Выбрать главу

— Jutro muszę być w mieście.

— Posłuchaj mnie, dobry człowieku, przecież wynająłeś mnie nie jako gondoliera, żebym cię powoził po Kanale Obwodowym. Potrzebowałeś zawodowca, prawda? I skoro ten zawodowiec ci mówi: „Dzisiaj się nie przebijemy”, to tak właśnie jest.

— Ja muszę trafić do miasta — uparcie powtórzył baron. — Żebym zdechł!

— Na pewno trafisz, i to prosto do celi. Straż przybrzeżna dwa dni temu przeszła na tryb alarmowy, rozumiesz czy nie? Gardziel laguny jest zatkana tak, że nawet delfin nie przedostanie się niezauważony. Musimy przeczekać, w tym trybie oni sami długo nie wytrzymają. Przynajmniej do początku następnego tygodnia, żeby trochę księżyca ubyło.

Przez jakiś czas Tangorn zastanawiał się.

— Dobra. Jeśli wpadniemy, co ci grozi? Pół roku?

— Więzienie to betka, najważniejsze, że skonfiskują statek.

— A ile kosztuje ta twoja „Latająca rybka”?

— No, co najmniej trzydzieści dunganów.

— Świetnie. Kupuję ją, za pół setki. Przybijasz?

— Zwariowałeś — machnął ręką przemytnik.

— Może. Ale monety, jakimi płacę były bite nie w domu wariatów.

A potem wszystko poszło dokładnie tak, jak prorokował Sarrakesz. Gdy pięćdziesiąt sążni przed dziobem feluki wzbiła się w górę przenicowana promieniami księżyca fontanna — to doganiająca ich galera oddała strzał ostrzegawczy z katapulty — szyper, mrużąc oczy, ocenił dystans do wrzącej po lewej stronie kipieli, odwrócił się do barona i polecił:

— Wal za burtę! Do brzegu nie więcej niż jeden kabel, nic ci nie będzie. W osadzie Iguatalpa odszukasz mojego kuzyna Botaszaneanę i przesiedzisz u niego. Pięćdziesiąt dunganów oddasz jemu. No, skacz, uparciuchu…

„No i co na tym zyskałem — myślał baron — skacząc na łeb na szyję w tę aferę? Dobrze ludzie mówią: »krócej nie znaczy szybciej«, i tak straciłem tydzień. Dobra, mądry jestem teraz, po szkodzie…”

W tym momencie w rozmowie przy winie pojawiło się nowe słówko „algwasile”, i od tej pory Tangorn zaczął przysłuchiwać się bardziej niż uważnie.

Właściwie nie algwasile, a miejscy żandarmi, i dowodzi nimi nie wiejski korrehidor, a własny oficer. Dziewięcioro ludzi — oficer dziesiąty, pojawili się w Irapuato przedwczoraj. Jakoby pętają się w celu pojmania słynnego rozbójnika Uanaco, ale wykonują to zadanie jakoś dziwnie: patroli nie rozesłali, a szwendają się po domach i rozpytują — nie było aby we wsi obcych? A kto im, wyspiarskim szakalom, cokolwiek powie, nawet gdyby coś wiedział? A z innej strony, jakby się tak zastanowić, można ich zrozumieć: „walkę z rozbójnictwem”, jak tego chciało dowództwo, wykonują — i fajnie. W końcu oni też nie są ostatnimi durniami — za żebracze wynagrodzenie skakać po turniach i osypiskach, podstawiając czerep pod bełt kuszy, a ich kolesie w tym czasie strzygą karawany na Długiej Grobli…

Kiedy gość się pożegnał, towarzysz Tangorna, Cecorello, powiedział zamyślony:

— To ciebie łapią.

— Dokładnie — skinął głową Tangorn. — Czyżbyś szacował, czy nie lepiej by było oddać mnie w Irapuato?

— Zgłupiałeś?! Przecież jedliśmy chleb z jednego bochenka! — Góral zamilkł, a po chwili dodał: — Wiesz, ci na dole, zawsze o nas mówią, że my niby jesteśmy tępi, na żartach się nie znamy. Może tak i jest: tu mieszkają ludzie prości, i za taki żarcik łatwo mogą ci gardło rozpłatać… A poza tym — rozciągnął wargi w chytrym uśmiechu, zupełnie jak dziadek obiecujący wnukom pokazanie sztuczki z „odrywaniem kciuka” — za twoją głowę i tak nie dadzą więcej niż pięćdziesiąt dunganów, które jesteś winien naszej rodzinie. Lepiej już doprowadzę cię do miasta, jak umawialiśmy się, i uczciwie odbiorę swoje pieniążki, może być?

— Może być. A nie zastanawiałeś się nad jakimiś bocznymi ścieżkami?

— Tak. Do Irapuato nie da się wejść, więc i tak trzeba będzie dokoła…

— Dokoła… Wszystko jest poważniejsze, niż ci się wydaje. W Uahapanie pojawili się dziwni domokrążcy. Chodzą we czworo obwieszeni bronią od stóp do głów, a w Koalkoman trzy tygodnie przed czasem zjawił się poborca podatkowy z aigwasilami. Teraz zaś to — Irapuato… To mi się bardzo nie podoba.

— No tak… Uahapan, Koalkoman, Irapuato — otoczyli ze wszystkich stron. Chyba, że…

— Jeśli masz na myśli Guanohato — machnął ręką baron — możesz się nie łudzić. Tam na pewno już się ktoś pojawił: albo wędrowni cyrkowcy zabawiający publikę gaszeniem świecy bełtami swoich kusz, albo przecinający jataganami podrzuconą w powietrze pestkę moreli. Ale to niechby sobie było, gorsze jest coś innego. Otoczyli — masz rację — ze wszystkich stron, i tylko do naszej osady nikt nosa nie wściubia. Co by to mogło znaczyć?

— Może po prostu na razie tu jeszcze nie dotarli?

— Odpada. Do Uahapanu można przedostać się tylko przez Iguatalpę, prawda? Lepiej powiedz mi co innego. Jeśli taka drużyna pojawiłaby się w naszej wsi, mogliby mnie schwytać?

— W życiu! Przecież zwróciłeś naszą uwagę na przechodniów, uważamy na nich jak należy. Gdyby nawet setkę żandarmów przygnali, i tak bym cię zdążył wyprowadzić tyłami domów i ogrodami. A dalej są góry, szukaj wiatru w polu… Jak przyjdą z psami to mamy na nie tabakę z papryczką…

— Prawda. Oni to wiedzą nie gorzej, niż ja i ty. No to, po co to wszystko?

— Chcesz powiedzieć… — Góral zmrużył oczy i zacisnął ręce na rękojeści sztyletu tak, że kostki palców zbielały. — Chcesz powiedzieć, że zwąchali gdzie jesteś? W Iguatalpie?

— Na pewno. Jak — nieważne. To po pierwsze. A po drugie, to, co mi się naprawdę nie podoba to to, że strasznie nieporadnie się zachowują… Wydaje się, że wszyscy ci „domokrążcy”, „łowcy rozbójników” i „poborcy podatkowi” spletli dokoła nas coś na kształt zaciągającego się niewodu. Ale to tylko na oko niewód: tak naprawdę to jest to łańcuch naganiaczy, którzy hałasując i wrzeszcząc zapędzają zwierzynę na strzelców…

— Coś nie kumam…

— To bardzo proste. Oto na przykład usłyszałeś o żandarmach w Irapuato, o czym pomyślałeś w pierwszym momencie? Słusznie: o ścieżce. A teraz powiedz, czy bardzo trzeba być mądrym, żeby posadzić na tej ścieżce kilku kuszników w maskujących pelerynach?

Cecorello milczał długą chwilę, potem wykrztusił sakramentalne: „No to co robimy?”, oficjalnie uznając w ten sposób Tangorna za dowódcę.

— Myślimy — wzruszył ramionami baron. — A co najważniejsze, nie czynimy żadnych gwałtownych ruchów, bo tego właśnie od nas oczekują. Wiemy, że ci z Uahapan, Koalkoman i Irapuato to tylko „zaganiacze”. Teraz pomyślmy, gdzie czają się prawdziwi „strzelcy”, i jak można obok nich przemknąć.

„Tak więc — dedukował — zadanie standardowe: ponownie poluję na niejakiego barona Tangorna, szatyna około trzydziestu dwóch lat, typ nordycki, sześć stóp wzrostu, który to baron posiada jeszcze znak szczególny w postaci lekkiego utykania… Może to dziwne, ale zadanie nie jest prościutkie, jak się początkowo wydaje. Gdzie powinienem ustawić swoich »strzelców«? A przy okazji: skąd ich wziąć? Nie, to proste: muszą to być agenci operacyjni, którzy mogą go rozpoznać, i żebym tu nie widział żadnych bandziorów obwieszonych bronią na trzy strzały z łuku dokoła! Baron na pewno będzie przebrany i tak ucharakteryzowany, że rozpoznanie go nawet dla ludzi pamiętających jego twarz, nie będzie łatwym zadaniem. A czy dużo jest takich ludzi? Nie więcej niż tuzin, a najpewniej siedmiu, ośmiu. W końcu minęły cztery lata. Robimy tak — dzielimy ich na cztery zmiany, po sześć godzin pracy, bo potem oko się męczy… Nie jest to za dużo… Dzielić tę drużynę w ogóle nie ma sensu, trzeba ich zebrać w jedną pięść, ani włączyć do oddziału »strzelców«, ani do »zaganiaczy« absolutnie nie można. Gdy podzielimy. … Tfu! Czy ja zupełnie zgłupiałem?! Jak można ich pakować do »zaganiaczy« skoro — z góry to wiadomo — że ci nie spotkają się z baronem, jeśli nie jest zupełnym durniem, a i wcale nie muszą znać szczegółów operacji, tylko łażą po krzakach i hałasują… Znaczy, tak: przydatnych ludzi mam mało, dzielić ich nie mogę, muszę więc skoncentrować ich wszystkich… Oczywiście!”