— Będą na nas czekali na Długiej Grobli. Nie da się jej ominąć — poinformował baron pół godziny później siedzącego cicho i zastanawiającego się Cecorello. — A my przejdziemy przez nią takim sposobem…
— Zwariowałeś! — wykrztusił góral wysłuchawszy szczegółów jego planu.
— Mówiono mi już to wiele razy — rozłożył ręce baron. — Jeśli więc jestem wariatem, to szczęśliwym wariatem… Idziesz ze mną? Miej na uwadze, że nie będę cię długo prosił, gdyż — samemu będzie mi jeszcze łatwiej.
— Wszystko się zgadza, mistrzu. Ludzie z Nadmorskiej 12 rzeczywiście usiłowali go ująć w „Morskim koniku” i potem jeszcze raz — na placu Castamira. Dwa razy udało mu się im ujść. W „Koniku” — czworo zabitych, na Castamira — troje zarażonych trądem. Dość wysoka cena, według mnie, jak na osłonę jednorazowej dezinformującej operacji. Latarniowa 4 to rzeczywiście konspiracyjny lokal gondorskiej Tajnej Straży, i naprawdę dokonał na ten lokal nalotu: jeden z kaprali — mieszkańców tego lokalu, jest ciężko ranny mieczem w pierś, opowiadanie Algalego potwierdza leczący rannego lekarz. Żeton Tajnej Straży oryginalny, pismo owego Arawana dokładnie odpowiada temu z raportu na posterunku policji. A Algalego szuka obecnie cała gondorska siatka. Ryją nosami w ziemi jak krety… Słowem — nie wydaje się, żeby to była jakaś zmytka.
— Dlaczego więc nie pojawił się w „Zielonej makreli”?
— Może przyuważył pod knajpą naszych ludzi z grupy osłonowej i słusznie uznał, że złamaliśmy warunki umowy. Ale to w najlepszym przypadku, a w najgorszym — capnęli go ludzie Aragorna… Miejmy nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży, mistrzu, i czekajmy następnego piątku, dwudziestego szóstego. A osłonę przyjdzie nam wycofać, gdyż w przeciwnym przypadku znowu nic z tego nie wyjdzie.
— Masz rację. Jedna rzecz jest jednak absolutnie pewna — nie może wyjść z „Zielonej makreli” o własnych siłach…
49
Ichneumon wolnym krokiem przemierzał korytarze konsulatu. Nie skradał się wzdłuż ścian jak błyskawiczny cień, a właśnie przemierzał — tak, że jego krokom towarzyszyło echo, rodzące się i zamierające w zakątkach śpiącego budynku, a naścienne lampiony co chwilę wychwytywały z półmroku czarny paradny mundur ze srebrnymi oficerskimi akselbantami na lewym ramieniu. Zresztą, Marandil od razu zrozumiał, że to tylko złudzenie powstałe z powodu niepewnego oświetlenia: w rzeczywistości porucznik był w cywilnym ubraniu, a „srebro” na jego piersi i ramieniu to po prostu plamy jakiejś białej pleśni… Nie, nie pleśni — to szron! Szron na ubraniu… Skąd miałby się wziąć? I w tej właśnie chwili twarz kapitana owiał słaby, ale wyraźny podmuch — jakby lodowate tchnienie grobowca. Języczki płomieni w kagankach zgodnie kiwnęły się, jakby potwierdzając, że to nie halucynacje, nie łudź się! Mury konsulatu, przekształconego w niezdobytą twierdzę, dwa pierścienie po psiemu wiernej ochrony, DSD z jego niedoścignionym systemem poszukiwań — wszystko nadaremno…
Można było fizycznie wyczuć grobowe zimno wiejące od zbliżającej się postaci, i chłód ten, trwale przytwierdził do podłogi podeszwy kapitańskich butów, od razu zmieniając paniczny wicher w jego głowie w gęstą galaretę: „No i koniec. Przecież od początku wiedziałeś, że tak to się właśnie skończy… Otrzymawszy zeznania Arawana, wiedziałeś już — kiedy, a teraz na dodatek wiesz — jak, i już…” Porucznik tymczasem na jego oczach zmieniał się w najprawdziwszego Ichneumona, który niespiesznie, nieco kołysząc się na boki, zbliża się do kobry — płaski trójkątny łeb z położonymi na głowie uszami, sam w jakiś sposób przypominający głowę węża, rubinowe koraliki oczu i śnieżnobiałe zęby pod nastroszonymi wąsami. A kobrą jest on, Marandil… Stara zmęczona kobra z wyłamanymi zębami jadowymi. Oto zaraz szczęki mangusty zewrą się na jego gardle, uderzą fontanny krwi z przebitych tętnic i zachrzęszczą koronki kości kręgosłupa… Cofnął się, na próżno osłaniając się rękami od zbliżającego się koszmaru, i nagle zwalił na plecy: zaczepił obcasem o brzeg dywanika.
Właśnie ból — upadając mocno uderzył się łokciem — uratował kapitana, przywracając go do rzeczywistości. Paniczny strach nie wiadomo dlaczego zmienił swoje właściwości — z paraliżującego stał się mobilizującym, i Marandil, błyskawicznie poderwawszy się na równe nogi, pobiegł mrocznym korytarzem, tak szybko, że przerywana linia szeregu lampek zlała się w ciągłą ognistą linię. Schody… na dół… skok przez poręcz na następny marsz schodów… jeszcze raz… Tu już powinien stać wartownik. Gdzież on jest? Korytarz prowadzący do gabinetu rezydenta… ochrona, gdzie jest cała ochrona, żeby ich licho?! A za plecami kroki — miarowe, jakby tnące na dokładne plasterki zwartą i grząską ciszę korytarza… Aaaa!!! Przecież to ślepy korytarz! Dokąd teraz, dokąd? Do gabinetu — nie ma wyboru… klucz… nie włazi do dziurki, gadzina! O, kretyn, przecież to od sejfu… Spokojnie, spokojnie… O, Wielki Aule, pomóż, ten diabelski zamek wiecznie się zacina… A kroki coraz bliżej i bliżej — jak padające lodowate krople na wygoloną głowę… A ciekawe, dlaczego nie biegnie? Zamknij się, idioto, nie wykracz! Spokojnie, przekręć… jest, w porządku!!!
Jak jaszczurka przemknął przez szczelinę nie do końca otwartych drzwi do gabinetu, naparł na nie całym ciałem i zdążył przekręcić klucz w tej samej chwili, kiedy kroki odmieńca dały się słyszeć na progu. Kapitan nie zapalał światła — nie miał na to sił. Dygocący i zlany potem usiadł na parkiecie na środku pokoju, w obszernym kwadracie księżycowego światła, przekreślonego kratą okna. Dziwna sprawa: racjonalnie myśląc, Marandil wiedział, że koszmarny prześladowca nigdzie się nie rozpłynął, ale tu, siedząc na tym posrebrzonym dywaniku, jakoś poczuł się bezpiecznie, jak podczas dziecinnej zabawy, kiedy wystarczy krzyknąć: „Zamawiam!” Roztargnione spojrzenie przemknęło po rysunku księżycowych cieni na podłodze, i dopiero wtedy domyślił się, że należy popatrzeć na okno. Domyślił się i niemal zawył ze strachu i rozpaczy.
Na zewnętrznym parapecie, prawie z nosem, na szybie, stał jakiś dziwnie przypominający hienę człowiek. Ten drugi odmieniec mógł z łatwością rozbić nogą szybę i wskoczyć do pokoju, ale nie ruszał się z miejsca i tylko patrzył na Marandila okrągłymi, blado fosforyzującymi oczami… Z tyłu natomiast, dał się słyszeć słaby metaliczny chrobot — to Ichneumon już się zajął zamkiem drzwi. „Dobrze, że klucz został w dziurce” — przemknęło przez głowę kapitana, i w tej samej sekundzie drzwiami wstrząsnęło straszliwe uderzenie. Obok zamka został wybity szarpany, owalny otwór o średnicy jakichś sześciu cali, przez który to otwór z korytarza wlała się struga mętnego światła. Struga ta niemal natychmiast „wyschła” do kilku promyków — otwór został czymś z zewnątrz zasłonięty — a potem nagle rozległ się szczęk zasuwy i drzwi gabinetu Stanęły otworem… Dopiero wtedy Marandil zrozumiał, że porucznik po prostu wywalił pięścią otwór w drzwiach, wsunął przezeń rękę i spokojnie przekręcił sterczący od wewnątrz klucz. Kapitan rzucił się do okna, obawiając się człowieka-hieny znacznie mniej niż Ichneumona, a wtedy z mrocznych kątów pokoju z bezszelestną gracją wynurzyła się kolejne para napastników — wilki.