Выбрать главу

— Twoje układy z umbarskimi tajnymi służbami mnie nie interesują. Chce wiedzieć, kto ci podsunął pomysł napuszczenia na naszą grupę elfów, sklecając ich podziemie z Tajną Strażą Jego Królewskiej Mości. Dla kogo z Minas Tirith pracujesz? Dla ludzi Arweny? Co ci wiadomo o misji barona Tangorna?

— Nic nie wiem, przysięgnę na co tylko chcesz! — chrypi, zwijając się z bólu wyszarpniętych stawów i świetnie rozumiejąc, że to tylko lekka rozgrzewka. — Nie wydawałem żadnych poleceń porwania tego Algalego. Arawan albo zwariował, albo pracował na własne konto…

— Proszę przystąpić, kapralu… Więc kto kazał ci „zaswietlic” mnie przed elfami?

Oprawcy znają się na rzeczy i bardzo dokładnie dozują ból, nie dając wa umknąć w prawdziwe omdlenie, a trwa to długo, nieskończenie długo…

Potem wszystko się skończylo: zaiste wielka jest mitosc Yalarów, i czule dłonie Vaire unoszą go do najpewniejszego ze schronień — do mrocznych pokoi Mandosa…

Akurat „unoszą”… Doczekasz się!

— I nie miej, parszywcze, złudzeń, że zdechniesz zanim wyłożysz całą sprawę! Dla kogo ze świty Arweny pracujesz? Jak realizowana była łączność?

Nic się nie skończyło — wszystko dopiero się zaczynało…

50

Umbar, Długa Grobla
26 czerwca 3019 roku

Umbarska Długa Grobla nie znajduje się w wykazie dwunastu Cudów Świata — jak je wyliczył swego czasu w swej Historii Powszechnej Asch-Scharam, ale to chyba świadczy o specyfice smaku wielkiego Wendotenijczyka: przedkładał on nad budowle funkcjonalne i czasem olbrzymie, wyrafinowane świecidełka typu baraddurskiej wieżycy, czy Wiszącej Świątyni w Mendorze. Łączący od czterech wieków Półwysep z Wyspami nasyp, długi na siedemset sążni, wręcz porażał wyobraźnię każdego przybywającego do Umbaru: był szerszy od każdej z miejskich ulic i pozwalał rozminąć się dwóm karawanom bachtrianów. Właściwie po to właśnie był budowany — obecnie kupcy wożący po Trakcie Chewelgarskim towary z kontynentu i na kontynent nie musieli korzystać z przepraw promowych. Nie za darmo, rzecz jasna. Jak twierdziły złe języki, z tych srebrnych monet, które z kieszeni kupców do miejskiego skarbca wpłynęły przez cztery wieki, można by było usypać obok drugą taką groblę.

Przed masywnym budynkiem komory celnej, wznoszącym się przy wjeździe na groblę od strony Półwyspu, rozlokowało się całe miasteczko z pstrych namiotów i bambusowych szałasów. Tutaj kupiec, zmęczony pięciodniową podróżą po krętych serpentynach Traktu Chewelgarskiego, miał możliwość wydania swoich pieniędzy w przyjemniejszy niż w gabinecie celnika sposób. Ścielący się nad rusztami siwy szaszłykowy czad — nie wiadomo czy nie smaczniejszy od samych szaszłyków, dziewczyny o różnej barwie skóry i dowolnych gabarytach, nienatrętnie prezentowały swe wdzięki, do tego dochodzili magowie i prorocy, kusząco proponujący za jakąś nędzną pikkolę przepowiednię tyczącą przyszłych interesów, a za castamirkę pozbycie się raz i na zawsze wszelkiej konkurencji… Namolnie wzywali do miłosierdzia żebracy, penetrowali ubrania kieszonkowcy, z cyrkową zręcznością wciągali „jeleni” w swoje matactwa szulerzy i mistrzowie trzech kulek; tu również rzeczowo prowadzili swoje reketierskie interesy policjanci — wszak miejsce było dochodowe, nie da się ukryć… Powiadają, że pewien początkujący stróż porządku zupełnie na poważnie złożył na biurku swego przełożonego taki oto raport: „Odczuwając wielką potrzebę powiększenia dochodów z powodu urodzin trzeciego dziecka, proszę o przeniesienie na Długą Groblę choćby na krótko”. Słowem, taki Umbar w pomniejszeniu i w całej swej okazałości.

Dzisiejszego dnia kolejka posuwała się w iście żółwim tempie. Mało tego, że celnicy jakby usiłowali zdrzemnąć się na stojąco, co nie przeszkadzało im wsuwać nosy w każdy pakunek, to jeszcze powstał dodatkowy zator na grobli, gdzie budowlane ekipy zaczęty zmieniać bruk. Potężny czarnobrody przywódca jednej z karawan z Khandu już zrozumiał, że celnicy — oby ich poraził Wszechmogący dygawicą i ropiejącymi wrzodami! — tyle czasu zmitrężyli przy jego karawanie, że przed obiadem bachtriany już za skarby nie zdążą na Wyspy — co znaczy, że dzisiejszy dzień targowy poszedł osłu pod ogon. Dobra, co tam teraz się szarpać i puszczać bańki nosem… Wszystko to wola Wszechmogącego. Kazał więc pomocnikowi pilnować zwierząt i towaru, a sam, żeby zabić czas, poszedł poszwendać się po miasteczku namiotowym.

Posiliwszy się w jednej z jadłodajni — lagmana, trzy porcje wspaniałego szafranowego pilawu i talerz słodkich pierożków z suszonymi morelami — ruszył już z powrotem, ale zatrzymał się przed małym pomostem, gdzie wdzięcznie wyginała się oliwkowa tancerka, której za cały strój służyło kilka fruwających w powietrzu jedwabnych wstążek. Dwaj górale z Półwyspu pożerali ją oczami — poczynając od poruszających się w niedwuznaczny sposób bioder i matowo połyskującego brzucha. Przy tym rzecz jasna nie zapominali o spluwaniu od czasu do czasu, okazując w ten sposób obrzydzenie. „Tfu! Co ci miastowi w nich widzą? Ani brzuszeczka, ani tyłeczka”. Poza tym wymieniali między sobą uwagi co do moralnej postawy miejskich kobiet. Karawaniarz już szacował, ile go będzie kosztowała bliższa znajomość z tancerką w jej namiocie za pomostem, ale nagle pojawił się nie wiadomo skąd hakimiański prorok — owinięta w na poły przegniłe łachmany łysa mumia z płonącymi jak węgle oczami — który z miejsca zaczął miotać gromy na zebranych rozpustników „pożądliwie zapatrzonych w nierząd, czyniony przez upadłą siostrę naszą”. „Upadła siostra” miała to wszystko w baczeniu, ale kupiec szybciutko zwinął się na bok. „Niech go z tą drogą do Raju! Jeszcze rzuci jakiś urok…”

Baby jednak się chciało: pięć dni w drodze, nie żarty… Zresztą, co sobie za młodu żałować! Poszukał wzrokiem dokoła siebie i… proszę bardzo, dosłownie tuż obok, o dziesięć kroków, znalazł obiekt poszukiwań. Na pierwszy rzut oka dziewczę nie rzucało na kolana — chudziutka siedemnastolatka, na dodatek ozdobiona potężną, dobrze wyleżakowaną śliwą pod lewym okiem — ale doświadczone oko Khandy jeżyka doceniło walory jej figury i aż się oblizał: „No, to jest coś i to z czymś! A co do gęby, to jak wiadomo można ją w razie czego onucą zasłonić”.

— Nudzisz się, koleżanko?

— Spadaj — obojętnie warknęła tamta; głos miała nieco ochrypły, ale przyjemny. — Pomyliłeś się, wujku, ja nie z tego interesu.

— Akurat, nie z tego! Może nie dali ci dobrej ceny? Ja ci gwarantuję — wszystko będzie cacy… — I rechocząc, chwycił ją za rękę, niby żartując, ale za skarby świata się nie wyrwie.

Dziewczyna odpowiedziała krótką wiązanką, która mogłaby wywołać rumieniec na obliczu pirackiego kaperskiego bosmana, uwolniła — jednym dokładnym ruchem — swoją rękę z łapy kupca i szybko cofnęła się, w zaułek między połatanym namiotem i krzywym straganem z trzcinowych mat. Właściwie to nie było w tym żadnej specjalnej sztuki — po prostu należy się wyrywać w stronę opuszki kciuka trzymającego człowieka — ale za pierwszym razem taki numer robi niezłe wrażenie i prowadzi zazwyczaj, do słusznych wniosków. Ale nie dziś: napalony karawan-bashi, wściekły, że jakaś małoletnia szmata udaje niedotykalską, co sił runął w zaułek między namiotami za umykającą zdobyczą…