— Dam ci, chłopie, szklankę rumu — to ci prędzej pomoże…
Kilka godzin Algali spędził przy stoliku w kącie sali, nie rozmawiając z nikim, potem zamówił drugi koktajl, a następnie wyszedł na zewnątrz i ciasnymi uliczkami dotarł na zupełnie bezludny o tej godzinie most Spełnionych Życzeń. I zniknął.
Jeśli ktoś śledził Algalego, to pewnie w tym momencie powołałby się na siły nieczyste: przed chwilą był tu człowiek, a teraz nie ma… W zasadzie można wysnuć przypuszczenie, że skoczył do przepływającej pod mostem gondoli, ale most Spełnionych Życzeń ma prześwit trzydzieści stóp; urzędnicy MSZ raczej nie mają kwalifikacji do takich cyrkowych numerów, a i synchronizacja działań musiałaby być niesamowita. A poza tym, kto i jak by ją uzgodnił? Zresztą, inne warianty wyjaśnień były wcale nie mniej fantastyczne. Można też powiedzieć znacząco: „Elficka magia!”, ale i te słowa raczej niczego nie wyjaśniają. Krótko mówiąc, w jaki sposób Algali znalazł się w niepozornym rybackim domku na brzegu zalewu Barangarskiego pozostało zagadką.
Po kilku godzinach stał on na środku chaty, zupełnie nagi, rozłożywszy na boki ręce, z zamkniętymi oczami. Szczuplutka czarnowłosa dziewczyna, podobna trochę do smutnego ptaszka vivino, wolno, niemal nie dotykając go, przesuwała dłonie wzdłuż pleców Algalego. Zbadawszy w ten sposób całe jego ciało, dziewczyna pokręciła przecząco głową i rzekła:
— Czysty, żadnego magicznego pyłu.
— Dziękuję ci, malutka! — Człowiek, siedzący w kącie na wyschniętej baryłce, miał spokojną, ogorzałą twarz kapitana stojącego na mostku miotanego sztormem statku. — Zmęczona jesteś?
— Nie bardzo — usiłowała się uśmiechnąć, ale blady to był uśmiech.
— Odpocznij z godzinkę…
— Nie jestem zmęczona, naprawdę!
— Odpocznij, to rozkaz. Potem jeszcze raz sprawdzisz jego ubranie — każdą niteczkę. Obawiam się, że wsadzili mu gdzieś „wahadełko”… No, a co ty nam powiesz? — Odwrócił się do chłopaka w karnawałowym kostiumie nietoperza.
— Kontrobserwacja nie wykazała „ogona”, w każdym razie od „Spadającej gwiazdy” do mostu. Szedłem za nim, bo i tak musiałem odwiązać drabinkę sznurową, po której schodził do gondoli. Wszystko czyste.
— Były jakieś problemy?
— Żadnych. Jak tylko dostałem sygnał alarmu — koktajl „Niezapominajka” plus rozsypujący się słupek monet — uruchomiłem grupę osłonową. Barman przy drugim koktajlu przekazał mu, na którym słupku ma szukać drabinkę, i wszystko odbyło się gładko i cicho.
— Dobrze. Na razie jesteście wolni. A pan, Algali, proszę coś na siebie włożyć, siadać i opowiadać. Słucham was uważnie.
Odprowadziwszy wzrokiem oddalającego się po Latarniowej MSZ — owskiego sekretarza, człowiek, który przedstawił się jako baron Tangorn — rzeczywiście był to baron Tangorn — wrócił do budynku. Na półpiętrze wrzała praca: akrobata i błazen — żywi i zdrowi — starannie sprzątali pomieszczenia. Błazen już zdążył zdjąć zakrwawione ubranie, a także wyrzucić resztki wypełnionego świńską krwią pęcherza, który trzymał pod pachą, gdy rozciął go miecz barona. Krzywiąc się z bólu, zdejmował właśnie mithrilową kolczugę. Widząc Tangorna, ustawił się bokiem, żeby zademonstrować ogromny siniec.
— Szefie, jak pragnę podskoczyć — żebro mi złamałeś!
— Za te dungany, coś zarobił, można cierpieć. Jeśli to była aluzja do podwyżki — obejdziesz się smakiem.
— No wiesz?! Mogłeś delikatniej. Dźgnąć lekko i już, ale nie, ty musiałeś grzmotnąć z całej siły! A jakby kolczuga nie wytrzymała?
— Ale wytrzymała — obojętnie odparował baron. — Daj ją tu. Kolczuga została wcześniej pomalowana czarną emalią, tak więc nie różniła się w tej chwili na oko od starej mordorskiej kolczugi; w planach barona nie przewidywano wtajemniczania wspólników w sekrety jej wykonania.
— Inspektorze — zawołał akrobatę, starannie zmywającego krwawe plamy z oparcia krzesła — proszę nie zapomnieć odłożyć na miejsce piecyk.
— Baronie — odezwał się tamten rozdrażnionym tonem — nie należy mnie pouczać jak się zaciera ślady! — Po czym przypomniał znane powiedzonko o synku, co to uczy ojca dzieci robić, i o tym, że nie należy uprawiać miłości na nadbrzeżu Trzech Gwiazd, przede wszystkim dlatego, że widownia zadręczy parę swoimi głupimi radami.
— A gdzieście to wszystko zdobyli? — Tangorn pokręcił w dłoni złowieszczo wyglądające szczypce, wyjęte na chybił trafił ze sterty w misce.
— Kupiłem za trzy castamirki od targowego wyrwizęba wszystkie jego manele i dodałem co nieco z narzędzi ślusarskich. Zachlapałem trochę krwią i zupełnie dobrze wyszło, na oko się nie odróżni…
— Świetnie. Dzięki za współpracę — mówiąc to, podał Waddariemu i jego pomocnikowi po sakiewce ze złotem. — Ile jeszcze potrzebujecie czasu na sprzątanie? Dziesięć minut wystarczy? — Inspektor pomyślał chwilę i skinął głową. — Dobrze. Twój statek — baron zwrócił się do błazna — odpływa o świcie. Na tych ziemiach pięćdziesięciu dunganów wystarczy, żeby założyć jakąś gospodę czy zajazd, i na zawsze zapomnieć o Umbarze i o umbarskich wywiadowcach, prawda? Tylko nie radzę ci publikować memuarów o dzisiejszej nocy…
— A co to znaczy „publikować memuary”, szefie?
— To znaczy, że ktoś po pijaku zaczyna sypać opowieściami ze swego żywota. Albo, uważając się za mądrego, wysyła liścik na policję…
— Nie gadaj głupot, szefie! — obruszył się tamten. — Żebym ja kiedykolwiek brata wsypał?!
— I tak postępuj dalej. Pamiętaj: Kulawy Vittano jest mi coś winien i uważa mnie za swego krewniaka, tak więc, jakby co, dostanie cię nie tylko w Wendotenii, a nawet w Błogosławionych Królestwach.
— To mnie obraża, dowódco…
— Nie obrażam cię, tylko przestrzegam. Bo wiesz, ludzi czasem kusi takie coś — dwa razy skasować za tę samą robotę… No, żegnam was, orły. Powodzenia. Mam szczerą nadzieję, że się już nie spotkamy.
Powiedziawszy to, baron odwrócił się i ruszył ku drzwiom, ale zaraz zatrzymał się i stał kilka sekund, jakby niezdecydowany. Żeby zabrać się do tej pracy, która go czekała na górze, na pewno należało się przygotować.
47
Dom na Latarniowej 4 był naprawdę konspiracyjnym lokalem gondorskiej rezydentury, tyle że prawdziwi jego gospodarze, dwaj kaprale Tajnej Straży, nie brali udziału w opisanych powyżej wydarzeniach. Cały ten czas spędzili w salonie na górze — ze skrępowanymi rękoma i nogami, z kneblem w ustach. Kaprale zostali zaskoczeni w toku błyskawicznej operacji, zaplanowanej przez Waddariego oraz Tangorna i zrealizowanej przez mężczyznę o przezwisku Tłuczek, któremu bardzo zależało na zmianie klimatu. Trzeci wspólnik potrzebny był baronowi nie tylko z powodu swych zawodowych nawyków, ale również po to, by liczba porywaczy Algalego odpowiadała liczbie rzeczywistych mieszkańców Latarniowej 4. A ponieważ w toku inscenizacji jeden z porywaczy został „zabity” przez Tangorna, to teraz jeden z kaprali powinien rozstać się z życiem w ten właśnie sposób… „Zaiste, Świat jest Tekstem — pomyślał baron, pchnąwszy drzwi do salonu — i nie da się od tego uciec”.
— No to jak, poznajecie mnie? — Tangorn pozbył się maski i póki uwalniał swych jeńców z knebli, ci mogli dokładnie mu się przyjrzeć, porównując to co widzą z opisem operacyjnym. Sądząc z tego, jak zjeżyt się jeden i skamieniał drugi, było jasne, że go poznali, i niczego dobrego nie oczekują. — Pogadamy od serca, czy od razu siekać was na gulasz?