Выбрать главу

— Wcale nie, mistrzu — odparł zapytany głosem bez emocji.

— Bezpieczeństwo organizacji jest najważniejsze, to podstawa wszystkiego. Chciałem tylko przypomnieć, że na kontakt z Tangornem powinien iść właśnie Algali, odebrać przesyłkę w Harmiańskiej Wólce — też on. Tak więc z tą akcją powinniśmy się powstrzymać przynajmniej do piątku…

„Tak — z pewną dumą pomyślał Wielki Magister — wspaniale ich wychowaliśmy, i to w ciągu niecałych dwóch lat. Wypowiadasz magiczne zdanie: »Jest takie słowo — trzeba!«, i nikt już o nic nie pyta. Kto by pomyślał, że ci humaniści i miłośnicy wolności będą gorliwie trzaskać obcasami i salutować, znajdując w tym głęboki sakralny sens, niedostępny ich słabym cywilnym umysłom… Zresztą, ten Algali to jeszcze ma szczęście. Przecież cała siatka to nieboszczycy, wszyscy co do jednego, tyle że on umrze szczęśliwy, przepełniony iluzjami i wiarą w jasną przyszłość, a pozostali przed śmiercią będą musieli napatrzeć się na dzieło swych rąk i zrozumieć, dla kogo przygotowali grunt…”

— Beka z gnojem!!! Na tych gondorskich niedorozwojach nie ma co polegać, ale gdzie pan był, Jakuzzi?

Zastępca dyrektora do spraw operacyjnych rzadko widywał szefa w takim stanie. Raport o nalocie Tangorna na Latarniową 4 doprowadził Almandina do najwyższego stopnia szału; przy tym dotarły przed chwilą od Aktinidisa, trzeciego zastępcy — wywiad polityczny — wiadomości o sytuacji w Minas Tirith, i też nie poprawiły mu humoru. — Czy pan przynajmniej rozumie, że ten psychol ze swoją wendettą, jak nie dziś, to jutro zabije Marandila, a wraz z nim całą operację „Sirocco”?!

— Obawiam się, że nie jest to żadna wendetta, a Tangorn wcale nie jest psycholem, tylko my nie możemy przeniknąć do sedna jego pomysłu. Może to brzmi fantastycznie, ale ten amator wygrywa stawkę po stawce! Można sądzić, że pomagają mu jakieś Siły Wyższe…

— Dobra tam! Niech pan przestanie bawić się w jakieś mistyczne rozważania! Co się dzieje z kapitanem?

— Jeśli baron chciał go złamać, to udało mu się całkowicie. A pisemne zeznania Arawana dobiły biedaka: przysięga, że nie wydawał żadnego rozkazu porwania Algalego, i że ani mu takie coś w głowie nie powstało. To jakieś szaleństwo! Może jakieś światło rzucą zeznania tego elfinara, gdy go odnajdziemy…

— Zostawcie Algalego w spokoju! — rzucił Almandii. — On nie ma wpływu na zagwarantowanie bezpieczeństwa pańskiego agenta Marandila. Jasne?

— Tak jest! — odparł oper.

Znowu wali łbem w tę samą ścianę. Dwa lata temu, kiedy położył na biurku pierwsze materiały o proelfickich organizacjach Umbaru, nakazano mu natychmiast zwinąć działania operacyjne wszczęte przeciwko tym ugrupowaniom i „zakonserwowanie” już wprowadzonych agentów. Od tego momentu dosłownie wszędzie natyka się na ślady tych konspiracyjnych struktur, jak na ślady mysich odchodów w starej komodzie, ale za każdym razem otrzymuje polecenie nie pchania swego psiego pyska w sekrety Wysokiej Polityki: „To jest po linii Aktinidisa”. Należy sądzić, że szefa wywiadu politycznego w podobnie wyszukany sposób informowano, że to jest „po linii Jakuzziego”, jednakże nie dało się tego sprawdzić poprzez jakieś prywatne konsultacje: tego typu kontakty między dwoma wicedyrektorami, tak samo jak inne podobnego typu kontakty między współpracownikami (poza tymi narzuconymi przez podporządkowanie służbowe) były kategorycznie zakazane Regulaminem Departamentu — karano to jako odstępstwo od umberto… „Dobra — zdecydował w pewnej chwili, odczuwając przy tym dziwną ulgę — pewnie Almandin ma jakieś swoje powody, niewidoczne z mojego stopnia dostępności — tajny strategiczny sojusz z elfami przeciwko Gondorowi, czy coś takiego… W końcu ja, wywiadowca, swoją robotę wykonałem, a dalej niech się męczy kierownictwo z analitykami pospołu. Jak mawiał niezapomniany Blacharz: »Ja mam wrzasnąć: Ku-ku-ry-ku!, a czy słońce wzejdzie, to już nie moja broszka…«”

— Jak pan uważa, Jakuzzi, czy kapitan może nadal działać?

— Jest całkowicie rozbity, to strzęp człowieka — jęczy i błaga, żebyśmy mu pozwolili natychmiast uciekać — tak jak się umawialiśmy…

— Właśnie! — i dyrektor trzasnął dłonią w poranny zaszyfrowany komunikat ze sztabu Carnero. — Marandil i tak nie zdoła już osłaniać tego, co się dzieje w zatoce Barangarskiej, jego podwładni nie są ślepi…

„»Podwładni nie są ślepi…« Czy to nie o mnie i elfach?” — poruszyła się myśl w głowie Jakuzziego, a on szybko wyrzucił ją z pamięci.

— A do tego kupa wpadek z trupami z lekkiej ręki tego ithilieńskiego awanturnika. Jak nie dziś, to jutro odbiorą kapitanowi oficerskie akselbanty i oddadzą pod sąd… Krótko mówiąc, natychmiast znajdźcie Tangorna i odizolujcie go za wszelką cenę, za wszelką — jasne? Jak się uda bez rozlewu krwi — wspaniale, jak nie — likwidujcie go w diabły, i pogrzebmy wreszcie tę sprawę! Teraz co do siatki Gondoru… Czy możemy po prostu zablokować ich łącza z Kontynentem, ale naprawdę wszystkie kanały? A potem utrzymać tę blokadę aż do drugiej dekady czerwca, kiedy zacznie się „Sirocco”?

— Sądzę, że tak. Zamkniemy szlaki lądowe przez Chewelgar, Maccarioni połączy się ze strażą przybrzeżną, a ci przejdą na alarmowy tryb służby.

— Tak. Teraz jeszcze jedno: skoro Tangorn jednak jest w mieście, to i Ichneumon, gdzieś tu się czai. Co wiemy na ten temat?

— Jak by to panu powiedzieć… Pojawił się pewien ślad, na razie bardzo mętny. Moi ludzie od kilku dni nie spuszczają z oka przyjaciółki Tangorna, Elwiss. Tak więc, wpadł nam w oko pewien drobny szczegół, niby nic takiego, ale…

Najbardziej banalne przedsięwzięcia — takie, na przykład, jak zwiększenie częstotliwości patrolowania — doprowadzają czasem do nieoczekiwanych wyników. Przeglądając rankiem dwudziestego codzienną paczkę komunikatów, Jakuzzi natknął się na raport straży przybrzeżnej: w nocy z dziewiętnastego na dwudziestego, podczas próby wejścia do zalewu Harmiańskiego przechwycona została feluka znanego przemytnika Wujaszka Sarrakesza „Latająca rybka”. Prócz samego szypra na pokładzie znajdowała się dwuosobowa załoga; ładownia była całkowicie pusta, tak więc nie było formalnych przesłanek do aresztowania, przed wieczorem trzeba będzie Sarrakesza wypuścić. W raporcie jednakże odnotowano, że „Latająca rybka” usiłowała ujść przed strażniczą galerą, niemal ocierając się o obfitujące w mielizny i rafy wybrzeże Półwyspu. Możliwe, pisali w podsumowaniu pogranicznicy, że na feluce był jeszcze jeden pasażer, który, korzystając z ciemności, skoczył za burtę i wpław przedostał się na brzeg.

Trudno powiedzieć, co w tej banalnej portowej historii przyciągnęło uwagę wicedyrektora DSD — najprawdopodobniej jakieś przeczucie… Wujaszek Sarrakesz, o ile pamiętał, związany jest z zamorro Kulawego Vittano i specjalizuje się w zakazanych przez prawo dostawach do Haradu stalowej broni w zamian za orzechy cola, sprowadzanie których jest z kolei zmonopolizowanym przywilejem Republiki. Cola — rzecz droga, i objętość zwrotnej kontrabandy zazwyczaj jest niewielka, nie więcej niż dziesięć worków; wyrzucić je za burtę, gdy tylko zaśmierdziało przypaloną sierścią to kwestia dwóch, trzech minut. Puste ładownie nie zdziwiły więc wicedyrektora. Dziwne było co innego: specjalnie tresowany policyjny pies naprawdę nie wyczuł na pokładzie zapachu coli, a to już zmuszało do poważnego rozważenia wersji strażników o nieznanym pasażerze. Kiedy indziej byłoby to zwyczajnym głupstwem, ale nie teraz, kiedy departament nadzwyczaj skrupulatnie przymykał wszystkie kanały łączności placówki z Nadmorskiej 12 i wyszukiwał gondorskich agentów z drużyny Ichneumona. Jakuzzi uważał, że w tej krytycznej dla kraju chwili skończyły się żarty — nakazał poddanie całej trójki schwytanych przemytników aktywnemu przesłuchaniu. Po kilku godzinach jeden z „bratanków” Sarrakesza pękł i opisał pasażera, który uciekł wpław. Opis wystarczył Jakuzziemu — bez trudu rozpoznał w nim barona Tangorna.