Kto może uwierzyć w taki zbieg okoliczności?
— Nie mam argumentów: historia jest rzeczywiście nieprawdopodobna — rozłożył ręce baron. — Czy to znaczy, że podejrzewa pan nadal w wydarzeniach na Latarniowej 4 moją inscenizację?
— Podejrzewałem do wczoraj — przyznał jakby nieco zły na siebie Elandar. — Ale wczoraj kapitan Marandil został aresztowany i złożył szczegółowe zeznania co do tego epizodu. Rzeczywiście kazał schwytać Algalego…
Tangorn musiał przywołać całe swe opanowanie, żeby nie rozdziawić szeroko ust. Zaiste: „Za dobrze — też niedobrze”.
— Drepczemy w miejscu, z całym szacunkiem — powiedział ostrym tonem, czując, że należy przejść do ataku. — W każdym przypadku nie pan będzie decydował — nie pański, za przeproszeniem, poziom… Mnie interesuje jedna sprawa: Czy dysponuje pan możliwością przekazania mojej informacji lady Eornis, ale tak, by nie dowiedział się o tym nikt inny w Lorien? Jeśli nie — rozmowa nie ma sensu. Będę szukał innych kanałów.
Elf w zamyśleniu pogładził dłonią leżącą na obrusie paczuszkę — wyraźnie szukał śladów magicznego oddziaływania. Tangorn wstrzymał oddech: „Smok podszedł do przynęty i zaczął ją ostrożnie obwąchiwać”. Tak naprawdę, to nie miał czego się obawiać — od strony fizycznej nie było się tu do czego przyczepić.
— Mam nadzieję — uśmiechnął się — że ma pan możliwość przekonania się o braku trucizn czy magicznych pułapek, nie otwierając przesyłki?
— Jakoś sobie poradzimy… Jednakże paczka — Elandar zważył ją w dłoni — ma z pół funta, i wewnątrz wyraźnie wyczuwam metal… dużo metalu. Co tu jest, prócz samego postania?
— Posłanie owinięte jest kilkoma warstwami srebrnej folii, by nie dało się go przeczytać z zewnątrz przy użyciu magii. — Elf ledwo dostrzegalnie skinął głową. — Zewnętrzne opakowanie to zgrzebnina, a w węzłach sznura, tam, gdzie są pieczęcie lakowe, wpleciono metalowe pierścienie. Nie da się otworzyć tej przesyłki bez śladu: nie da się też podgrzać i zdjąć laku, ponieważ zbyt głęboko wnikł we włókna zgrzebniny, ani starannie ściąć pieczęci cienkim rozgrzanym ostrzem, bo przeszkadza zawarty w niej pierścień. Tak pieczętuje się państwową pocztę w Khandzie — nie znam pewniejszego sposobu… Aha, są jeszcze dwa elementy asekuracji: węzły sznura, którymi są umocowane pierścienie, na pewno są nie znane żadnemu elfowi. Proszę popatrzeć. Z tymi słowami Tangorn szybko zawiązał kawałek szpagatu dokoła rękojeści noża do owoców i przekazał go Elandarowi. Ten przez kilka chwil usiłował wniknąć w sprytne sploty, ale potem, z wyraźnym niezadowoleniem, zaniechał prób.
— To jakiś tutejszy morski węzeł?
— Absolutnie nie. Po prostu elfy, z powodu swego skostnienia, zawsze wiążą cięciwę do łuku jednym jedynym sposobem, podczas gdy takich sposobów jest co najmniej trzy. To jeden z nich…
Elandar z rozdrażnieniem wsunął pakunek w zanadrze i ponownie zaczął przyglądać się węzłowi. Jakże to — wyższa rasa, a potyka się na takiej bzdurze… To boli! Tangorn zamarł, bojąc się uwierzyć własnym oczom. „Smok połknął przynętę…” Pożarł jednak, bydlę… Połknął, zżarł, schrumkał, wsunął! I w tym momencie elf, jakby czując tę radosną burzę myśli i uczuć, podniósł wzrok i uważnie przyjrzał się baronowi, a ten z przerażeniem poczuł, jak nieodparta siła wciąga go w bezdenne szczeliny źrenic Elandara, a zimne palce ze wstrętem zaczynają grzebać w zawartości jego duszy… „Nie wolno, nie wolno patrzeć w oczy smoka — przecież to wie każde dziecko”! I szarpnął się z całej siły do tyłu, jak szarpie się schwytany w potrzask lis, zostawiając w szczękach pułapki kawałki futra, krwawe mięso z odłamkami kości i postrzępione nici ścięgien. „Nic nie wiem. Jestem tylko pośrednikiem, tylko pośrednikiem, i nikim więcej!” Odczuwał straszliwy ból, wręcz fizyczny, a potem wszystko ustało — zdołał się uwolnić albo elf wypuścił go sam. Wtedy usłyszał głos Elandara — napływał falami, jakby ze snu:
— To, że nas nienawidzisz to drobiazg: polityka czasem sprowadza do jednego łoża jeszcze bardziej niechętnych sobie partnerów. Ale coś ukrywasz w związku z tą przesyłką, coś ważnego i niebezpiecznego, a to mi się naprawdę nie podoba. Może tam wewnątrz jest po prostu jakaś tutejsza państwowa tajemnica, na przykład receptura umbarskiego ognia albo mapy Admiralicji? A przy wyjściu złapią mnie za ręce tutejsi deesdesowcy, i wyląduję na galerach na jakie trzydzieści lat, albo i na szubienicy w Ar-Khoranie. Czas mamy, właściwie wojenny, do żartów nikt nie jest skłonny. Miło by było przyszyć mi paragraf o szpiegostwie, co?
— To nieprawda… — zaoponował niemrawo, nie mając sił otworzyć oczu; język się plątał, chciało mu się ni to rzygać, ni to po prostu zdechnąć… Ciekawe, czy tak się czuje zgwałcona kobieta?
— Nieprawda… — parsknął krótkim śmieszkiem elf. — Może i nieprawda. Ale od tego prezenciku i tak zajeżdża stęchlizną, głowę daję!
„A smok wcale nie chciał łykać przynęty, tylko leniwie skosztował ją i, powarkując, powlókł do swej jaskini — na wszelki wypadek. I tam sądzone jej było zginąć — wśród strzępów kolczug tych rycerzy, którzy mieli odwagę rzucić potworowi wyzwanie, wśród książęcych koron i złotych monstrancji zburzonych przezeń miast, i szkieletów zabitych dziewczyn…” Wszystko się skończyło, zrozumiał Tangorn; przegrał tę walkę, najważniejszą walkę w życiu. Eru jest świadkiem, że zrobił wszystko, co w ludzkiej mocy, ale w ostatniej chwili Fortuna odwróciła się od niego… Od niego i Haladdina. Czy to oznacza, iż pomylił się, sądząc na początku, że ich misja nie jest miła Siłom Wyższym?
Tymczasem do gabinetu powrócił Algali — czas było się zbierać. Elandar, ponownie stał się szlachetnym wykształconym dżentelmenem, bawił swych rozmówców nowymi anegdotkami, ponarzekał na sprawy zmuszające go do opuszczenia tej czarującej kompanii.
— Ależ nie, baronie, nie trzeba mnie odprowadzać, w żadnym wypadku. Proszę raczej ponudzić się jeszcze trochę z przemiłym naszym Algalim, przez jakieś dziesięć minut.
Na pożegnanie napełnił kielichy z płaskiej srebrnej manierki.
— Za nasze powodzenie, baronie! To jest prawdziwe elfickie wino, a nie ta taniocha, którą sprzedają w „Kamieniu Elfów”, proszę mi wierzyć. — Następnie duszkiem wypił gęsty rubinowy płyn nałożył na twarz półmaskę i skierował się do wyjścia.
Przez kilka minut Tangorn i Algali siedzieli w milczeniu naprzeciwko siebie, a ich nie tknięte kieliszki stały między nimi jak słupy graniczne. „Najdroższy nasz Elandar asekuruje się, żebym przypadkiem nie wyskoczył za nim na ulicę i nie przyczepił się do niego — leniwie myślał baron. — Ciekawe, czy wie nasz kolega młodszy sekretarz, że gdybym tylko chciał mógłbym migiem wydostać się z tej »Makreli« przez okienko w toalecie? Może wie, ale raczej nie… Zresztą, co mi tam. To już mi niepotrzebne”.
„A z tobą okrutnie i podle zażartowałem, chłopcze — pomyślał nagle, napotkawszy naiwne spojrzenie »nosiciela informacji nie swojego poziomu«. — Może dlatego odwróciły się ode mnie Siły Wyższe? Odwróciły się i wyszło, że w całym tym niezmywalnym gównie kąpałem się i z tobą, i z tym chłopakiem na Latarniowej 4 zupełnie niepotrzebnie. Ja żartowałem sobie z ciebie, a one ze mnie. Wszystko się zgadza — bogowie zawsze śmieją się ostatni…”
— Wiesz co, jeszcze sobie tu trochę posiedzę, a ty — jeśli drogie ci twe życie — spadaj stąd z szybkością wiatru: twoi kolesie elfy wydały na ciebie wyrok śmierci. Radzę ci, żebyś skorzystał z okienka w toalecie. Człowiek twojej budowy wylezie przez nie bez problemów.