W tym czasie, gdy Tangorn i Cecorello, ubrani z nie rzucającą się w oczy elegancją, ponownie pojawili się na ulicy, wywiadowcy DSD upletli dokoła taką pajęczynę, że rozerwanie jej nie wchodziło w grę. Przyjaciele tymczasem trzykrotnie się ucałowali, jak to górale, a potem każdy ruszył w swoją stronę. Cel odwiedzin w banku wyjaśnił się dość szybko: jeden z agentów, władający kunsztem kieszonkowca ocenił, że Cecorello jest w tej chwili „nabity złotem jak wrześniowy pstrąg ikrą”. Jakuzzi polecił nie tracić czasu na górala — niech spada na wszystkie cztery strony świata — i skoncentrować się na obserwowaniu Tangorna. Akurat doszło wsparcie — rezerwowa grupa obserwacji zewnętrznej, i od tej chwili szansę barona stały się praktycznie zerowe: żaden samotnik nie poradzi sobie z organizacją — jeśli tylko jest to jakaś poważna organizacja.
Przez następne dwie godziny Tangorn odważnie i fachowo krążył po mieście — to ginąc w targowym tłumie, to ukrywając się w pustych, obfitujących w czyhające na nieostrożnych przechodniów echo przejściowych podwórkach, to niespodziewanie wskakując do wynajmowanych łodzi — jednakże nie tylko nie dał rady oderwać się, ale nawet nie wykrył „ogona”: DSD to nie gondorska rezydenrura, a zawodowcy najwyższej klasy… Tylko raz uspokojony już Jakuzzi, który trzymał się teraz na uboczu, tworząc coś na kształt sztabu operacji, otrzymał od Sił Wyższych pstryczka w nos — nie czuj się zbyt pewnie przed czasem! Obserwatorzy zameldowali, że baron, starannie sprawdziwszy swoje otoczenie, wszedł do „Zielonej makreli”. Czy iść za nim, ryzykując, że ktoś się „zaświetli”, czy po prostu czekać przy wyjściu?
— Tyły restauracji zajęte? — zapytał Jakuzzi tak na wszelki wypadek.
Oper tylko przełknął ślinę…
— Żeby was! — ryknął wicedyrektor, znowu czując, że spada w nicość. — Czy nie wiecie, że w tej cholernej „Makreli” okienko w ubikacji jest takie duże, że i byka można przez nie wyciągnąć? Wywalę z firmy, gamonie!
Wykrzykując ostatnie słowa, zdążył pomyśleć: „Jeśli Tangorn mimo wszystko przyuważył »ogon« i zdążył wejść do restauracyjnej ubikacji, to on, Jakuzzi, nikogo już nie wywali… „Jednak udało się Okazało się, że baron aktualnie spożywa treściwą kolację w wydzielonym gabinecie „Zielonej makreli” z dwoma szacownymi panami a jednym z nich jest zaginiony bez wieści sekretarz MSZ Algali.
52
— A jak, tak przy okazji, skończyła się historia z zerwanymi zaręczynami pańskiej kuzynki? — niedbale zapytał Tangorn, kiedy kolacja zbliżyła się do końca, i Algali, podporządkowując się niemal niewidocznemu skinieniu głowy swego towarzysza, porzucił ich i przeszedł z gabinetu do sali ogólnej.
— Niczym specjalnym. Linoel, jak mi się wydaje, przeżywa nowy romans… Nawiasem mówiąc, skoro zamierza pan porazić mnie swą znajomością lorieńskiej kroniki towarzyskiej, to efekt, muszę się przyznać raczej będzie odwrotny: nowina ta ma ze sto lat…
„Jeden-zero dla mnie — odnotował w myślach baron. — Gdyby tak nie było, to po co by się od razu pchał z ustawianiem mnie? Wychodzi, że te elfy są nie tak znowu mądre i przewidujące, jak się o nich mówi…” Na głos zaś powiedział, wzruszywszy przy tym ramionami:
— Po prostu chciałem się upewnić, że jest pan naprawdę Elandarem. W pańskich ustach rozbrzmiało imię „Linoel” i o to właśnie mi szło. Oczywiście, naiwne to, ale… — Uśmiechnął się nieśmiało. — A nie mógłby pan zdjąć tej półmaski?
— Proszę bardzo.
„No tak, rozmówca był niewątpliwie elfem: źrenice nie okrągłe a pionowe, kocie czy też gadzie. Można oczywiście zerknąć jeszcze na koniuszki jego uszu, ukryte w tej chwili pod włosami, ale szczególnej potrzeby nie ma… Cóż, jesteś u celu. »Przez omszałe lasy i burzliwe rzeki, przez grząskie bagna i śnieżne góry prowadziła droga rycerza, i doprowadził go zaczarowany puchar do wąwozu rzeki Uggun, gdzie zamiast ziemi pod stopami leżała spieczona szlaka, zamiast strumyków płynęła piekąca żółć, a zamiast zieleni rosło ziele ogłupiające i ziele rozdzierające. Tu właśnie zamieszkiwał jaskinię pod granitowymi głazami Smok…«. Co prawda, jeśli już sięgać do starożytnych ballad, to nie jesteś wcale odważnym rycerzem, a zwykłym cwanym giermkiem, który podkradł się do pieczary, by podrzucić do niej przynętę i od razu dać drapaka. Walczyć z wychodzącym na zewnątrz smokiem przyjdzie Haladdinowi, ale szansę będzie miał biedny konsyliarz tylko wtedy, gdy potwór pożre podrzuconą przez ciebie wcześniej przynętę: zalakowany list, wyjęty dwie godziny temu z sejfu Morskiego Banku, gdzie przechowywany był przez cały ten czas obok kolczugi z mithrilu i innych drobiazgów… Cóż, to co teraz robię jest aż do bólu nie rycerskie, ale mamy uwolnić świat od smoka, a nie trafić w szeregi szlachetnych postaci z dziecięcych bajek”.
— Mam nadzieję, że jest pan usatysfakcjonowany? — przerwał przeciągające się milczenie elf. W głębinie jego oczu niebieskawo-popielnym ogienkiem migotała kpina.
— Chyba tak. Nie znam Elandara osobiście, ale opis słowny, chyba, się zgadza… — To był czysty blef, ale, jak się wydawało, udany. Zresztą inne możliwości sprawdzenia już się wyczerpały. — A jeśli jest pan nie tym, za kogo się teraz podaje, to proszę mi uwierzyć — to najlepsza chwila, by wycofać się z gry… Sztuczka polega na tym, że wiadomości, jakie zamierzam panu przekazać, mogą kosztować głowę niektórych hierarchów Lorien, tak więc ci na pewno podejmą polowanie na posiadaczy sekretu, tak samo jak ludzie Aragorna na mnie. Syn klofoeli Eornis potrafi wykorzystać te informacje i pozostać przy życiu, ale elf stojący choćby o stopień niżej… Niebezpieczne wiadomości są niszczone wraz z posłańcami, kimkolwiek są, to pewnik. Zresztą, pan też powinien rozumieć, co to znaczy — zostać niechcący posiadaczem informacji nie przysługującej na swoim poziomie… — Z tymi słowami Tangorn wyraziście spojrzał w kierunku, w którym udał się Algali.
— Tak, ma pan rację — spokojnie skinął głową jego rozmówca, rzuciwszy również krótkie spojrzenie w tamtym kierunku. — Rzeczywiście jestem Elandar, a pan, baronie — skoro już jest panu znany wewnętrzny tytuł lady Eornis — rzeczywiście orientuje się w lorieńskiej kuchni. Obawiam się tylko, że przecenia pan moją rangę w elfickiej hierarchii…
— Wcale nie. Po prostu pan ma do odegrania tę samą rolę, co i ja: pośrednika. A informacja, jak pan zapewne już się domyślił, przeznaczona jest dla pańskiej matki. Powiem więcej: mam podstawy sądzić, że klofoela Eornis też nie jest końcowym ich adresatem.
— Ach tak… — Elandar zmrużył kocie oczy. — To znaczy, że Faramir zdobył dowody na to, że ktoś w Lorien poważnie skumał się z Aragornem i zamierza wykorzystać Odrodzone Królestwo jako kartę przetargową w swojej grze przeciwko Władczyni… I teraz książę Ithilien sądzi, że ta z wdzięczności zwróci mu tron Minas Tirith, czy tak?
— Powtarzam — jestem tylko pośrednikiem, i nie mam pełnomocnictw do powoływania się na jakiekolwiek imiona… Ale co, tak naprawdę, wydaje się panu nieprawdopodobne w tej konstrukcji?
— W zasadzie jest ona wielce prawdopodobna… powiedziałbym nawet, że przesadnie prawdopodobna. Po prostu panu osobiście, baronie, nie dowierzam ani na grosik, proszę o wybaczenie. Zbyt wiele wokół pana powstało hałasu… To, że polują na pana ludzie Aragorna, jest chyba prawdą — ale ma pan przy tym jakieś podejrzane szczęście: najpierw w „Morskim koniku”, potem w Castamirskiej kałuży… A już ta historia z uwolnieniem Algalego…