Выбрать главу

Autorem jednego z listów był Waddari. Inspektor powiadamiał, że zadanie zostało wykonane: ustalił adresy dwóch zakonspirowanych mieszkań, które posiada w mieście rezydentura Gondoru, i zebrał pełną informację o ich najemcach i systemie ochrony. A co do drugiej pozycji, jak przewidywał Tangorn, nie udało się nic załatwić: wszystkie osoby, biorące udział w historii z okrętami dla Aragorna, albo umarły — w wyniku szybko przebiegających chorób i nieszczęśliwych przypadków, albo doznały dogłębnej utraty pamięci, a dokumenty kancelarii portu zostały poprawione i to bez jakichkolwiek widocznych śladów. Krótko rzecz ujmując, wyglądało na to, że cała flota umbarskich okrętów w ogóle nie istniała. Dalej było jeszcze śmieszniej: owszem, obaj przesondowani na tę okoliczność senatorowie jednogłośnie twierdzili, że sami wprawdzie nie pamiętają tego posiedzenia, na którym zapadła decyzja o wystąpieniu po stronie Gondoru w Wojnie o Pierścień, ale wszystko to na pewno można odnaleźć w protokołach Senatu z dnia dwudziestego dziewiątego lutego. Natomiast próba uświadomienia prawodawcom, że obecny rok zgoła przestępnym nie jest, przyjęta została przez nich jako głupi żart. Z całej tej historii sączył się jakiś swąd siarki, i Tangorn z całego serca ucieszył się z decyzji Waddariego, by nie ujawniać się z powodu przesadnego zainteresowania okrętową aferą i nie sprowokować kolejnego nieszczęśliwego wypadku.

Tym cenniejsza stawała się druga informacja — wiadomości zebrane przez Elwiss i przesłane przez Waddariego, a potem przez ludzi Vittano. Rozmawiała z wieloma spośród swoich przyjaciół w artystycznych kręgach i kręgach ludzi interesu. Temat rozmów był zupełnie niewinny i nie powinien zaniepokoić tych, którzy mogli jej pilnować w tym czasie — i z DSD, i z Nadmorskiej 12. Najważniejsza informacja, jak to często bywa, leżała na samym wierzchu, a sytuacja wyglądała tak…

Mniej więcej trzy lata temu, gdy na północy zaczynała dojrzewać wojna, wśród umbarskiej młodzieży niespodziewanie rozkwitło powszechne zainteresowanie elfami. Dla niektórych, tych o nieskomplikowanych umysłach, skończyło się to modą na elfickie symbole i pieśni, a osobniki bardziej inteligentne zostały zainteresowane ich ideologią, a ta, przynajmniej w streszczeniu Elwiss, wyglądała jak najdziksza mieszanka nauk khandyjskich derwiszów („Nic nie mieć, niczego nie pożądać, niczego się nie bać”) i mordorskich anarchistów („przebudowa społeczeństwa na bazie całkowitej wolności jednostki i społecznej równości”), doprawiona sielankowymi bredniami o „powszechnym jednoczeniu się z Przyrodą”. Można się tylko dziwić, jak mogli dać się złapać na taką kretyńską paplaninę młodzi umbarscy intelektualiści. Ale łapali się, łapali! Nawet więcej — po jakimś czasie okazało się, że nie być nosicielem tej ideologii jest po prostu nieprzyzwoite i wręcz niebezpieczne: osoby, wypowiadające opinie w innym tonie niż zachwyt i rozczulanie, poddawane były ostracyzmowi i jawnej nagonce — „dzieci są zawsze okrutne”.

A po roku wszystko się skończyło — tak samo niespodzianie, jak się zaczęło. Z całego tego ruchu, a był to bez wątpienia zorganizowany ruch, została tylko artystyczna szkoła elfinarów, bardzo ciekawy wariant prymitywizmu, a do tego dziesięciu półgłówkowatych guru, wygłaszających natchnione przepowiednie, według których wkrótce całe Sródziemie miało się stać jednym wielkim Złotym Lasem. Głównym ich jednakże zajęciem było obgadywanie kolegów i dymanie oszołomionych trawką małolat ze swego stada… Poważni młodzi ludzie oderwali się od tych wszystkich zabaw i wrócili na łona swych rodzin, z którymi przez rok byli bez kontaktu. Ich wyjaśnienia nie były specjalnie oryginalne — od „diabli mnie skusili” do „kto w młodości nie był rewolucjonistą jest pozbawiony serca, a kto następnie nie został konserwatystą — pozbawiony jest mózgu”, a zresztą, jakie szczegółowe wyjaśnienia potrzebne są rodzicom, którzy ponownie mają swą latorośl przy rodzinnym stole? Wszystko to można by uważać za jakąś bzdurę, nie zasługującą na specjalną uwagę — w końcu młodzież zawsze musi się jakoś wyszumieć — gdyby nie jedna jedyna okoliczność.

Chodziło o to, że nawróceni — a wśród nich były dzieci najznakomitszych rodów Republiki — co do jednego gwałtownie zainteresowali się służbą państwową, czego w środowisku „złotej młodzieży” nigdy wcześniej nie obserwowano. Przemiana spędzającego połowę życia w środowisku cyganerii marzyciela albo salonowego lenia we wzorowego urzędnika jest dziwna, ale gdy takich przypadków są dziesiątki, a nawet setki, to jest w tej prawidłowości coś niepokojącego. Jeśli jeszcze dodamy, że w ciągu ostatnich dwóch lat wszyscy zrobili fantastyczne kariery (demonstrując przy tym zadziwiającą solidarność i pomoc wzajemną, mocniejszą od więzów zamorro) i wyraźnie wspinali się po szczeblach administracyjnych stanowisk, to sytuacja ta zaczynała wręcz przerażać. Nie pozostawało najmniejszych złudzeń: za siedem, osiem lat właśnie ci ludzie zajmą kluczowe stanowiska we wszystkich umbarskich urzędach — od MSZ do Admiralicji, od Skarbu do tajnej służby i bez rozlewu krwi, nie łamiąc żadnych przepisów, przejmą wszystkie sfery realnej władzy w Republice. Najdziwniejsze zaś było to, że nikogo w Umbarze to nie obchodziło, chyba, że jakiś stetryczały urzędas rozczuli się i wy mamrocze: „O, narzekamy na naszą młodzież, a ona, oho-ho! Orły! Dla dobra ojczyzny…”

Tangorn odłożył wykonany przez Elwiss wykaz mniej więcej trzydziestu „nawróconych na łono” i głęboko zamyślony patrzył na wiszącą w powietrzu za rufą „Latającej rybki” mewę. Zastygła w błękicie przestworzy, przypominając „ptaszka” na marginesie; tego „ptaszka”, którym powinien zaznaczyć zaraz jedno z nazwisk na liście — tej osoby, którą trzeba będzie rozpracować. Nie chodziło o trudności konkretnego wyboru, smutne było to, że ci ludzie — sądząc z tego, co o nich wiedział — byli naprawdę mu mili. Idealiści, których uczciwość porównywalna jest co najwyżej do ich naiwności… Niestety, było wręcz niemożliwe wytłumaczyć im, że w samym Lorien, w tym prawdziwym, a nie tym wytworzonym w ich młodzieńczych wyobrażeniach, jeśli można sądzić, ani wolnością, ani bezklasową społecznością nawet nie pachnie, i że owa „sprzedajna zgniła pseudodemokracja”, która ich na swoje nieszczęście wychowała, ma cały szereg zalet w porównaniu z teokratyczną dyktaturą.

Tak więc, szuka najbardziej sympatycznych i być może najbliższych mu duchowo ludzi w Umbarze.

Szuka ich, żeby zabić.

Jak to mawiał Haladdin? „Czy cel uświęca środki? Problem, w sumie, nierozwiązywalny”.

45

Umbar, ulica Latarniowa
Noc z 14 na 15 czerwca 3019 roku

Umbarczycy jednogłośnie twierdzą, że człowiek, który nie widział Wielkiego Karnawału, nie widział niczego w swoim życiu; brzmi to może przesadnie bezapelacyjnie, ale taka opinia jest w pewnym sensie uzasadniona… Nie chodzi nawet o piękno nocnych fajerwerków i pochodów przebierańców, choć i te są wspaniałe. Niezmiernie ważne jest co innego. Druga niedziela czerwca to dzień, kiedy walą się wszystkie bariery społeczne: uliczne dziewki stają się szlachetnymi pannami z dobrych domów, a panienki — dziewkami, natomiast w parze komediantów, którzy na role odgrywają na ulicy scenki z życia słynących z tępoty górali Półwyspu, równie dobrze jeden może być senatorem, a drugi — członkiem gildii żebraków. To jest bowiem dzień, kiedy czas zaczyna się cofać, i każdy może wrócić do swej wspaniałej, lekkomyślnej młodości i posiąść ciepłe, czułe usta nieznajomej w czarnej maseczce, którą udało się porwać w tanecznym wirze. To dzień, kiedy grzechem jest bogacić się, a kraść — świństwem. Tego dnia wolno wszystko, prócz jednego — naruszać incognito partnera.