Выбрать главу

— Dobra, dobra! Dwa z mety, a trzeci — jak go weźmiemy, według twego namiaru.

— O, nie! Ja powiem gdzie i kiedy, a cala reszta to już twój problem. Mnie to zwisa i trzepoce. Trzy, i to już.

— Fajnie, a jak po prostu mnie kiwniesz?

— Posłuchaj, jesteśmy poważnymi, dorosłymi ludźmi. Nie jestem portowym menelem, co za butelkę sprzedaje mapę ze współrzędnymi pirackiego skarbu.

Schowawszy monety do kieszeni, Waddari zaczął instruować Marandila:

— Wiesz, gdzie jest plac Castamira?

— To ten, gdzie na środku jest jezioro z trzema wpadającymi do niego kanałami?

— Właśnie ten. Jezioro jest okrągłe, sto pięćdziesiąt jardów średnicy, kanały wpadają pod kątem stu dwudziestu stopni — na dwunastej, czwartej i ósmej godzinie według cyferblatu, jeśli liczymy od rostralnych kolumn. Nabrzeże jeziora jest poprzecinane schodami schodzącymi do wody — po dwie pary na każdym odcinku między kanałami, łącznie sześć. O siódmej wieczorem mam być na tych schodach, które stykają się z kanałem na godzinie ósmej, ubrany w purpurową pelerynę i kapelusz z czarnym plumażem. Na jednym z kanałów pojawi się wynajęta gondola — wodny przewoźnik. Gondolier zabierze mnie, i dalej będzie płynął zgodnie z moimi wytycznymi. Ja mam poruszać się gondolą od schodów do schodów, ale nie kolejno, wzdłuż brzegu, a przecinając jezioro: siódma godzina — jedenasta godzina — trzecia godzina, i tak dalej. Wszystko jasne?

— Najzupełniej.

— O tym czasie nie ma praktycznie ruchu na jeziorze, jeśli pojawią się inne gondole, to mam przycumować i poczekać, póki nie wpłyną do kanałów. Tangorn zejdzie z którychś schodów — jeśli, rzecz jasna, przekona się, że nie ma zasadzki — i wsiądzie do mojej gondoli. Będzie przebrany i ucharakreryzowany. Poznamy go, gdy wyjmie z zanadrza fioletową chusteczkę i dwukrotnie nią machnie. I to wszystko. Ster w twoje ręce, sekretarzu. Powodzenia.

Waddari wstał i ruszył do wyjścia z kawiarni, gdzie odbyło się spotkanie. Po drodze przemknęła mu myśclass="underline" „Głowę dam sobie obciąć, że owinie ich dokoła palca…”

Kapitan zaś, wróciwszy do konsulatu, po pierwsze, wypełnił księgowy dowód wypłaty na wydatki agenturalne: 4 (słownie — cztery) dungany. Zamierzał napisać „pięć”, ale powstrzymał się: chciwość może frajera zgubić, natomiast ptaszęta po ziarnku dziobią, a syte są… No to jak, podnosić flagę Dol Amroth i oddać Tangorna na tacy temu stołecznemu cwaniakowi? „A wiesz co? Jeż ci w zadek, a nie koronną operację — zdecydował niespodziewanie. — Taki rozkład jaki dziś wypadł, przychodzi raz w życiu. Schwytam go sam, a zwycięzców się nie sądzi”. Przypomniał sobie nagle oczy Ichneumona i wstrząsnął nim dreszcz. A może, niech go diabli? „Nie — uspokoił siebie. — Sprawa jest czysta i pewna, bez pudła: mam dokładny czas i miejsce spotkania, mam trzydziestu dwóch pracowników operacyjnych i pięć godzin na przygotowania — a w ciągu pięciu godzin, jak pamiętam. Demiurg Aritan stworzył Ardę z całym jej nadzieniem: wodę z rybami, powietrze z ptakami, ziemię ze zwierzętami, ogień ze smokami i człowieka z wszystkimi jego ohydztwami…”

43

Umbar, plac Castamira Wielkiego
5 czerwca 3019 roku

— Ile naliczyłeś, Jakuzzi?

— Trzydziestu dwóch.

— A ja widzę tylko tuzin…

— Wolałbym nie wskazywać ich palcem…

— Ależ, niech cię Jedyny broni, kochaneczku! W końcu jesteś operem, a ja tylko analitykiem, już chociażby z tego powodu masz o wiele więcej atutów w ręku, niż ja. — Almandin spokojnie odchylił się na oparcie plecionego krzesła, smakując wino; siedzieli pod pasiastym płóciennym dachem jednej z licznych małych kafejek na placu Castamira, niemal pod rostralną kolumną całą naszpikowaną odciętymi dziobami gondorskich okrętów, i leniwie obserwowali przepływ wieczornego tłumu. — Cóż, jeśli naprawdę jest ich trzydziestu dwóch, to Marandil wyprowadził na akcję cały skład rezydentury, prócz ochrony obiektu… A — nawiasem mówiąc — naszego solenizanta nie widzisz czasem?

Jakuzzi jeszcze raz obrzucił spojrzeniem wypełnione tłumem nadbrzeżne deptaki brudnawego, okrągłego jeziora. Szlachetni panowie i morscy oficerowie, Straganiarze i wymalowane ulicznice, muzykanci i wróżbiarze, żebracy i złodziejaszki… Pracowników gondorskiej rezydentury rozpoznał wśród nich błyskawicznie, choć niektórzy zamaskowani byli, trzeba im przyznać, nadzwyczaj udanie, ale barona ku swojemu wyraźnemu niezadowoleniu, nie potrafił wykryć. Chyba, że… Nie, to głupie.

— Wygląda, że go tu nie ma. Pewnie też oszukał tych chłopaków i cichuteńko dał nogę.

— Owszem, tak by postąpił profesjonalista — skinął głową Almandin. — Ale baron będzie działał inaczej. Założymy się?

— Zaraz… — Zastępca dyrektora do spraw operacyjnych zatroskany popatrzył na swego przełożonego. — Więc pan uważa, że Tangorn jest dyletantem?

— Nie dyletantem, drogi mój Jakuzzi, a amatorem. Wyczuwa pan ten niuans?

— Przyznaję, że nie bardzo…

— Profesjonalista to nie ten, kto w stopniu doskonałym posiadł technikę rzemiosła, bo to akurat baron ma opanowane bezbłędnie, a ten, kto otrzymawszy zadanie, zawsze doprowadzi do pożądanego wyniku bez względu na zaistniałe okoliczności… A baron — tak wyszło — nigdy nie pracował za pieniądze. Nie jest związany ani przysięgą, ani umberto i przyzwyczajony jest do niesłychanego komfortu: robienia wyłącznie tego, co uważa za słuszne. I jeśli okaże się, że rozkaz przeczy jego wyobrażeniom o honorze i sumieniu, to on po prostu nie będzie go wykonywał. Będzie miał w nosie konsekwencje dla siebie osobiście i dla sprawy. Sam pan rozumie — miejsce takiego człowieka jest nie w szeregach służby wywiadowczej, a w wendotenijskim klasztorze…

— Chyba rozumiem, co pan ma na myśli — skinął w zamyśleniu głową Jakuzzi. — Baron żyje w świecie moralnych stereotypów i zakazów, nie do pomyślenia dla nas, zawodowców… Wie pan co? Odświeżałem sobie w pamięci jego dossier i natknąłem się na ciekawą rozmowę — przyjacielska rozmowa po pijaku. Zapytano go, czy jest zdolny uderzyć w razie konieczności kobietę? On przez jakiś czas zastanawiał się, i to zupełnie serio, a potem przyznał, że zabić może by i dał radę, ale uderzyć — nigdy, w żadnej sytuacji… Zresztą, jego teczka w ogóle jest zabawna. Powiem panu, że to nie dossier, a jakiś literacki pamiętnik: niemal połowa tego to wiersze i artystyczne przekłady. Pomyślałem wtedy, że takiego pełnego wydania takato Tangorna, jak ma nasz departament, nie znajdziesz nigdzie na świecie…

— Szkoda tylko, że będziemy mogli je opublikować nie wcześniej niż za sto dwadzieścia lat, zgodnie z prawem o odtajnieniu… O! Gondola… No to jak? Zakładamy się, że wykręci jakiś szalony numer i ostatecznie okręci sobie wszystkich dokoła palca?

— Mnie się wydaje, że raczej powinniśmy się modlić o przychylność Fortuny, a właściwie o błąd Marandila…

Mała trzymiejscowa gondola przycumowała do schodzących ku wodzie stopniom, żeby wziąć na pokład jegomościa w purpurowym płaszczu i kapeluszu z czarnym pióropuszem, a następnie zaczęła wolno przecinać toń jeziora. W tym momencie na twarzy Jakuzziego pojawił się jakiś senny wyraz; wyjął z kieszeni złocony sangwinowy ołóweczek, nakreślił nim kilka słów na serwetce, odwrócił ją tekstem do dołu i mówiąc: „Dobra. Można obstawiać…”, przekazał ołówek Almandinowi. Ten również coś napisał i obaj, nie odzywając się do siebie, zaczęli przyglądać się rozwojowi wypadków.

Gondola opisała niezupełnie zamknięty trójkąt i wróciła do schodów, sąsiadujących z tymi, skąd zaczęła swoją trasę. Miejsce to było okupowane przez grupę trędowatych, okutanych w pasiaste chałaty — tu żebrali o wsparcie. „Zimny trąd” jest chorobą śmiertelną i nieuleczalną, jednakże w odróżnieniu od „gorącego” praktycznie nie zakaźną — można się nią zarazić tylko zgniatając jeden z tych małych wyprysków, którymi pokryte są twarz i ręce chorego, lub na przykład pijąc mleko z tego samego kubka. Dlatego chorzy nigdy nie byli usuwani ze skupisk ludności, a khandyjscy hakimianie uważali ich nawet za szczególnie miłych Bogu. Dzień po dniu te żałosne postacie owinięte w pasiaste chałaty, bezgłośnie domagały się litości przechodniów i jakby przypominały im: porównajcie to z tym, co się wam wydaje nieszczęściem w waszym codziennym życiu… Trędowaci trwali w takim bezruchu, że wydawało się, iż tworzą jakąś architektoniczną kompozycję, coś jakby wymyślne pachołki do cumowania gondol. Dlatego, gdy jedna z tych owiniętych tkaniną postaci wstała i, nieco kulejąc, ruszyła po schodach, stało się jasne — oto, zaczęło się…