Выбрать главу

Rozpoznał — zaklął krótko, ale soczyście „z marynarskimi zawijasami”, ponieważ zrozumiał, że w najbliższym przewidywalnym czasie nie da się schwytać barona. Sarrakesz jest z Półwyspu, i zapewne Tangorna skierował do któregoś z rozlicznych górskich osiedli, do swoich krewniaków. Nawet gdyby ktoś wiedział, gdzie ukrył się baron, to co z tego — górale nigdy nie wydadzą zbiega policji. Prawo gościnności jest dla mieszkańców Półwyspu święte, targi o zdradę nie mają sensu, a żeby wyrwać barona siłą należy zmontować małą operację wojskową, a tej nikt nie zaaprobuje… Może wysłać w góry zabójców — ninjokwe? Jakby nie było innego wariantu, to jeszcze, ale… Dobrze, zaryzykujemy, poczekamy, niech baron wróci na Wyspy. W końcu po coś tu przybył ubiegłej nocy, mimo oczywistego niebezpieczeństwa, pchał się na „Latającej rybce” do zalewu. Na jakiś czas stracił łączność z przemytnikami Vittano, droga wodna do miasta została odcięta, a zablokowanie Długiej Grobli nie będzie problemem.

— Znajdźcie mi wszystko, co mamy o rodzinnych i przyjacielskich kontaktach Wujaszka Sarrakesza — zadysponował wicedyrektor, zawoławszy swego referenta. — Raczej nie mamy na niego specjalnego dossier, więc trzeba będzie przeczesać wszystkie materiały o zamorro Kulawego Vittano. Teraz druga sprawa: kto u nas zarządza siatką wśród górali Półwyspu — Rashua?

48

Umbar, okolice osady Uguatalpa
24 czerwca 3019 roku

Orzech, pod którym urządzili postój, miał około dwustu lat, co najmniej. Jego korzenie utrzymywały spory kawałek gruntu na zboczu, nad ścieżką prowadzącą z Uguatalpy do przełęczy i jak się wydawało, radziły sobie z tym problemem znakomicie: wiosenne deszcze, nader obfite w tym roku, nie spowodowały tu ani osypisk, ani nowych wypłuczysk. Słaby wiaterek od czasu do czasu mierzwił rozległą koronę, a wtedy plamki słonecznego blasku bezszelestnie przesiąkały przez nią na kremowożółty dywan z opadłych liści, zalegający u podnóża pnia, między żyłami grubych korzeni. Tangorn z rozkoszą wyciągnął się na tym cudownym legowisku — w końcu dla jego zranionej nogi tutejsze ścieżki nie są łatwe — oparł się na lewym łokciu, i od razu wyczuł pod nim jakiś przedmiot. Gałązka? Kamyczek? Przez kilka sekund baron leniwie rozważał dylemat: rozgrzebywać tę stertę w poszukiwaniu uwierającego przedmiotu, czy przesunąć się nieco dalej. Rozejrzał się i przemieścił swoje ciało, gdyż poruszanie czy przesypywanie czegokolwiek tu wydało mu się świętokradztwem.

Otwierający się przed jego wzrokiem obraz przesycony był spokojem; nawet wodospad Uruapan, trzystustopowa ucieleśniona złość rzecznych bogów, schwytanych w pułapkę przez swych górskich braci, wydawał się z tej odległości po prostu sznurem srebrzystego haftu, wykonanym na ciemnozielonym suknie zalesionego zbocza. Nieco bardziej po prawej stronie, w centrum kompozycji wznosiły się nad mglistą przepaścią wieże klasztoru Uatapao — starodawny kandelabr z ciemnej miedzi, zaśniedziały szlachetną patyną bluszczu. „Ciekawa architektura-myślał Tangorn. — Wszystko, co swego czasu widziałem w Khandzie, wyglądało zupełnie inaczej. Zresztą, nie dziw: miejscowy wariant hakimiańskiej wiary bardzo się różni od khandyjskiej ortodoksji. A w większości górale jak byli, tak i pozostali barbarzyńcami. Dwa wieki temu przeszli na hakimiaństwo — najsurowszą i najbardziej fanatyczną ze światowych religii — i to tylko po to, by móc jeszcze w tej materii przeciwstawić się mięczakom, mieszkańcom Wysp, żałosnym robakom, które całe swoje życie zmienili w ciągły targ »sprzedaj-kup« i zawsze przedkładali wygodę nad honor, a zadośćuczynienie materialne nad wendettę”. W tym momencie leniwe rozmyślania barona zostały przerwane co najmniej bezceremonialnie, ponieważ towarzysz jego, który zdążył już opróżnić worek i rozłożyć na nim, jak na obrusie, jeszcze ciepły gliniany garnek z przygotowanym rano ryżem i bukłaczek z winem, odłożył nagle sztylet, którym strugał płatki twardego, zapieczonego z przyprawami mięsa w kolorze czerwonego witrażowego szkła, podniósł głowę i, nie odrywając wzroku od zakrętu ścieżki, niedbałym ruchem przyciągnął ku sobie leżącą obok kuszę.

Zresztą, tym razem był to fałszywy alarm. Kilka chwil później przechodzień siedział już z podwiniętymi nogami przy ich rozścielonym worku i wygłaszał toast — długi i skomplikowany, jak pętle pnącej się pod obłoki serpentyny. „Krewniak — przedstawionego Tangornowi, a ten tylko wzruszył ramionami, gdyż w tych górach wszyscy byli jakoś spokrewnieni, a jeśli nie spokrewnieni, to spowinowaceni lub, w najgorszym przypadku, zaprzyjaźnieni — z Irapuato, za tą doliną”. Następnie górale wszczęli długą, rzeczową rozmowę o widokach na urodzaj kukurydzy i o sposobach hartowania klingi, praktykowanych w Iguatalpie i Irapuato. Baron natomiast, którego udział w dyspucie ograniczał się do uprzejmych uśmiechów, zaczynał składać daninę miejscowemu winu — niewiarogodnie cierpkiemu i gęstemu, kryjącemu w swej bursztynowej głębi pomrugujące różowawe błyski — dokładnie jak pierwszy słoneczny odblask, kładący się na wilgotną od rosy ścianę z żółtawego muszlowca.

Wcześniej Tangorn nie doceniał tego wspaniałego trunku, czemu nie można się dziwić: wino to zupełnie nie nadaje się do transportu — ani w butlach, ani w beczkach. Tak więc wszystko, co się sprzedaje na dole, to nic innego jak podróbka. Tutejsze wino należy pić na miejscu, przez kilka pierwszych godzin po zaczerpnięciu dzbankiem na drewnianej rączce z pitosu, w którym brodziło. Porem można nim już tylko gasić pragnienie. Sarrakesz w czasie ich wymuszonego wylegiwania się na pokładzie „Latającej rybki” z przyjemnością wprowadzał barona w tajniki miejscowego winiarstwa: opowiadał jak winne grona miażdży się w drewnianych kadziach razem z kiściami (stąd bierze się owa niezwykła cierpkość tych win) i rowkami odprowadza do zakopanych w sadach pitosów, jak potem po raz pierwszy otwiera się naczynie, starannie zahaczywszy szpunt dwoma hakami i odwracając twarz, by wyrywający się stamtąd zwarty i żywiołowy winny zapach dzini nie uderzył w człowieka i nie doprowadził go do pomieszania zmysłów…

Większa część wspomnień starego przemytnika nie wyróżniała się szczególną uczuciowością. To był dość specyficzny świat, gdzie mężczyźni, będąc ciągle w pogotowiu, nie rozstają się z bronią, a odziane w czerń kobiety zmienione są w milczące cienie, zawsze przemykające pod najbardziej odległą od mężczyzny ścianą, gdzie malutkie okienka w grubych murach domów to w rzeczywistości strzelnice dla kusz, a najważniejszy produkt miejscowej ekonomiki to trupy, pojawiające się w wyniku nie kończącej się bezsensownej wendetty. Świat, gdzie czas się zatrzymał, a każdy krok jest przewidywalny na dziesiątki lat do przodu. Nic dziwnego, że radosny awanturnik Sarrakesz, wtedy noszący zupełnie inne imię, od dzieciństwa czuł się tam jak ciało obce. A tuż obok było morze, otwarte dla wszystkich i wszystkich ze sobą równające… Teraz, gdy twardą ręką kierował felukę przez spienione sztormowe wały, rycząc na zbyt powolną załogę: „R-ruszać się! R-r-ręka, noga, mózg na kilu!” każdy wiedział, że to jest człowiek na właściwym dla siebie miejscu. Właśnie dlatego wilk morski uparł się, gdy Tangorn postanowił dwudziestego pojawić się w mieście:

— Nawet nie myśl o tym! Wpadniemy, jak pragnę zawisnąć.