a o powrocie na ulicę Jaspisową, jak i do „Szczęśliwej kotwicy”, nie ma co marzyć.
A gdy gondolier wysadził go w pobliżu portowych magazynów, jasne już było, że jedyna racjonalna taktyka w takim supernieprzyjemnym układzie to blefować na całego. Nie chować się po karaluszych szczelinach, a uderzyć samemu.
42
Ichneumon wolnym krokiem przemierzał korytarze konsulatu. Im cięższa i niebezpieczniejsza była sytuacja, tym bardziej flegmatyczny, rzeczowy i uprzejmy — przynajmniej na oczach ludzi — powinien być dowódca. Tak więc, sądząc po spokojnym, trwale przyklejonym do oblicza Ichneumona uśmiechu, sprawy miały się fatalnie, albo i jeszcze gorzej.
Rezydenta, kapitana Marandila, zastał w jego gabinecie.
— Życzę zdrowia, panie kapitanie! Porucznik Ichneumon, oto mój żeton. Wykonuję u was, w Umbarze, całkowicie tajną misję Ośrodka. Żałuję, ale powstały pewne komplikacje…
Marandil nawet nie raczył oderwać oczu od swoich paznokci; całym sobą dawał do zrozumienia, że zadra na małym palcu lewej ręki zajmuje go znacznie bardziej niż komplikacje jakiegoś przyjezdnego agenta. W tym momencie drzwi otworzyły się i porucznika bezceremonialnie odsunął na bok chłoptyś o niemal siedmiu stopach wzrostu.
— Pora zaczynać, szefie! Dziewczyna, palce lizać!
— A wy już tam polizaliście czegoś słodziutkiego… — niby ganił, ale w gruncie rzeczy zachowywał taką niewymuszoną, domową atmosferę kapitan.
— Ależ skąd! „Prawo pierwszej nocy” ma senior, a my już tam po kolei… Ale panienka już jest rozebrana i czeka niecierpliwie.
— No to chodźmy, bo jeszcze zmarznie, czekając! Chłoptyś zarechotał, a kapitan zaczął wyłazić zza biurka, ale natknął się na spojrzenie Ichneumona i zobaczył w tym wzroku coś takiego, że nagle zechciał wyjaśnić:
— To z nocnego połowu, z agentury Mordoru! I tak, ścierwo, w kanale wyląduje…
Ichneumon obojętnie oglądał kaflowy sufit gabinetu („Co za brak gustu!”) i poważnie obawiał się, że nie powstrzyma zalewającej go fali szału, która wypłynie przez źrenice. Oczywiście — wywiad to okrutna zabawa, a przesłuchanie trzeciego stopnia, to przesłuchanie trzeciego stopnia; „dziewczynka” powinna wiedzieć, na co się waży, kiedy wplątywała się w te gierki, to jest uczciwe i zgodne z regułami… Ale niezgodne z regułami, absolutnie niezgodne z regułami jest to, jak zachowują się jego koledzy po fachu, ta „słodka para”: jakby nie pod pagonami służyli, a pod… Zresztą, diabli by ich wszystkich — zaprowadzenie porządku w regionalnych sieciach nie wchodzi w zakres obowiązków „Feanora”. Przynajmniej na razie. Więc porucznik ponownie zwrócił się do Marandiła, przybierając tak przekonujący ton, że każdy choć trochę myślący człowiek zrozumiałby, że to koniec, dalej już nie można.
— Proszę o wybaczenie, panie kapitanie, ale to sprawa nie cierpiąca zwłoki — może mi pan wierzyć na słowo. A z tym zajęciem — skinął w kierunku chłoptysia — pańscy podwładni znakomicie poradzą sobie i bez pana.
Chłoptyś aż się zachłysnął rechotem i, wyraźnie popierany uśmieszkiem szefa, leniwie rzucił:
— Daj spokój, poruczniku! Wiadoma sprawa — trzy czwarte spraw rozwiązują się same, a reszta jest po prostu nierozwiązywalna. Wal lepiej z nami do piwniczki. Tobie, jako gościowi dziewczątko da poza kolejką. Chcesz — to ona ci poliże, a jak nie, to ty jej…
Marandil z niemą rozkoszą obserwował, jak się załatwia stołecznego wizytanta. Oczywiście, trzeba będzie mu pomóc, nic się nie poradzi, ale niech najpierw poczuje jak należy: w Umbarze jesteś, gościu miękki, nikim, a nazywasz się — nikt…
— Jak ty stoisz w obecności starszych stopniem? — odezwał się bezbarwnym głosem Ichneumon. Zmierzył spojrzeniem chłopaka i zatrzymał spojrzenie na czubkach jego butów.
— A bo co? Normalnie chyba stoję — nie padam z nóg!
— Niezły pomysł… — oświadczył w zamyśleniu porucznik i lekkim jak tanecznepas krokiem ruszył do przodu. Był niższy od swego przeciwnika o głowę i niemal dwukrotnie węższy w ramionach, tak więc tamten uderzył nie z całej siły — pięść miał wielkości odważnika, odrobinę za mocno stuknie i zatłucze jak muchę… Uderzył i zamarł zdumiony: Ichneumon nie to, żeby się uchylił od uderzenia czy wycofał — po prostu zniknął, dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Chłoptyś stał z wytrzeszczonymi oczami, póki z tyłu ktoś nie klepnął go w ramię: „Hej!”, a ten odwrócił się, bęcwał…
Ichneumon przekroczył rozpostarte na podłodze ciało — z obrzydzeniem, jakby to był stos nawozu — zatrzymał się przed odruchowo cofającym się za biurko Marandilem, w oczach którego kotłowała się wyraźna panika, i oschle zauważył:
— Coś podwładni się tu wywracają z byle powodu. Nie dajecie im jeść, czy co?
— Ostry z ciebie gość, poruczniku! — zdobył się na uśmiech zapytany. — Nie złość się: po prostu chcieliśmy zobaczyć cię w akcji…
— Tak właśnie to odebrałem. Czy uważamy temat za zamknięty?
— A czy ty nie jesteś przypadkiem z tych… jak ich tam ninjokwe.
— To inna technika, choć zasada jest taka sama… Wróćmy jednak do naszych spraw. Co do piwnicznych rozrywek: obawiam się, że przyjdzie panu tu posiedzieć, bo — proszę wybaczyć płaski kalambur — tam pana nie stanie. Proszę polecić swoim ludziom, zęby zaczynali bez pana. I niech też zabiorą stąd tego chamowatego młodzieńca.