Выбрать главу

— Komisarz Rachmadjanian — przedstawił się, wchodząc do gabinetu. Jego właściciel, niechlujny grubas z obwisłymi policzkami, wyglądający na ożywioną karykaturę policyjnej szarży, wykonał niezbyt udaną próbę wyciągnięcia z fotela olbrzymiego zadu i przywitał gościa:

— Starszy inspektor Djezin. Proszę siadać, komisarzu. Czym mogę służyć? Przy okazji, czy dziewczyna, to pański współpracownik?

— Oczywiście.

Chłopięcy kamuflaż nie zmylił ani na sekundę Djezina. Jakuzzi, zresztą, i tak już oszacował po wielu szczegółach, że komendant posterunku jest z jednej strony wystarczająco sprytny, co nie było dziwne, gdyż Zarząd Portu to istna kopalnia złota, pretendentów na ten łakomy kąsek jest zawsze po dach, a z drugiej — prosty jak świński ogon i naiwny jak dziecko: na przykład, na biurku stoi zupełnie nie ukrywana butelka elfickiego wina, za którą w sklepiku „Kamień Elfów” na nadbrzeżu Trzech Gwiazd musiałby wyłożyć ze trzy swoje miesięczne pensje… „Zupełnie zbezczelnieli” — pomyślał ze złością Jakuzzi. W tym momencie jednak troska o czystość munduru umbarskiej policji w zakres obowiązków DSD, na szczęsne, nie wchodziła w grę.

— Mniej więcej pół godzinki temu do waszego posterunku dostarczono dwóch aresztowanych, górali… — zaczął, ale starszy inspektor energicznie zaprotestował:

— Pomylił się pan, komisarzu. Przez ostatnie kilka godzin nie dostarczano tu nikogo!

Ta odpowiedź była tak nieoczekiwana, że Jakuzzi zaczął wbijać grubasowi do głowy, że spór nie ma sensu, gdyż wszystko odbywało się przecież na jego oczach.

— To znaczy, że wydawało się panu, komisarzu — bezczelnie odpowiadał tamten, robiąc znak do podpierającego futrynę dyżurnego. — Posterunkowy potwierdzi: nie mamy żadnych aresztantów-górali, i nigdy nie mieliśmy!

— Nikt nas tu nie rozumie, dziewczyno — z goryczą pokiwał głową Jakuzzi. To było umówione hasło. Chwilę później wskazujący palec Fei, nabrawszy cech stalowego trzpienia, wbił się w podstawę szyi posterunkowego — dokładnie w dołek między obojczykami; krótko potem grube drzwi gabinetu zamknęły się od wewnątrz, odcinając starszego inspektora od jego snujących się po korytarzu podwładnych. Jakuzzi tymczasem przechwycił rękę Djezina, który chciał sięgnąć po broń, i lekko naciskając na przegub zmusił tamtego, prawie zadławionego własnym krzykiem, do rozlania się na fotelu. Rozejrzawszy się na boki, wicedyrektor do spraw operacyjnych zmiótł kantem dłoni szyjkę elfickiej butelki i doprowadził zemdlonego do przytomności, wylewając mu za kołnierz jej drogocenną zawartość, po czym uniósł biedaka za kołnierz i zapytał z ogromną serdecznością:

— Gdzie górale?

Grubas dygotał i pocił się, ale milczał. Nie było czasu na takt i umiar — za chwilę jego podwładni mogli wyważyć drzwi. Tak więc Jakuzzi zapytał krótko:

— Dziesięć sekund do namysłu. Potem zacznę liczyć do pięciu, a po każdej cyfrze będę ci łamał po jednym palcu. Na „sześć” poderżnę ci gardło tą oto brzytwą… Popatrz mi w oczy, czy ja wyglądam na żartownisia?

— Jesteście z tajnej służby? — cierpiętniczym szeptem wymamrotał siny ze strachu Djezin; widać było gołym okiem, że naszywki starszego inspektora dostał, nie podstawiając swej skóry pod ostrza bandyckich noży w melinach Harmiańskiej Wólki.

— Sześć sekund minęło. No?!

— Opowiem wszystko, wszystko, co wiem! Oni kazali mi zwolnić siebie…

— Kazali zwolnić?! — Jakuzziemu wydało się, że podłoga pokoju błyskawicznie ulatuje mu spod stóp, a w żołądku powstaje ohydne uczucie spadania w pustkę.

— Oni są ludźmi gondorskiego króla, z Tajnej Straży. Wykonywali misję na Półwyspie, ale górale ich rozszyfrowali i skazali na śmierć. Udało im się uciec, przez lasy dotarli do Irapuato, gdzie obecnie miejscy żandarmi robią obławę na Uanaco, a następnie polecili dowodzącemu operacją ewakuować ich do miasta pod postacią aresztowanych… A u nas, w zarządzie, kazali dać sobie jakieś miejskie ubranie i wyszli tylnym wyjściem. Powiedzieli jeszcze — tu cierpienie wykrzywiło mu twarz — że jeśli komuś wypaplę o tej historii, to znajdą mnie nawet na dnie morza, i w Błogosławionym Królestwie… Ja rozumiem, że oficjalna gondorska Tajna Straż nie jest dla nas władzą, ale… Jednym słowem, rozumiecie mnie…

— Kto wam powiedział, że to ludzie Aragorna?

— Jeden z nich jest wyraźnie z Północy, z Gondoru. Okazał żeton kaprala Tajnej Straży Jego Królewskiej Wysokości…

— Kapral Morimir albo kapral Arawan… — z trudem wykrztusił Jakuzzi, sam nie poznając swego głosu; to już nie zwykłe zaćmienie umysłu. Jak mógł zapomnieć o żetonach Tajnej Straży, które przejął Tangorn podczas napadu na Latarniową 4?

— Tak jest, kapral Morimir! To znaczy, że pan zna tych ludzi?

— Lepiej niż bym chciał. Kiedy ten Morimir się przebierał, nie zwróciliście uwagi, co ma w kieszeni?

— Pieniądze, tylko.

— Dużo tych pieniędzy?

— Jakieś dziesięć castamirek, i trochę drobniaków.

— Jakie ubranie im daliście?

Wicedyrektor do spraw operacyjnych mechanicznie kiwał głową, odnotowując jakimś skrawkiem świadomości dokładny opis szmat, w jakie wyposażył Djezin szanownych gości. Wszystko to nie miało już jednak znaczenia. Dziesięć castamirek… Odwrócił się do Fei.

— Wyjdziesz zaraz tylnym wyjściem, jak oni. Idź w lewo, w stronę Kanału Obwodowego, tam jest sklep Eruko. Może od razu tam kupią ubranie. Sklepik nie jest tani, ale dziesięć castamirek wystarczy. Gdyby nie, to idź po nadbrzeżu…

— Na Pchli Targ?

— Właśnie. Muszą się szybko przebrać. To nasza jedyna szansa. Działaj…

Ciężko usiadł na kamiennym parapecie przy posterunku policji, nie patrząc, wyciągnął dłoń — siedzący obok Raszua natychmiast włożył w nią manierkę z rumem — łyknął, i utkwił nieruchome spojrzenie w spływającym na zachód słońcu. W głowie miał kompletną pustkę. Oczywiście, za jakiś czas wpadną na trop Tangorna, ale jego osobiście to nie uratuje, gdyż termin, przydzielony mu przez Almandina, upływa za godzinę. Zresztą, nie czuł żadnej nienawiści do barona — to było uczciwa gra…

— Dowódco, mamy! — Fea pojawiła się przed nim, roześmiana, z błyszczącymi oczami, zdyszana — widać było, że biegła przez całą drogę. — Przebrali się w Eruko, tak jak pan powiedział, a teraz weszli do Morskiego Banku Kredytowego, który stoi po sąsiedzku.

To się nie mogło zdarzyć, ale się zdarzyło. Los tego dnia jakby postanowił zademonstrować, jak mało znaczą nasze własne wysiłki i umiejętności w porównaniu z jego kaprysami. „W końcu — myślał, spiesząc za Feą do Morskiego Banku, gdzie dziewczyna przewidująco zostawiła patrol w składzie trzech uliczników — przypłaciłem to tylko strachem. Odpukać w niemalowane… A baron… Tak, los się dziś od niego odwrócił, co się zowie: niby wszystko poszło wyśmienicie, aż się akcja prosiła do podręcznika Wskazówki do pracy operacyjnej, a tu…”