Za wino, jak i za kawę Ichneumon podziękował, i od razu przeszedł do sedna sprawy:
— Wczoraj wasi ludzie usiłowali ująć w „Morskim koniku” barona Tangorna. Co to ma znaczyć? Czy pan aby czasem nie zapomniał, że Ithilien jest wasalem gondorskiej korony?
— Ależ nie mieliśmy pojęcia, że to Tangorn! Po prostu on się pojawił na przechwyconym przez nas kontakcie, więc chłopcy zdecydowali, że to jest ten łącznik.
— Aha… — Ichneumon na krótką chwilę przymknął powieki. Cóż, to zmienia postać rzeczy… Teraz już nie ma żadnych wątpliwości, że baron jest mocno związany z Mordorem. Zresztą, dla Mordoru też już jest nieprzydatny…
— Proszę się nie niepokoić, ujmiemy go jeszcze przed wieczorem. W poszukiwaniach uczestniczą nie tylko nasi ludzie, ale również policja Umbaru. Znaleźli już jedną jego norę, porzucił ją dosłownie pół godziny przed ich przyjściem.
— To właśnie jest celem mojej wizyty. Natychmiast proszę przerwać poszukiwania barona Tangorna. Policji proszę nakłamać, że niby doszło do nieporozumienia, brak łączności dwóch bratnich służb specjalnych. Jednym słowem: „Kto się czubi — ten się lubi”. Zwłaszcza, że to w pewnym stopniu odpowiada rzeczywistości.
— Nie rozumiem pańskiego poczucia humoru!
— Wcale pan nie musi, kapitanie. Zna pan tę sygnaturę „RUN”? — Marandil zerknął na jedwabny papier w ręku porucznika i wyraźnie zbladł. — Baronem zajmuję się ja, i pańskich ludzi to zupełnie nie dotyczy. Proszę ich odwołać, a co najważniejsze — powtarzam — natychmiast powiadomić umbarską policję: jeśli Tangorn trafi w ich ręce, a nie w moje, to będzie to katastrofa, za którą obaj odpowiemy głowami.
— Ale, panie poruczniku… On już zabił czworo moich ludzi!
— Słusznie zrobił — wzruszył ramionami Ichneumon. — Durnie, którzy zaczynają się kumplować z zatrzymanymi należy zabijać. Na miejscu… Teraz tak: pan ucina wszelkie aktywne poszukiwania Tangorna i spokojnie czeka. Niewykluczone, że w najbliższym czasie on się sam ujawni…
— „Ujawni się sam”? Przecież nie jest psychiczny.
— Wcale nie. Po prostu, sądząc z okoliczności, trafił w sytuację bez wyjścia. A baron — jak go sobie wyobrażam — należy do ludzi skłonnych do gry na całego… Tak więc, jeśli dojdzie do pana coś takiego natychmiast proszę powiadomić mnie. Podnieście na maszcie konsulatu proporczyk Dol Amroth, i wkrótce pojawi się ktoś po informacje, po czym na zawsze zapomnicie o tym, że słyszeliście takie imię — Tangorn. Jasne?
— Tak jest! Proszę posłuchać, panie poruczniku, wygrzebaliśmy, że miał tu wcześniej kobietę…
— Jaspisowa 7, o tej mówimy?
— Tak… — przyznał rozczarowany Marandil. — Więc pan już wie?
— Oczywiście. Wydaje mi się, że spędził tam przedwczorajszą nockę. I co dalej?
— No to trzeba nią potrząsnąć?
— Tak? I co pan ma nadzieję wytrząsnąć? — Ichneumon skrzywił się. — W jakich pozycjach uprawiali miłość i ile razy w nocy miała orgazm? Co ona jeszcze może panu opowiedzieć? Tangorn nie jest idiotą, żeby wprowadzać kochankę w swoje służbowe sprawy.
— Ale mimo wszystko…
— Kapitanie, powtórzę raz jeszcze: proszę wyrzucić z głowy wszystko, co wiąże się z Tangornem — to są teraz moje problemy, nie pańskie. Jeśli spotka pan Tangorna na ulicy proszę przejść na drugą stronę, a potem po prostu wciągnąć na maszt dol amrotskiego Łabędzia, dobrze? I przy okazji — co do pańskich problemów: pan teraz wytrząsa, tak zrozumiałem, starą mordorską siatkę. Proszę mi wybaczyć głupie pytanie, ale po co?
— Jak to „po co”?
— Tak. W czym, proszę mi wytłumaczyć, przeszkadzała panu? A jeśli nawet, to dlaczego zaczął ich pan wyłapywać, zamiast trzymać od kloszem i „wyświetlić” kontakty?
— Spieszyliśmy się, bo gdyby DSD prowadził podwójną grę…
— DSD?! Więc to oni wam cisnęli tę mordorską siatkę?
— No tak! „Gest dobrej woli”.
— Kapitanie, przecież to bajki dla umysłowo opóźnionych dzieci! Czy nie zechce pan jeszcze raz pomyśleć, po co zrobili wam taki królewski prezent? Czego od was chcą w zamian? Dobra, to już — jak powiedziałem — wasze problemy, róbcie co chcecie. Żegnam uprzejmie!
Ichneumon skierował się do drzwi, ale w połowie drogi nagle odwrócił się:
— I jeszcze jedno. Uprzedzając pańską służbową gorliwość, kapitanie… — Zawahał się na chwilę, jakby wyszukiwał odpowiedniego słowa. — Tak więc, jeśli ktokolwiek z twoich ludzi podejdzie do domu na Jaspisowej bliżej, niż na trzy strzały z łuku, nakarmię cię omletem z własnych jaj. Rozumiesz mnie?
Skrzyżowali spojrzenia tylko na chwilę, ale Marandilowi wystarczyło to, by zrozumieć, że z całkowitą pewnością nakarmi.
Przewidywania Ichneumona spełniły się następnego dnia. Marandil otrzymał wiadomość, że pilnie chce się z nim spotkać jeden z pracowników operacyjnych policji Umbaru, inspektor Waddari. Inspektor nie znajdował się w gronie tych policjantów, co to, nie kryjąc się, pracowali dla konsulatu Gondoru, ale miał niezłe wyobrażenie o wszystkich tych gierkach. Był to stary i doświadczony wywiadowca zorientowany w podszewce życia jak mało kto. Zarówno z powodu wieku, jak i kwalifikacji od dawna już powinien nosić pagony komisarza — z tego też powodu „brał w łapę” bez najmniejszych skrupułów. Należy zauważyć, że korupcja w policji umbarskiej w ogóle uświęcona była wielowiekową tradycją, a policjant czy celnik, nie biorąc łapówek, wywoływał zaniepokojenie nie tylko kolegów i przełożonych, ale i uczciwych obywateli. „Nie, chłopaki, do tego gada nie można się plecami odwrócić”. Waddari jednak różnił się od swych kolegów po fachu tym, że otrzymane honorarium odpracowywał uczciwie i do końca, bez uciekania się do tekstów o „obiektywnych trudnościach”.
— Wasi ludzie, panie sekretarzu, szukali niejakiego Tangorna, ale wczoraj poszukiwania zostały niespodziewanie przerwane. Czy pana jeszcze interesuje ten człowiek?
— N-no-o… Chyba tak — ostrożnie wychylił się w jego kierunku Marandil.
— Jestem gotów podać panu dokładne miejsce jego pobytu dzisiejszego wieczoru. Jeśli dogadamy się co do ceny…
— Czy mogę wiedzieć, skąd ma pan tę informację?
— Może pan. Przysłał do mnie list i wyznaczył mi spotkanie.
— A dlaczego postanowił pan zdradzić swego potencjalnego klienta?
— Nawet mi to nie przyszło do głowy. Po prostu w opisanych przez niego warunkach spotkania nigdzie nie jest powiedziane, że nie mogą o nim wiedzieć osoby postronne. A skoro Tangorn nie przewiduje takiej ewentualności, to jest zwyczajnym głupcem, z którym nie warto mieć do czynienia.
— Hmm… I ileż pan chce?
— Trzy dungany.
— Ile?! Chłopie, chyba zupełnie zwariowałeś?! Zerwała ci się przekładnia na realia?
— Ja proponuję, a…
— Ja, jeśli chcesz wiedzieć, w ogóle na to kładę i dalej jadę…
— A ty mi tu kitu nie wciskaj — jestem operem, a nie jakimś frajerem! Półtorej doby ryjecie ziemię nosami, a potem nagle: „Ach, zmyłeczka-pomyłeczka!” Każdy dureń wie, że tego kaczora poszukuje teraz inna drużyna, a umbarska policja została na boku… Tak więc, będę musiał sam się skoncentrować i wywiedzieć, kto tam depcze temu facetowi po piętach. Ale czas ucieka!
— Dobra: dwa.
— Powiedziane trzy, znaczy trzy. Co to, o fistaszki na bazarze się targujemy? I nie zaciskaj tak dupy, przecież to nie twoje prywatne pieniążki lecą.