Выбрать главу

— Tak więc, baron dziś po prostu sprawdzał czy w „Morskim koniku” łapano go przypadkowo, czy to zaplanowana akcja. Teraz już wie wszystko i przekazuje panu ten żeton, a słowami oto dosłownie co: „Ja was nie ruszałem, ale skoro chcecie wojny, to ją macie. A skoro mało wam siedmiu nieboszczyków, to otwieram sezon polowań na waszych ludzi w całym Umbarze. Jeszcze zobaczycie, co to znaczy samotny mistrz przeciwko zgrai obdartych darmozjadów”. Zresztą, to już pana z nim rozliczenia, mnie to nie rusza. Ale my mamy jeszcze pewną sprawę…

— Jaką znowu sprawę? — Marandilowi, jak się wydaje, było już wszystko jedno. Nawet jego „goryle”, sterczący dla asekuracji przy pobliskim stoliku, widzieli, że z szefem nie jest dobrze.

— Bardzo prostą. Jeśli Tangorn nie przyszedł na spotkanie ze mną to pół biedy. Ale jeśli przyszedł, a wyście wszystko spartolili i nie skumali kim jest gondolier — to już zupełnie inna działka. Nie wiem czy głowę, ale oficerskie sznury za taką wpadkę na pewno ci zdejmą… Ale ja mam zaraz pisać protokół ze spotkania — list Tangorna przyszedł na policję zwykłą pocztą i został zarejestrowany w kancelarii… Hej, przestań mi tu durnia strugać! Ja ci dam sygnał do „goryli”! Ja też tu nie jestem sam… Myślisz, że mnie sprzątniesz i sprawa przyschnie? No właśnie, siadaj sobie spokojniutko… Co to za jakieś północne obyczaje? Zabierać siłą, to, co ci proponują żebyś kupił? Uwierz, jest mi wszystko jedno, kto w moim raporcie będzie siedział w gondoli… Co tak milczysz?

— Nie rozumiem…

— Chłopie, tyś chyba ze smutku zupełnie zgłupiał. To proste jak świński ogon: pięć dunganów — i nie było żadnego gondoliera. To znaczy był, ale nie Tangorn. Wart jest kapitański żeton pięciu dunganów, jak sądzisz?

Gdy inspektor wrócił do swego nieprzytulnego kawalerskiego mieszkania, zdążył już oszacować propozycję Tangorna. Oczywiście, baron nie ryzykował dzisiaj życia tylko po to, żeby wykończyć trzech gondorskich operacyjnych i oficjalnie oświadczyć Marandilowi: „Oko za oko!” Prawdziwym celem było, choć to może brzmi dziwnie, spotkanie z Waddarim, którego chciał wynająć do pewnego delikatnego zadania. Praca nie była specjalnie skomplikowana, (problemem mógł być tylko termin — zaledwie tydzień), ale bardzo niebezpieczna: każdy błąd zaprowadzi inspektora prosto do śmierdzącej krwią, spalonym mięsem i przedśmiertnymi torsjami piwnicy na Nadmorskiej 12. W przypadku zaś sukcesu baron gotów był wyasygnować sto pięćdziesiąt dunganów — wynagrodzenie komisarza policji za dwanaście lat uczciwej służby. Waddari oszacował ryzyko i uznał, że sprawa jest tego warta. Waddari nigdy nie był tchórzem i skoro podjął się zadania, to zawsze doprowadzał je do końca.

— Sądząc po triumfującej minie, można panu pogratulować zwycięstwa, mój drogi Jakuzzi.

— To było nawet łatwiejsze niż sądziłem — pękł natychmiast. — „Jeśli powiadomimy minastirirski Ośrodek o historii gondoliera, który zwiał trzydziestu dwóm wywiadowcom, to stanie się jasne, że dwukrotnie miał pan Tangorna w ręku i dwukrotnie go pan wypuścił. Żaden kontrwywiadowca nie uwierzy w takie przypadki. „Pracuje pan z baronem w parze i na dodatek, kryjąc wspólnika, z zimną krwią zamordował siedmiu swoich podwładnych — Oto jak to będzie wyglądało podczas śledztwa. Skierują pana do piwnicy, wytłuką przyznanie o pracy dla Emyn Arnen, a następnie zlikwidują”. Ten logiczny łańcuch wydał mu się niepodważalnie trafny, i podpisał zgodę na pracę dla nas. Tak więc, niech sobie Maccarioni forsuje prace w Barangarze — gondorska rezydentura ogłuchła i oślepła… A wie pan, czego zażądał jako zapłatę? Okazało się, że teraz w Umbarze, oprócz ludzi Marandila, pracuje specjalna drużyna, podporządkowana bezpośrednio Ośrodkowi…

— Ach tak?

— Barangarem na szczęście się nie zajmują. Nie wiadomo dlaczego gonią Tangorna, odsunąwszy od tej sprawy miejscowe siły. Dowodzi nimi niejaki porucznik o ksywie Ichneumon, mający mandat z sygnaturą „RUN”. Jak twierdzi Marandil — profesjona lista najwyższej klasy…

— Bardzo interesujące…

— Marandil złamał jego bezpośrednie polecenie — miał zapomnieć o istnieniu Tangorna, i może zostać aresztowany, gdy tylko wiadomość o niewykonaniu rozkazu dotrze do porucznika. Tak więc, kapitan życzy sobie — „w celu uniknięcia kolizji interesów” — byśmy zlikwidowali swoimi siłami tego Ichneumona i jego ludzi. Wydaje mi się, że jego prośba nie jest pozbawiona sensu. Musimy wszak teraz tego bydlaka chronić jak źrenicę oka — przynajmniej do chwili rozpoczęcia „Sirocco”. Jednym słowem, szefie, nie uda się panu uniknąć zdobywania w prokuraturze generalnej sankcji. Nasz najdroższy Almaran wielce przestrzega przepisów i zawsze miota się jak smród po spodniach z powodu likwidacji, ale w tym przypadku musi nam pójść na rękę…

— A nie boisz się, że zapyta siebie: „Człowiek, opatrujący zgodą wniosek o zlikwidowanie kadrowego oficera gondorskiego wywiadu. Czy długo potem jeszcze pożyje i jaka śmierć mu pisana?”

— Almaran to czyścioszek i maracz, ale nie tchórz. Pamięta pan sprawę Arreno, kiedy miał w nosie pogróżki i naciski dwóch senatorów i wysłał na szubienicę trzech przywódców zamorro? A w przypadku Ichneumona wszystko jest jasne: nielegalny, do Umbaru przybył na lewych papierach, sam przygotowywał porwanie i zabójstwo… Nie, nie powinno być żadnych problemów.

— Słusznie: od tego końca — nie. Prawdziwy problem polega na tym, że tych ludzi należy jeszcze zlokalizować…

— Znajdziemy! — zuchowato obiecał zastępca do spraw operacyjnych. — W tym mieście na razie my rządzimy. Odnalezienie Tangorna to kwestia jednego, dwóch dni, a na tę przynętę wyłapiemy i tych, co na niego polują.

— No, no…

To „no, no” Almandiia było prorocze. Operacyjni z DSD przeszukali Umbar, co się zowie — od kila do jabłka masztu, ale nie znaleźli ani Ichneumona, ani Tangorna: obaj porucznicy jakby się zapadli… A zresztą, dlaczego „jakby”? Czwartego dnia poszukiwań stało się jasne: obu poszukiwanych nie ma w mieście i najprawdopodobniej ciało barona kisi się w którymś z kanałów, a Ichneumon już zszedł z pokładu gdzieś w Pelargirze, by zameldować o pomyślnym wykonaniu zadania… No i, niech ich obu diabli — niebezpieczne dla Marandila chwile minęły, a wpychać nosa w ich sprawy wcale nie miał zamiaru.

Najciekawsze jest jednak, że meldunek umbarskiej tajnej służby, w którym donosiła ona o nieobecności Tangorna w mieście, dokładnie odpowiadał prawdzie. Baron w tym czasie dawno już przebywał na pokładzie zakontraktowanej przez niego feluki „Latająca rybka”, która przez wszystkie te dni dryfowała o jakieś dziesięć mil od wybrzeża na trawersie przylądka Djurindjol — na południe od Umbaru, poza głównymi szlakami wodnymi. Trzej przemytnicy, załoga feluki — Wujaszek Sarakesz z parą swych „bratanków” — uważali podobne spędzanie czasu za dziwne, jednakże opinie te zachowali dla siebie, słusznie uważając, że człowiek, płacący pół setki dunganów za trzytygodniowy fracht ma prawo do dziwactw i spokoju. Nawet jeśli niechcący wpakowali się w jakąś poważną aferę typu ubiegłorocznego napadu na złoty transport skarbca Republiki, to te dungany warte są ryzyka. Zresztą, pasażer mało był podobny do człowieka interesu, choć polecał go sam Kulawy Vittano, którego żartem i nie w oczy nazywano „Książę Harmiański”. Ubiegłej nocy, z dwunastego na trzynasty czerwca, załoga miała w końcu okazję zademonstrowania zleceniodawcy swych zawodowych umiejętności. „Latająca rybka” pod nosem szybkich galer straży przybrzeżnej przemknęła w koronkowe wybrzeże szkierowe, otaczające zachodni kraniec zalewu Harmiańskiego; w jednym z nie rzucających się w oczy zalewów wzięli na pokład — po towarzyszącej tego typu operacjom wymianie sygnałów — pocztę dla barona, a następnie ponownie wycofali się za Djurindjol.