Wywlekły go za nogi spod biurka, pod którym usiłował się schować, i stały teraz nad zdobyczą, szczerząc kły i nasycając powietrze ostrym zapachem psiej sierści, a ich oddechy były przesiąknięte „mięsnym” zapachem. On zaś, uświadomiwszy już sobie całkowitą nieodwracalność zapłaty za swoją zdradę, skowyczał na podłodze, spazmatycznie usiłując osłonić rękami gardło i pachwinę… A potem nagle wszystko się zmieniło, rozwiało… Podporządkowując się obojętnemu głosowi Ichneumona: „Kapitanie Marandil, w imieniu Jego Królewskiej Mości jesteś aresztowany. Kapralu, odbierzcie mu broń, żeton i klucze do sejfu. Do lochu go!”
Nie! Nie! Nie-e-e!!! To nieprawda, to nie może być… Każdemu to się mogło przydarzyć, ale nie jemu, nie kapitanowi Tajnej Straży Marandilowi, szefowi umbarskiej rezydentury! Ale oto już go wloką na dół po stromych wyszczerbionych stopniach, a on nagle przypomina sobie z przeraźliwą dokładnością, że stopni jest dwadzieścia, a czwarty od dołu jest mocno odłupiony, a potem, już w lochu, jednym ruchem wytrząsają go z ubrania i gołego wieszają za związane kciuki na haku wbitym w belkę sufitu… Wtedy pojawia się ponownie oblicze Ichneumona — oko w oko:
— Twoje układy z umbarskimi tajnymi służbami mnie nie interesują. Chcę wiedzieć, kto ci podsunął pomysł napuszczenia na naszą grupę elfów, skłócając ich podziemie z Tajną Strażą Jego Królewskiej Mości. Dla kogo z Minas Tirith pracujesz? Dla ludzi Arweny? Co ci wiadomo o misji barona Tangorna?
— Nic nie wiem, przysięgnę na co tylko chcesz! — chrypi, zwijając się z bólu wyszarpniętych stawów i świetnie rozumiejąc, że to tylko lekka rozgrzewka. — Nie wydawałem żadnych poleceń porwania tego Algalego. Arawan albo zwariował, albo pracował na własne konto…
— Proszę przystąpić, kapralu… Więc kto kazał ci „zaświetlić” mnie przed elfami?
Oprawcy znają się na rzeczy i bardzo dokładnie dozują ból, nie dając mu umknąć w prawdziwe omdlenie, a trwa to długo, nieskończenie długo… Potem wszystko się skończyło: zaiste wielka jest miłość Yalarów, i czułe dłonie Vaire unoszą go do najpewniejszego ze schronień — do mrocznych pokoi Mandosa.
Słoneczne promienie uderzały prosto w twarz Marandila — zbliżało się południe. Z jękiem poderwał ciężką jak z kamienia głowę — jakby wcale nie zaznał snu — ze zwiniętego w rulon, zastępującego poduszkę płaszcza, bezskutecznie usiłując ni to przełknąć, ni to odcharknąć ugrzęzły w zaschniętym gardle krzyk. Wypracowanym ruchem wyszukał stojącą obok kanapy nie dopitą butelkę rumu i, wyrwawszy zębami korek, łyknął obficie. Tak naprawdę, to alkohol już mu nie pomagał — żeby naprawdę dojść do siebie musiał niuchnąć koknary: przez tych kilka dni przerażenie wyżarło mu trzewia, zostawiając tylko żałosną, pomarszczoną otoczkę. Kapitan przestał wychodzić poza bramy konsulatu, a spał tylko w dzień, nie rozbierając się. Z jakiegoś powodu przekonał sam siebie, że Ichneumon przyjdzie po niego dokładnie o północy, jak w prześladujących go koszmarach.
Koszmary były wyrafinowane i różnorodne. Speckomando Ichneumona albo przenikało do wnętrza jego gabinetu niczym cienie — ninjokwe, albo pojawiało się jak zupełnie zwyczajne widma wprost z dużego ściennego zwierciadła wykonanego przez khandyjskich mistrzów — ocknąwszy się pewnego razu, rozbił je natychmiast na drobne kawałki. Czasem po prostu wyłamywali drzwi, jak zwyczajny oddział policji z wszelkimi możliwymi odznakami i dokumentami. Najbardziej jednak utkwił mu w pamięci ten sen, w którym napadły na niego cztery ogromne, wielkości psa, nietoperze. Nieuchwytne i zwinne ganiały kapitana po całym budynku i, złośliwie popiskując, chlastały go po głowie swymi skórzastymi skrzydłami, usiłując sięgnąć oczu. Dłonie, którymi osłaniał twarz, czubek głowy i szyję były już poszarpane na krwawy farsz ich małymi ostrymi kłami — i dopiero wtedy następował nieodmiennie fabularny koniec: „Kapitanie Marandil, w imieniu Jego Królewskiej Mości jesteś aresztowany. Kapralu, odbierzcie mu broń, żeton i klucze do sejfu. Do lochu go!”
— Panie sekretarzu! Panie sekretarzu, proszę się obudzić! — Dopiero teraz pojął, że obudził się nie sam z siebie. W drzwiach gabinetu stoi przestępujący z nogi na nogę łącznik. — Pilnie wzywa pana pan konsul.
„Pilnie wzywa” — to coś nowego. Otrzymawszy jakieś dziesięć dni temu w porannej poczcie przesyłkę z zeznaniami Arawana, Nadzwyczajny i Pełnomocny Konsul Odrodzonego Królestwa sir Eidred zażądał od rezydenta wyjaśnień. Otrzymawszy zaś zamiast tego żałosny bełkot w stylu: „To nie ja, i nic o tym nie wiem”, zaczął uciekać przed kapitanem jak przed zadżumionym, demonstracyjnie zerwawszy z nim wszelkie kontakty. Najgorsze zaś było to, że wersja wydarzeń, podyktowana Arawanowi przez Tangorna, wyglądała tak przekonująco, że Marandil zaczął wątpić we własny rozsądek: a może naprawdę sam wydał taki rozkaz, będąc w jakimś zamroczeniu umysłu? Przekonał sam siebie tak mocno, że zlikwidował rannego Morimira, bo mógłby po wyzdrowieniu potwierdzić polecenie porwania Algalego. Usunął go pospiesznie, niechlujnie, zostawiając wiele śladów i przez to odciął sobie wszelkie możliwości wycofania się. Marandil fizycznie odczuwał duszną pustkę, jaka tworzyła się wokół niego w całej siatce: podwładni, jak jeden mąż, unikali z nim nawet kontaktu wzrokowego, a w pomieszczeniach, do których wchodził, natychmiast zamierały wszelkie rozmowy. Rozumiał, że najwyższy czas uciekać, ale jeszcze bardziej bał się samotności w mieście. Została mu tylko wiara w skuteczność DSD, w wariant, w którym dobierze się on do Ichneumona wcześniej, niż ten do niego. Już nie wierzył natomiast w to, że własna ochrona zatrzyma porucznika, choć otrzymała taki rozkaz.
— Pali się, czy co? — rzucił ze złością do gońca, usiłując doprowadzić do porządku solidnie wymiętoszone podczas snu ubranie.
— Jakiegoś trupa znaleźli i powiadają, że to pana domena. Znaki szczególne: mnóstwo drobniutkich blizn na wargach…
Do gabinetu konsula Marandil niemal wbiegł i od razu został pochwycony pod pachy przez dwóch zajmujących pozycje przy drzwiach oberwańców w wysmarowanych błotem ubraniach. Sir Eidred stał nieopodal. W jego postawie i wyrazie twarzy dziwnie mieszały się znieważona arystokratyczna wyniosłość i służbowa uniżoność — czuło się, że Jego Ekscelencji dopiero co zaaplikowano legendarną lewatywę z trzech wiader terpentyny. W fotelu konsula zaś, założywszy nogę na nogę rozwalił się Ichneumon, we własnej osobie — tak samo wybrudzony jak jego podwładni.
— Kapitanie Marandil, w imieniu Jego Królewskiej Mości jesteś aresztowany. Kapralu, odbierzcie mu broń, żeton i klucze do sejfu. Do lochu go! — I, wstając, rzucił przez ramię: — A panu, panie konsulu, stanowczo radzę skopać tyłek dowódcy ochrony. W sumie to można do was przeniknąć na cztery sposoby, ale żeby wejścia do kanalizacji burzowej nie były przesłonięte kratami… Takie niedbalstwo nie mieści się w głowie! Tak więc, proszę się nie zdziwić, że pewnego ranka zauważy pan w ogrodzie konsulatu cygański tabor, a w westybulu kilku chrapiących włóczęgów…
Nie! Nie! Nie-e-e!!! To nieprawda, to nie może być… Każdemu to się moglo zdarzyć, ale nie jemu — kapitanowi Tajnej Straży Marandilowi, szefowi umbarskiej rezydentury! Ale oto już go wloką na dół po stromych wyszczerbionych stopniach, a on nagle przypomina sobie z przeraźliwa dokładnością, ze stopni jest dwadzieścia, a czwarty od dołu jest mocno odlupany, a potem, już w lochu, jednym ruchem wytrząsają go z ubrania i gołego wieszają za związane kciuki na haku wbitym w belkę sufitu… Wtedy pojawia się ponownie oblicze Ichneumona — oko w oko: