Ten, który się najpierw skulił, teraz wybuchnął przekleństwami — widać było, że rozpaczliwie stara się zagłuszyć swój strach. A drugi, to rzucało się w oczy, był człowiekiem opanowanym: patrzył przed siebie prosto i twardo, a potem rozkleił wargi i powiedział ostro, jakby jednym uderzeniem wbił gwóźdź:
— Rób swoje, gadzie! Ale pamiętaj, wcześniej czy później dopadniemy cię. I powiesimy za nogi, tak jak należy powiesić zdrajcę…
— Tak, pewnie tak się stanie… za jakiś czas — wzruszył ramionami baron, wyciągając z pochwy miecz. Teraz wybór był już jasny. — Tylko ciebie wśród „my” nie będzie, gwarantuję ci.
Mówiąc to, wbił klingę w pierś jeńca i natychmiast wyszarpnął. Krew trysnęła wspaniale… Przez te lata wojen „trzeci miecz Gondoru” poszlachtował w walkach wielu ludzi, ale nigdy jeszcze nie musiał z zimną krwią zarzynać bezbronnego i skrępowanego człowieka, niech nawet i śmiertelnego wroga. Zrozumiał, że wykonał jeszcze jeden krok poza tę rubież, spoza której nie ma powrotu, ale nie miał już wyboru. Jedyna rzecz, na jaką sobie pozwolił, to zadanie ciosu dokładnie w prawą górną część piersi: taka rana, jeśli chłopak przyjaźni się z Fartuną, może nie być śmiertelna. Trup, jako taki, baronowi nie był potrzebny — jednakże rana musiała być prawdziwa, by elfy nie nabrały podejrzeń, co do wiarygodności przedstawienia.
Gdy zaś, trzymając zakrwawiony miecz w ręku, odwrócił się do drugiego kaprala, ten spazmatycznie zaczął kopać związanymi nogami w podłogę, usiłując odsunąć się od oprawcy. „Pękł — jak by to określił Tłuczek — aż do samej dupy, a niby mówi się, że suma nie zależy od zmiany miejsc składowych… Zmienia się, i to jeszcze jak!” Tangorn musiał przerwać strumień jego wyznań, ponieważ wszystkie te wiadomości o sprawach i sprawkach Nadmorskiej 12 aż tak bardzo go w tej chwili nie interesowały.
— Dobrze. A od kiedy wasza siatka ma rozpracowywać elfickie podziemie?
— Ja o takim czymś nic nie słyszałem. Może inni…
— Jak to „nie słyszałem”? To po co elfa porywaliście?
— Jakiego elfa? — zgłupiał tamten.
— No, może nie elfa, ale człowieka z elfickiego podziemia… tego, którego dopiero co wypuściłem z waszej piwnicy.
— Ja… ja nie rozumiem! My nawet nie słyszeliśmy o żadnych elfach!
— Aha! — złowieszczo uśmiechnął się Tangorn. — Mam omamy, znaczy się… Czy może ktoś go wam podrzucił do piwnicy, co?
— Proszę posłuchać, opowiedziałem wszystko, co wiem. Jeśli wpadnę w ręce Marandila, to koniec ze mną. Po co miałbym kłamać?
— Przestań mi tu kręcić! Jeśli chcesz wiedzieć, to znalazłem tę waszą norę, obserwując chłopaka z elfickiego podziemia — Algalego, młodszego sekretarza MSZ-u. Tak więc na własne oczy widziałem, jak dwaj chłopcy w karnawałowych strojach poczęstowali go jakąś trucizną, a potem tu przywlekli. No to, postanowiłem złożyć wam wizytę… Czy może za tymi portierami kryje się jeszcze kilku waszych?
— Ależ nie, przysięgam! Nie porywaliśmy nikogo! — W oczach kaprala błysnęło szaleństwo, miał ku temu powody.
— Tak… Wydaje mi się, że wreszcie trafiłem na coś sensownego w tej stercie odpadków, które usiłujesz mi wcisnąć. Należy sądzić, że jest to wasza podstawowa operacja, i dla jej osłonięcia jesteście gotowi na każdą ofiarę… Tyle, że teraz właśnie zainteresowałem się tą historią na serio: nie myśl, że uda ci się umrzeć tak samo łatwo i szybko jak twojemu wspólnikowi! Wiesz, od czego zacznę?
Kapral należał do tych ludzi, którym ze strachu głowa zaczyna pracować lepiej niż w normalnych warunkach. Żeby uniknąć tego koszmaru, jaki obiecywał mu baron, błyskawicznie zmontował swoją wersję: że niby rzeczywiście schwytano młodszego sekretarza MSZ Algalego, działając według ustnego, nie potwierdzonego żadną dokumentacją polecenia Marandila… Tangorn na gorąco wyłapywał wszystkie chwiejne punkty w wersji kaprala, a ten natychmiast wprowadzał do swej opowieści odpowiednie korekty i trwało to tak długo, aż historia stała się logicznie podbudowana i wiarogodna. W rzeczywistości baron, zadając odpowiednie naprowadzające pytania, po prostu zmusił kaprala do zbudowania tej samej wersji, którą on opracował kilka dni wcześniej…
Kiedy opowieść została spisana na papierze — przy tym dwukrotnie — Tangorn związał go na nowo, zabrał żetony obu kaprali (gadatliwy nazywał się Arawan, o ten ostry — Morimir; zdejmując łańcuszek z jego szyi baron dotknął tętnicy szyjnej — puls, jak na razie, dawał się wyczuwać) i opuścił dom, odprowadzany przeraźliwymi wrzaskami swego rozmówcy: „Rozwiąż mnie! Pozwól mi uciec!” W planach barona leżało, by w łapy swoich kolesi z Nadmorskiej 12 trafił kapral możliwie późno, dlatego nie lenił się, odszukał posterunkowego, choć to niełatwe zadanie w noc karnawałową, i przekazał mu, że dom na Latarniowej 4 ma otwarte drzwi, a z wewnątrz dochodzą wołania o pomoc: „Nie wygląda to na żart, może ktoś po pijaku rozrabia?” Następnie zamknął w kopercie, przeznaczonej do Harmiańskiej Wólki, zeznania Arawana wraz z jego żetonem. Kopię zeznań jutro rano otrzyma konsul Odrodzonego Królestwa: niech sobie z Marandilem łamią głowy, co to ma znaczyć. Niepewność, jak powszechnie wiadomo, rodzi brak działania.
Na pokład „Latającej rybki” Tangorn wrócił dopiero o świcie i natychmiast zasnął kamiennym snem. Co miał zrobić — zrobił, teraz zostało mu tylko czekać. Zarzucona przynęta — prawdziwe imię jednego z przywódców podziemia — jest tak smakowita, że elfy po prostu nie mogą nie doprowadzić do spotkania: muszą przyjść, chociażby po to, by go sprzątnąć… Należy sądzić, że sprawdzenie tej historii zajmie elfom kilka dni, tak więc w „Zielonej makreli” powinien się pokazać dopiero w następny piątek, dwudziestego. Teraz zaś ma trochę czasu, by przemyśleć rozmowę z Elandarem, osłonę oraz trasy ucieczki.
— Rozmawiać będzie tylko z samym Elandarem, płotki go nie interesują…
— Zwariowaliście! — spojrzenie Wielkiego Magistra płonęło. — On nie może znać tego imienia, a zresztą, nikt poza Lorien nie może tego wiedzieć!
— Tym niemniej, tak to wygląda, mistrzu. Czy powinniśmy pakować się w kontakt z nim?
— Oczywiście. Tylko nie ty, a ja sam. Sprawa jest zbyt poważna. Albo rzeczywiście ma jakąś ważną informację — a wtedy należy ją zdobyć za wszelką cenę, albo nas prowokuje. W tym drugim przypadku należy go zlikwidować, póki nie jest za późno… Ile czasu potrzebuje pańska służba bezpieczeństwa, żeby sprawdzić tę dziwną historię z cudownym ocaleniem?
— Sądzę, że cztery dni wystarczy, mistrzu. W zasadzie, już w ten piątek można by pójść do „Zielonej makreli”.
— Jeszcze jedno. Ten Algali… Słyszał imię, którego znać nie powinien. Postarajcie się, żeby nie wypaplał tego nigdy i nikomu.
— Tak jest, mistrzu. — Szef służby bezpieczeństwa na sekundę odwrócił spojrzenie. — Jeśli uważa pan to za konieczne…
— Tak uważam. Ten chłopak został ujawniony i „zaświetlony” na całego. Niedługo zacznie na niego polować i Tajna Straż, i DSD, a my me mamy prawa narażać na ryzyko całego podziemia… Wiem, wiem, co pan sobie teraz pomyślał: „Gdyby chodziło nie o człowieka, a o elfa, to pewnie werdykt byłby inny…” Dobrze mówię?