Выбрать главу

— Nawet gdybym panu uwierzył — z pogardą w głosie odparł młodzieniec — i tak nie przyjąłbym wybawienia od śmierci z pańskich rąk.

— Tak? A to dlaczego?

— Dlatego, że jest pan wrogiem. Walczy pan po stronie Sił Mroku, tak więc każde pańskie słowo to kłamstwo, a każdy czyn — zło.

— Mylisz się, chłopcze — westchnął Tangorn. — Nie jestem po stronie ciemnych i nie jestem po stronie jasnych. Ja, skoro już o tym mówimy, jestem po stronie różnokolorowych.

— Nie ma takiej strony, baronie — odciął Algali, a w jego spojrzeniu zapłonął ogień. — Nastanie Bitwa Bitew, Dagor-Dagorad, i każdy — słyszy pan, każdy! — będzie musiał dokonać wyboru między Światłem i Mrokiem. I kto nie jest z nami, jest przeciwko nam…

— Kłamiesz. Taka strona istnieje, niewątpliwie istnieje! — Tangorn już się nie uśmiechał. — Jeśli o coś walczę to o to, by miły waszym sercom Dagor-Dagorad w ogóle nie nastał. Walczę o prawo różnokolorowych do pozostawania różnokolorowymi, bez wplątywania się w tę waszą „powszechną mobilizację”. A co do Światła i Mroku… Siły Światła, jak rozumiem, ucieleśnia twój władca?

— Nie jest władcą, a Mentorem!

— Niech i tak będzie. No to teraz popatrz sobie tutaj. — Z tymi słowami wyjął z kieszeni biały, podobny do kwarcu kamyczek na srebrnym łańcuszku. — To jest elficki wykrywacz trucizn. Widziałeś już coś takiego?

Wkładany do kielichów z elfickim winem kamyczek za każdym razem zaczynał jarzyć się złowieszczym fioletowym światłem.

— Sądząc po barwie, to trucizna powinna zadziałać za jakieś pól godziny… Zgoda, jestem wrogiem, o mnie nie mówmy, ale serwowanie trucizny własnemu uczniowi? Jak to się ma do tradycji Sił Światła?

I tu zdarzyło się coś, czego Tangorn nie przewidywał. Algali chwycił bliższy kielich, błyskawicznie uniósł do ust i, nim baron zdążył przechwycić jego rękę, wypił wszystko co do kropelki.

— Łżesz! — Twarz młodzieńca stała się blada i natchniona, przepełniona jakimś nieziemskim zachwytem. — A jeśli nawet nie, to co z tego: tak widocznie trzeba dla sprawy. Dla Naszej Sprawy…

— Dziękuję ci, chłopcze — pokiwał głową baron po chwili oszołomienia. — Nawet nie wiesz, jak mi pomogłeś…

Nie żegnając się, ruszył do wyjścia, a na progu odwrócił się i rzucił spojrzenie na skazanego fanatyka: „Strach pomyśleć, co się stanie ze Sródziemiem, jeśli te dzieciaki będą górą. Może nie najlepiej rozegrałem swoją partię, ale przynajmniej grałem w dobrej drużynie”.

Jakuzziemu wystarczyło hartu, by nie kręcić się osobiście przed wejściem do „Zielonej makreli” — zaufał specom z grupy obserwacji zewnętrznej. Ani faktu kontaktów Tangorna z elfickim podziemiem, ani personalia jego rozmówcy aktualnie nie interesowały wicedyrektora DSD. I na to przyjdzie czas. Wiedział, że i los Republiki i jego własny całkowicie zależą od jednego drobiazgu — dokąd uda się baron po wyjściu z „Zielonej makreli”: na prawo, czy na lewo, do portu czy Nowego Miasta. Wiedział to, ale sam nie miał na nic wpływu, dlatego więc modlił się do wszystkich znanych sobie bogów: Jedynego, Słonecznego, Nienazwanego, nawet do Eru Iluyatara północnych barbarzyńców i Wielkiego Smoka Udugwu, gdyż co mu jeszcze pozostało? I gdy w końcu usłyszał: „Obiekt wyszedł z restauracji, kieruje się w stronę Nowego Miasta”, pierwszą jego wyraźną myślą było: „Ciekawe, który z nich wysłuchał moich modlitw? A może, Bóg jest naprawdę jeden — po prostu w różnych krajach i narodach ma różne »operacyjne pseudonimy« i »legendy osłaniające«?”

— Ulice są puste. — W głosie składającego meldunek dowódcy grupy obserwacji zewnętrznej rozbrzmiewała troska. — A obiekt jest wyjątkowo ostrożny. Strasznie trudno będzie go prowadzić…

— …a co najważniejsze, wcale nie trzeba — roześmiawszy się, dokończył Jakuzzi. Teraz już czuł zdecydowanie, że Fortuna jest po jego stronie; przeczucie zwycięstwa, słodsze nawet od samego zwycięstwa, przepełniało go, wypływało na zewnątrz pienistymi bryzgami nurneńskiego wina. — Zdejmujcie obserwację, całkowicie. Grupa przejęcia — działać według wariantu drugiego.

53

Umbar, ulica Jaspisowa 7
Noc z 26 na 27 czerwca 3019 roku

Z tej nocy Jaspisowa była pusta, ale nawyk sprawdzania zakotwiczył się w jego świadomości na trwałe. „Zresztą — uśmiechnął się w duchu Tangorn — jeśli naprawdę ktoś mnie obserwuje, to nie zazdroszczę śledziom: to nie port z jego odwiecznym, nigdy nie zamierającym skupiskiem ludzkim, a szacowna arystokratyczna dzielnica, na ulicach której po zapadnięciu zmroku pozostaje tylko tylu ludzi, ile na oświetlającym ją księżycu… Chociaż, jeśli się zastanowić, komu teraz jest potrzebny baron Tangorn po aresztowaniu bałwana Marandila… Najważniejsze — czy potrzebny jest teraz samemu sobie? A może Elwiss? Czego mu teraz najbardziej trzeba to cichej norki, w której siedząc, można się do woli zastanawiać nad tym: czy w »Zielonej makreli« nie mógł wygrać, czy nie chciał? W ostatniej chwili wystraszyło go własne zwycięstwo, ponieważ zawsze pamiętał swoją milczącą umowę z Siłami Wyższymi, że wraz z zakończeniem misji zakończy się jego ziemski żywot… I nie o to chodzi, że stchórzył, nie. Po prostu w decydującej chwili pojedynku z Elandarem nie potrafił zacisnąć zębów i zrobić »przez niemoc«. Nie sił, nie umiejętności mu zabrakło, i nawet nie szczęścia — a uporu i odwagi…”

Myśląc tak, doszedł do kramu jubilera czcigodnego Chakti-Wariego. Na wejściowych drzwiach żmijka z brązu informowała potencjalnego złodzieja, że chronią lokal, według wendotenijskiego obyczaju, królewskie kobry; może to było kłamstwo, ale kto by tam sprawdzał. Potem przeciął jezdnię i, jeszcze raz sprawdziwszy tyły, otworzył własnym kluczem furtkę w ośmiostopowej wysokości murze z muszlowca. Dwupiętrowa willa Elwiss znajdowała się w głębi ogrodu, przez który prowadziła wysypana piaskiem ścieżka. Maźnięcia księżycowego pędzla szczodrze obsiadły nawoskowane listowie oleandrów, zagęszczając do nieprzeniknionego mroku cień pod nimi. Cykady brzęczały na swych cymbałkach tak, że dzwoniło w uszach… A ci, którzy oczekiwali barona w tym księżycowym ogrodzie mogliby z łatwością ukryć się nawet w jasne południe na świeżo skoszonym lęgu i absolutnie bezszelestnie tańczyć po rozeschniętym parkiecie, posypanym suchymi liśćmi, przez co nie dziw, że uderzenie w tył głowy — płócienna „kiełbaska”, wypakowana piaskiem: tanio i soczyście — kompletnie go zaskoczyło.

Odlatujący w mrok Tangorn nie widział ani tego, jak pochyliło się nad kilka postaci w czarnych strojach, ani tego, że dokoła nich pojawiły się, jakby ucieleśniając się z mroku, inne jeszcze postacie — też w czerni, ale nieco innego kroju. Tego, co się stało potem, nie widział również, a gdyby nawet widział, to na pewno nic by z tego nie zrozumiał: walka ninjokwe to nie taka sprawa, że może ją prześledzić oko dyletanta. Bardziej przypomina to taniec fruwających na wietrze liści. Starcie odbyło się w całkowitej, zupełnie nienaturalnej ciszy, przerywanej tylko odgłosami sięgających celu ciosów.

Gdy barona po siedmiu czy ośmiu minutach wyszarpnięto z omdlenia za pomocą ohydnego zapachu soli trzeźwiących, wszystko już się skończyło. Wystarczyło, że otworzył oczy, a człowiek w czerni odsunął flakonik od jego twarzy i, nie odzywając się ani słowem, zniknął gdzieś. Baron leżał na czymś twardym i niewygodnym, i dopiero po kilku sekundach zrozumiał, że został przeniesiony pod same drzwi willi, gdzie teraz siedzi, opierając się plecami o stopnie ganku. Dokoła rzeczowo i absolutnie bezszelestnie snuły się ciemne postacie; dwie, trafiwszy akurat w plamę księżycowego światła, wlokły tłumok o charakterystycznym kształcie, z którego sterczały na zewnątrz miękkie buty. Gdzieś za plecami Tangorna toczyła się rozmowa dwóch mężczyzn — jeden miał wyraźny, śpiewny akcent mieszkańca Półwyspu. Baron, nie odwracając głowy, wsłuchał się w ich dialog.