Выбрать главу

Trędowaty wszedł na górny stopień, w jego dłoni pojawiła się wyciągnięta z rękawa fioletowa chusteczka. W tej samej chwili grupa gapiów, kręcących się wokół ulicznego sztukmistrza, który żonglował trzema sztyletami o jakieś dwadzieścia jardów od schodów, rozpadła się: dwaj runęli w prawo i w lewo, odcinając człowiekowi w chałacie drogę ucieczki, a dwaj inni i sam sztukmistrz, chwyciwszy fruwające w powietrzu kindżały, rzucili się wprost ku zdobyczy. Teraz stało się jasne, że człowiek ów trochę źle obliczył odległość: zaczął schodzić ku wodzie, gdy gondola była za daleko — jakieś piętnaście jardów od brzegu. Zresztą, może by i zdążył wskoczyć do łódki i uratować się, ale przeszkodziło tchórzostwo pasażera w płaszczu i kapeluszu, który, widząc trzech uzbrojonych prześladowców, wystraszył się tak mocno, że gondolier, ulegając jego panicznej gestykulacji, zaczął wiosłować do tyłu, porzucając wspólnika pasażera na brzegu. Człowiek w chałacie rozpaczliwie miotał się na najniższym stopniu schodów — ratunku znikąd… Po kilku sekundach dopadli go „gapie”. W mgnieniu oka wykręcili mu ręce na plecy, a „żongler” niemal bez zamachu przysolił mu w wątrobę i natychmiast, jednym jakby ruchem, kantem dłoni w szyję. I już, po wszystkim. „Za tyłek, i do suki”.

Jednakże, gdy „trędowatego” zaczęli wlec ze schodów na nadbrzeże, dokoła zgromadził się oburzony tłum: do takiego traktowania chorych żebraków mieszkańcy Umbaru nie byli przyzwyczajeni. Dwaj przypadkowi hakimianie w żółtych tiubietiejkach pielgrzymów natychmiast zaczęli bronić „bożego człowieka” i awantura zaczynała powoli przeradzać się w bójkę. Ludzie Marandila ze wszystkich końców placu walili — ramię do przodu — przez gęstniejący tłum do miejsca wydarzeń, a gdzieś w oddali już rozlegał się szarpiący nerwy trel policyjnego gwizdka… Człowiek w purpurowej pelerynie w tym czasie wysiadł na brzeg, o trzy pary schodów od miejsca awantury, opuścił gondolę i niespiesznie zaczął się oddalać. Z daleka widać było, że los fałszywego trędowatego wcale go nie obchodzi.

— No, jak się panu podobał spektakl, drogi mój Jakuzzi?

— Wspaniały. Naprawdę w osobie Tangorna straciliśmy znakomitego reżysera…

W wyrazie twarzy zastępcy dyrektora do spraw operacyjnych nic się niby nie zmieniło, ale Almandii znał tego człowieka od wielu lat, i dlatego widział, że straszliwe napięcie, w jakim ten przebywał przez ostatnie dziesięć minut, rozmyło się, a w kącikach ust pojawił się nawet cień triumfującego uśmiechu. Cóż, to w końcu i jego zwycięstwo… Jakuzzi tymczasem zatrzymał przechodzącego obok kelnera:

— Przyjacielu, butelkę nurneńskiego!

— Nie boisz się wystraszyć Fortuny?

— Wcale. Wszystko już się dokonało, i mamy już Marandila w kieszeni.

Oczekując na wino, z zainteresowaniem przyglądali się, jak rozwija się sytuacja na nadbrzeżu. Bójka niespodziewanie się skończyła, choć rejwach chyba nawet się nasilił, a na miejscu awantury utworzyła się wolna przestrzeń, pośrodku której leżał człowiek w chałacie, usiłując wstać na nogi. „Gapie” i „żongler” całkowicie stracili zainteresowanie swą zdobyczą: nie tylko wypuścili ją z rąk, ale gwałtownie odskoczyli do tyłu. Jeden z nich oglądał swoje dłonie, a na twarzy miał wypisane przerażenie.

— Widzi pan, do chłopaków dotarło w końcu, że trędowaty jest prawdziwy! A nie jest to ten przypadek, o którym się mówi „lepiej późno, niż wcale”… Łapiąc go, na pewno rozgnietli masę ropni na rękach i wysmarowali się po czubki głów osoczem, tak więc — cała trójka już jest martwa… Reagują bardzo emocjonalnie, ale trudno mi ich osądzać… Dowiedziawszy się, że zostało im kilka miesięcy życia, jeśli to w ogóle można nazwać życiem, mogli stracić głowy. Trudno jest zachować kamienny spokój.

— Trędowaty, mam nadzieję, nie został pokrzywdzony?

— Och, na pewno nie! Sądzę, że każdy szturchaniec zaowocował co najmniej castamirką: Tangorn nie jest z tych bęcwatów, co to usiłują zaoszczędzić na drobiazgach… Jak to się mówi u nich, tam na Północy, nie próbuje się „z gówna zbierać śmietany”, czy tak?

Gdy złote nurneńskie małymi gejzerami zakipiało w kieliszkach, Jakuzzi bezczelnie — mógł sobie na to dziś pozwolić — zapytał:

— Kto płaci?

Almandin skinął głową i odwrócił swoją serwetkę, potem porównał oba zapisy i uczciwie przyznał:

— Będę musiał ja.

Na jego serwetce napisane było jedno słowo: „Gondolier”, a jego zastępca napisał: „Gondolier — T. Na brzegu odbędzie się akcja osłonowa”.

44

Gdy na nadbrzeżu ucichły ostatnie odgłosy awantury, a trędowaty zajął swe normalne miejsce, Almandil zapytał:

— Słuchaj, a gdybyś to ty był na miejscu tego bałwana Marandila? Nie pytam: czy potrafiłbyś ująć barona, bo to uwłaczające pytanie, ale ciekawi mnie, ilu ludzi byś potrzebował? W porównaniu do tych trzydziestu dwóch?

Jakuzzi milczał pół minuty, obliczał coś, przypatrując się nadbrzeżu, a potem orzekł:

— Trzech. Przy tym wcale nie trzeba by było angażować jakichś wspaniałych fechmistrzów czy innych mistrzów walki wręcz. Musieliby tylko mieć podstawy pracy z jedwabną siecią. Widzi pan — wszystkie trzy kanały wpadają do jeziora pod niskimi mostkami: ich prześwity to mniej niż dziesięć stóp. Stawiam na każdym z nich po jednym człowieku. To, że przedmiotem akcji jest gondolier, wiadomo, ale i tak mielibyśmy umówiony system sygnalizacji… Gdy przepływa pod mostkiem, oper rzuca sieć, potem skok na dół, do gondoli, i ukłucie igłą zanurzoną wcześniej w soku mancenilli… Pan miał całkowitą rację, szefie: ten jego zamysł to najczystsza afera obliczona na durnia. Manewr osłonowy z trędowatym był niezły, ale to nie zmienia sedna sprawy… Żaden zawodowiec nie wsadzi w ten sposób łba w pętlę. To rzeczywiście amator — wspaniały i fartowny. Uda mu się raz, drugi, ale za trzecim skręci sobie kark…

— Popatrz — przerwał mu Almandił, wskazując palcem na przeciwległy koniec placu — nasz niezastąpiony Waddari już chwyta biednego Marandila za różne takie czułe miejsca… Ten nie odpuści nikomu! A przy okazji. Sam pójdziesz werbować kapitana, czy poślesz kogoś ze swych ludzi?

Kafejka była identyczna jak ta, w której siedziało szefostwo DSD: takie same plecione krzesła, taki sam pasiasty dach — tylko atmosfera przy stoliku była znacznie mniej świąteczna. Gondorski rezydent był po prostu załamany: nie odrywając spojrzenia od leżącego na obrusie żetonu — „Karanir, kapral Tajnej Straży Jego Królewskiej Mości Elessara Kamienia Elfów” — kiwał głową, wsłuchując się w słowa Waddariego: