Выбрать главу

Nie minęła i minuta, gdy Khandyjczyk pojawił się ponownie na placu. Szedł teraz bardzo ostrożnie, jakby na paluszkach i, cichutko mrucząc z bólu, przyciskał do brzucha prawą rękę, starannie chroniąc ją lewą. No, chłopie, sam sobie jesteś winien, co tu jeszcze powiedzieć… Dla każdego opera DSD wybicie ze stawu kciuka sięgającej do niego ręki to jak splunąć. Każdy ci to zrobi, nawet żółtodziób — a dziewczyna nowicjuszką nie była. Nieco później Fea, bo pod takim imieniem znali ją koledzy z departamentu, wróciła do „swego” sektora placu, jednakże pechowy karawan-bashi raczej by już jej nie poznał, nawet gdyby zderzyli się nosami: dziwka zniknęła, a zamiast niej pojawił się chiopiec-nosiwoda, obdarty i umorusany, ale bez śladu sińca pod okiem — a wszak uwagę obserwatora zazwyczaj przyciągają takie właśnie „cechy”. Należy zauważyć, że wróciła na swój posterunek, akurat na czas: ślepy żebrak, siedzący tuż przy wjeździe na groblę, posępnie zawył: „Wspomóżcie, kto jak może, ludzie dobrzy!” zamiast poprzedniego: „Ludzie dobrzy, wspomóżcie, kto jak może!” Co oznaczało sygnał: „Do mnie!”

Cechy orientacyjne poszukiwanego — „Z północy, szatyn, sześć stóp wzrostu, oczy szare, trzydzieści dwa lata, ale wygląda młodziej, kuleje na prawą nogę…” — Fea oczywiście znała na pamięć, choć tym razem była zaprzęgnięta do operacji tylko jako zabezpieczenie, bezpośrednio podległe jednemu z rozpoznających ślepemu żebrakowi. O tym, że owym żebrakiem jest sam pierwszy zastępca DSD we własnej osobie, Fea nawet nie podejrzewała — jak również tego, że Jakuzzi został wczoraj uprzedzony z całą stanowczością, że jeśli pomysł z obławą na Tangorna nie zostanie zrealizowany w ciągu najbliższych trzech dni, to nie uda mu się wykręcić rezygnacją z munduru… Tnąc więc powietrze swym dźwięcznym: „A komu wody, zimnej wody z lodem?!”, dziewczyna zręcznie wkręciła się w tłum, usiłując z marszu odgadnąć, kto mianowicie ściągnął na siebie uwagę dowódcy.

Na groblę akurat wjeżdżał wóz z workami i, sądząc z wyglądu, była to kukurydza. Parę mułów prowadził na postronku wysoki i szczupły, dwudziestoośmio-, może trzydziestoletni góral, a odległość między jego malinowym fezem a brukiem wynosiła dokładnie sześć stóp. Co do reszty… Nawet jeśli pominąć chromanie, które mogło być taką samą przyciągającą jak jej siniec, cechą, to oczy miał zgoła nie szare. Worki… worki — to poważne, i właśnie z tego powodu baron z tego nie skorzysta. Przeskoczyć groblę w beczce, czy rulonie dywanu to kuszący ruch, ale tak już „zajeżdżony”, banalny i wielokrotnie wyśmiany, że właśnie ta operetkowość może skusić skłonnego do paradoksalnych decyzji Tangorna. Dlatego właśnie celnicy dziś pracują podwójnie starannie. Puszczono między nich plotkę, że, aby ukrócić łapownictwo, incognito pracują dziś na grobli specjalni inspektorzy ze Skarbu. Wszystkie natomiast powozy wieśniaków, poruszające się z powodu remontu bruku straszliwie wolno, kontroluje specjalnie wyszkolony pies.

Postawiwszy w ten sposób krzyżyk i na workach i na ich właścicielu, sokole spojrzenie Fei przemknęło po wcinającym się w kolejkę przy akompaniamencie krzyków w stylu: „Uwaga! Prawa wolna — bykowca chcesz skosztować?!” oddziale konnych żandarmów i ich połowu — sześciu skutych parami górali — i, przekonawszy się, że i tu panuje ład i porządek, przeniosła spojrzenie na inny obiekt… Ach to!

Pątnicy-hakimianie, wracający do miasta po Shawar-Shawanie tradycyjnej trzytygodniowej pielgrzymce do jednej ze swych górskich świątyń. Ze trzydziestu ludzi — twarze na znak pokory mieli zakryte kapturami włosiennic, a niemal połowa z nich to apoplektycy i kalecy, w tym też kulawi… Naprawdę, wspaniała maska. Nawet gdyby się udało rozpoznać barona, co i tak jest nierealne, to jak go wywlec z tłumu pątników? Siłą wydając polecenie ekipie remontującej drogę? Powstanie takie zamieszanie, że strach pomyśleć, a jutro w ogóle może dojść w mieście do rzezi między hakimianami i arkanami… Wywołać go na pobocze? Ale jak? Tak rozmyślając, omal nie przegapiła momentu, kiedy „jej” ślepiec wstał, ustępując swe wielce dochodowe miejsce innemu członkowi gildii żebraków i, postukując laską po kamieniach drogi, ruszył za pielgrzymami: znaczyło to, że rozpoznał Tangorna i jest całkowicie tego pewny. Kilka chwili później Fea z nosiwody stała się przewodnikiem. W pewnym oddaleniu za nimi maszerowali dwaj górale — ci sami, którzy wraz z pechowym karawan-bashim gapili się na tancerkę. Jednym z nich był Raszua — rezydent DSD na Półwyspie, a jeszcze dalej dziwne towarzystwo składające się z dwóch frantów o wyglądzie kryminalistów i śniętego celnika; nadeszła pora obiadu również dla brygady kamieniarzy — ci też ruszyli gęsiego do miasta. Zasadzka na grobli spełniła swe zadanie: Jakuzzi, może i stary koń, ale nie psuł bruzdy!

— Zuch z niego, dziewczyno. Znakomicie to wymyślił, chylę czoła… Jeśli mam być szczery, to prawdziwy uśmiech Fortuny, że potrafiłem go wykukać. Reszta naszych w ogóle nic nie zajarzyła. Szkoda, że nie gra w naszej drużynie…

W głosie wicedyrektora do spraw operacyjnych rozbrzmiała niemal czułość; cóż, zwycięstwo rodzi wielkoduszność, i samokrytycyzm. W jego pamięci pojawił się nagle stolik kawiarni na placu Castamira, powrócił smak nurneńskiego wypitego za sukces gondoliera, własny werdykt: „To rzeczywiście amator — wspaniały i fartowny: uda mu się raz, drugi, ale za trzecim skręci sobie kark…” Cóż, nadszedł właśnie ten trzeci raz: żadnemu człowiekowi Fortuna nie sprzyja w nieskończoność.

— A jak go pan poznał pod kapturem?

— Pod kapturem? Aaa… Uznałaś, że jest jednym z pielgrzymów?

— Przepraszam?

— Oczywiście, że nie. To aresztant, ten w parze z prawej strony. Twarz owinięta zakrwawioną szmatą, a kuleją wszyscy: kajdany to nie przelewki…

— Ale żandarmi…

— Żandarmi są najprawdziwsi na świecie. A on jest rzeczywiście aresztantem, na tym polega cały pomysł! Znakomite rozwiązanie, naprawdę kunsztowne… Nie rozdziawiaj tak ust i nie zatrzymuj się, bo ludzie na ciebie patrzą. Ucz się dziecko, póki żyją tacy mistrzowie… Nie mówię o sobie, a o nim.

51

Ale ja i tak nie rozumiem… To znaczy — nie wszystko rozumiem — przyznała Fea, ponieważ czuła, że dowódca jest we wspaniałym nastroju, i dlatego chętny do tłumaczenia.

— Obliczył wspaniale: sami żandarmi ściągną na siebie uwagę na pewno, bo zdobyczny mundur to standard maskowania. Ale ich zdobycz — jeśli żandarmi są prawdziwi — raczej nie. Więc stał się takim łupem. Jak — na razie nie wiem, a i nie jest to ważne: istnieje wiele możliwości. Mógł na przykład przyjść do Irapuato i wylać komuś pół kubka wina na mundur… Pewnie, stłukli do uczciwie, ale to pozwoliło mu zakryć rozbity pysk, a w nagrodę przeprowadzą go do miasta, i jeszcze ukryją na kilka miesięcy w najpewniejszym miejscu na świecie — w więzieniu. Nikt by go tam nie szukał, ani my, ani ludzie Aragorna. To dobry wariant, jeśli zamierzał gdzieś przeczekać. Przez przestępców może też skontaktować się z kimś ze swych ludzi — niechby i z Elwiss. Ci dadzą w łapę ile trzeba sędziemu albo więziennym władzom, i będzie na wolności za kilka dni… Tyle, że w moich planach nie leży zezwolenie na wylegiwanie się gdzieś na narach.

Idąc pięćdziesiąt jardów za żandarmami, a byli to naprawdę „polujący na rozbójników” z Irapuato, Jakuzzi i jego towarzyszka dotarli do budynku policyjnego zarządu portu. Tu aresztowani zostali podzieleni: czworo poprowadzono dalej, w kierunku widniejącego za Kanałem Obwodowym więzienia Ar-Khoran, a Tangorna i skutego z nim górala (w którym Raszua już rozpoznał niejakiego Cecerello, bratanka Sarrakesza), dowódca oddziału osobiście wprowadził do budynku policji. Odczekawszy dla porządku jakieś piętnaście minut, Jakuzzi również wszedł do wnętrza. Dyżurnemu, który zamierzał zagrodzić wejście dwóm obszarpańcom, podsunął pod nos żeton komisarza policji i oschłym głosem polecił, by go zaprowadzono do komendanta posterunku. Żeton schował w fałdy ubrania, gdzie spoczywała jeszcze cała sterta podobnych zmyłek — od inspektora posterunku celnego do kapitana flagowego służby inżynieryjnej Admiralicji, najważniejsze było nie pomylić się i pokazać odpowiednią w odpowiednim miejscu i chwili.