Algali milczał — nie miał co odpowiedzieć. A najważniejsze — spłynęła nań nie wiadomo skąd dziwna obojętność. Siła, za której cząstkę uważał siebie, przyszła mu na pomoc, poczuł niemal fizycznie jej obecność — jakby dotknięcie czułych matczynych dłoni: „Wytrzymaj, synku! Trzeba cierpieć, ale to nie potrwa długo, i nie będzie takie straszne… Nie bój się, jestem tu, z tobą!” I — dziwna sprawa — niewidzialną obecność tej siły wyczuł również akrobata; wystarczyło mu tylko jedno spojrzenie na obojętny uśmiech Algalego, by zrozumieć: koniec! Umknął, bydlak, przeciekł między palcami. Teraz już nie jest w jego władzy, można z nim robić co się chce — umrze i nie powie ani słowa. To się zdarza, nieczęsto, ale się zdarza… I wtedy po prostu uderzył w twarz przywiązanego do krzesła człowieka, wkładając w ten cios całą swą wściekłość:
— Ty gnoju, ty elficka szmato! — rzucił, przyznając się tym samym do porażki.
— „Elficka szmato”? Interesujące!
Nikt nawet nie zauważył, że przez drzwi przeniknął czwarty przebieraniec, w kostiumie zbója-masztanga. Zresztą, miecz masztanga miał cechy wyraźnie nie karnawałowe, a uderzenie rękojeści w skroń akrobaty natychmiast wyłączyło tamtego z dalszego ciągu wydarzeń. Błazen tymczasem zdołał odskoczyć w bok i obnażyć swoją klingę, ale mało co mu to pomogło: zbyt wielka była różnica w klasie szermierzy, tak więc gość potrzebował nie więcej niż dziesięciu sekund, by długim ukośnym cięciem otworzyć pierś błazna — tak, że trykająca we wszystkie strony krew chlapnęła też na astrologa. Starannie wytarłszy ostrze miecza podniesioną z podłogi szmatą, masztang przez chwilę przyglądał się z niezadowoleniem jeńcowi.
— Jeśli dobrze zrozumiałem, szlachetny panie, to ci chłopcy usiłowali przykleić pana do elfickiego podziemia. Czy nie tak?
46
— Nie rozumiem, o czym pan mówi. — Wymowa Algalego pozostawiała wiele do życzenia: obmacywał teraz językiem ruszające się zęby i usiłował oszacować straty.
— Do diaska, młodzieńcze, nie jestem durniem, który pyta czy należy pan do podziemia! Ja pytam, czego chcieli ludzie z Tajnej Straży Aragorna?
Algali milczał, usiłując rozeznać się w sytuacji. Wszystko to wyglądało na kiepski spektakl, gdzie odważny wybawiciel, „cały na biało”, wyskakuje z komina akurat w chwili, kiedy księżniczka już trafiła w owłosione łapska herszta zbójów, ale jeszcze nie straciła cnoty… Dokładniej — wyglądałoby, gdyby nie szereg okoliczności: miecz, którym masztang rozciął krępujące go rzemienie był prawdziwy, cios w pierś błazna — sądząc po odgłosie — również prawdziwy, a krew, której krople otarł Algali ze swego policzka, była rzeczywiście krwią, a nie sokiem z porzeczek… W sumie, wyglądało, że rzeczywiście niechcący trafił w jakieś obce machinacje. Cóż, gorzej niż było nie będzie.
— Przy okazji — jestem baron Tangorn. A pan jak ma na imię, chłopcze?
— Algali, młodszy sekretarz MSZ, do usług.
— Bardzo mi miło. Przeanalizujmy zatem położenie. Moje pojawienie się tu wygląda jak „fortepian w krzakach” — takie przypadki zdarzają się tylko w książkach, przez co wydaję się panu osobnikiem niewątpliwie podejrzanym…
— O, dlaczego. Jestem panu bardzo wdzięczny, baronie. — Algali aż przesadnie skłonił się przed wybawcą. — Gdyby nie pańska szlachetna interwencja, na pewno czekałby mnie dość fatalny koniec. Ci ludzie, uwierzy pan lub nie, wbili sobie do głowy, że przynależę do jakiejś elfickiej organizacji…
— No to teraz rozpatrzmy to z mojego punktu widzenia. Ja — proszę mi wybaczyć — założę, że moi gondorscy koledzy nie pomylili się… I proszę mi nie przerywać! — Tu w głosie masztanga wyraźnie zgrzytnął metal oficerskiego tonu. — Tak więc, przybyłem do Umbaru z Ithilien z misją specjalną: nawiązać kontakt z elfami i przekazać im pewną ważną informację — jasna sprawa, że nie za darmo. Niestety, o misji tej dowiedział się Aragorn, który zamierza przeszkodzić mi w przekazaniu tych informacji. Dla niego to też sprawa życia i śmierci. Jego Tajna Straż zaczęła na mnie polowanie. Trzeciego czerwca usiłowali ująć mnie w tawernie „Morski konik”, i od tamtej pory gramy ze sobą w kotka i myszkę po całym mieście. Co prawda, w trakcie zabawy myszka stała się skorpionem — te rozgrywki kosztowały ich siedmiu nieboszczyków a, licząc tego — niedbale skinął głową w stronę błazna — już ośmiu… Tak więc, dziś wieczorem w końcu wymacałem jeden z ich konspiracyjnych lokali, Latarniowa 4. Składam im rzecz jasna wizytę i co się ukazuje oczom moim? Ludzie z Tajnej Straży z oddaniem, zupełnie zapomniawszy o zewnętrznej ochronie willi, przepytują człowieka z jakoby elfickiej siatki — tej właśnie, której od dwóch tygodni szukam… Więc jak mój „fortepian w krzakach”? Który z naszych „przypadków” jest bardziej podejrzany?
— Hm, jeśli rozpatrywać je teoretycznie…
— Och, oczywiście, że teoretycznie! Przecież się umówiliśmy, że pańska przynależność do elfickiej siatki jest niczym innym jak tylko warunkowym założeniem… No więc, nie bacząc na to wszystko, jestem skłony uwierzyć w pańską opowieść. Jeśli mam być szczery, to po prostu nie mam wyboru. Najpierw musi się pan ukryć…
— Nawet mi nie w głowie! Mnie te wasze szpiegowskie gierki…
— Słuchaj, jesteś idiotą, czy co? Skoro już wpadłeś w oko ludzi z Nadmorskiej 12 to koniec, jesteś załatwiony! Udowodnisz im, że nie należysz do elfickiej siatki tylko umierając w torturach. Wtedy rozłożą ręce i powiedzą: „A to ci historia, pomyliliśmy się…” Nawet jeśli naprawdę nie jesteś w tej siatce, ani na jawie, ani we śnie — szukaj dziury, w której uda ci się ukryć, a mnie — zauważ — zupełnie nie interesują twoje problemy i nie mam zamiaru proponować własnych dziurek… Ale jeśli naprawdę jesteś z elfickiego podziemia, będziesz musiał po takim „cudownym uwolnieniu” długo i mętnie tłumaczyć się przed własną służbą bezpieczeństwa — czy jak tam się ona u was nazywa. Powiesz im po prostu: baron Tangorn z Ithilien szuka kontaktu z Elandarem…
— Pierwszy raz słyszę to imię.
— Nie dziwota — to nie twoja szarża. Tak więc, jeśli twoi przełożeni uznają, że sprawa jest godna uwagi, czekam na ciebie o siódmej wieczorem w piątki w restauracji „Zielona makrela”. Ale koniecznie przekaż, że nie będę rozmawiał z nikim innym tylko z Elandarem. Z płotkami nie zawieram umów.
A kiedy masztang wyprowadził astrologa na ganek willi, w noc przenicowaną wybuchami karnawałowych fajerwerków, zatrzymał swego podopiecznego i dodał jeszcze:
— Poczekaj. Po pierwsze, zapamiętaj dom, numer i całą resztę — to ci się przyda. Po drugie, kiedy uda mi się wyciągnąć z tego akrobaty, w jaki sposób Nadmorska 12 dopadła młodszego sekretarza MSZ Algalego, zapieczętuję te zeznania w kopercie, która czekać będzie na ciebie w Harmiańskiej Wólce, w domu mamuni Madino… No, ruszaj, chłopcze, a ja idę pogadać z naszym wspólnym znajomym, póki jeszcze węgle nie wygasły do końca…
Nie wyglądało jednak, by młodszy sekretarz poważnie przejął się ostrzeżeniami masztanga. Przez jakiś czas szwendał się po ciemnych ulicach, zapewne usiłując wykryć „ogon” — śmiechu warte, przy jego wprawie. Potem wszedł do baru „Spadająca gwiazda”, ulubionego miejsca wszelkiego rodzaju artystycznej i prawie artystycznej elity, gdzie zawsze było gwarno, a już tej nocy nie dało się nawet szpilki wetknąć. Tu, w świetle, od razu stało się widoczne, że przygoda kosztowała sekretarza trochę nerwów. Jedną z oznak były bardzo wyraźnie drżące ręce. Czekając przy kontuarze, aż barman zmiesza mu „Niezapominajkę” — skomplikowany koktajl z jedenastu komponentów — mechanicznie układał słupek z monet, ale palce nie słuchały go i słupek dwukrotnie się rozsypał. Barman, który zauważył te architektoniczne ćwiczenia, chrząknął, odstawił koktajl i oznajmił: