— Same trupy. Na jednego narzuciliśmy sieć, ale zdążył zażyć truciznę.
— M-mm… Tak… Delikatnie mówiąc — szkoda. Dlaczegoście…
— To byli chłopcy, że sam bym takich chciał. Mamy dwóch zabitych i jeszcze dwaj są ranni. Czegoś takiego nie pamiętam…
— Kto?
— Dhjango i Ritwa.
— Dij-jabli… Sporządźcie raport. I żeby mi za pięć minut żadnych śladów tu nie było.
— Tak jest.
Zaszeleściły na trawie zbliżające się kroki i przed Tangornem pojawił się wysoki, szczupły mężczyzna, odziany w odróżnieniu od reszty w zwykłe cywilne ubranie. Jego twarz również zakrywał kaptur.
— Jak się pan czuje, baronie?
— Dziękuję, bywało gorzej. Czemu zawdzięczam… ?
— Usiłowali pana przechwycić ludzie ze speckomanda Aragorna — należy sądzić, że w celu przesłuchania z likwidacją w końcowej fazie. Przeszkodziliśmy temu, ale na pańską wdzięczność, ze zrozumiałych względów, nie bardzo liczymy.
— Aha! Wykorzystano mnie jako przynętę?! — Wymawiając słowo „przynęta” baron nagle zaczął się serdecznie śmiać, ale zaraz przestał, mrużąc oczy aż do bólu w tyle głowy. — Pańska służba to DSD?
— Nie znam takiego skrótu, a i nie o skróty chodzi. Mam dla pana fatalną nowinę, baronie: jutro zostanie pan formalnie oskarżony o morderstwo.
— Kogo zamordowałem? Członków gondorskiej rezydentury?
— Ale tam! Obywatela Republiki Umbaru Algalego, którego otruł pan dzisiejszego wieczora w „Zielonej makreli”.
— Jasne… A dlaczego zostanę postawiony w stan oskarżenie dopiero jutro?
— Dlatego, że moja firma z szeregu powodów nie jest zainteresowana pańskimi zeznaniami podczas śledztwa i procesu. Ma pan czas do jutrzejszego południa, by na zawsze zniknąć z Umbaru. Ale jeśli pan mimo wszystko pozostanie tu i znajdzie się w więzieniu, to proszę nie mieć mi tego za złe, ale będziemy musieli zagwarantować sobie pańskie milczenie innym sposobem… Jutro rano po Trakcie Chewelgarskim rusza karawana czcigodnego Kantaridisa, a w niej znajdzie się para wolnych bachtrianów. Służba graniczna na Przesmyku otrzyma portrety operacyjne z odpowiednim opóźnieniem. Czy wszystko jasne, baronie?
— Wszystko, prócz jednego. Najprostszym wyjściem byłaby likwidacja mnie właśnie tu. Co was powstrzymuje?
— Zawodowa solidarność. — Człowiek w kapturze uśmiechnął się. — A poza tym podobają mi się pańskie takato.
W tym czasie ogród opustoszał: ludzie w czerni jeden po drugim bezdźwięcznie rozpłynęli się w mroku nocy, która wcześniej ich zrodziła. Człowiek w kapturze ruszył za nimi, ale zanim na zawsze zniknął w księżycowym cieniu między krzewami oleandrów, nagle odwrócił się i rzucił:
— Aha, baronie, jeszcze jedna bezpłatna rada. Póki nie opuści pan Umbaru proszę „chodzić bezpiecznie”. Prowadziłem pana dzisiaj przez cały dzień, od Długiej Grobli, i nie opuszcza mnie przeczucie, że pan wyczerpał już przeznaczony dla niego zapas powodzenia, i to do samego dna. Takie rzeczy się czuje… Nie żartuję, proszę mi wierzyć.
Cóż, wygląda, że jego zapas powodzenia naprawdę się wyczerpał. Chociaż zależy z jakiej strony popatrzeć: przegrał dziś na sucho ze wszystkimi, z kim tylko mógł — i z elfami, i z ludźmi Aragorna, i z DSD — ale przy tym pozostał przy życiu… Nie, nie tak: nie został przy życiu, a pozostawiono go przy życiu, a to są różne rzeczy… A może wszystko to mu się wydawało? Ogród pusty, nie ma kogo zapytać, chyba że cykady opowiedzą. Wstał i poczuł, że uderzenie na pewno jego głowie się nie przyśniło: w czaszce z hałasem przelewał się ból zmieszany z mdłościami, wypełniając go aż po koniuszki uszu. Wsunął rękę do kieszeni w poszukiwaniu klucza i natknął się na ciepły metal mithrilowej kolczugi: nałożył ją już w banku, przewidując różne niespodzianki ze strony Elandara… Nie ma co — nieźle mu się przysłużyła…
Ledwie trafił kluczem w dziurkę, gdy drzwi otworzyły się i stanął w nich zaspany lokaj — ogromny, flegmatyczny Haradrim Unkwa, zza ramienia którego wyglądała wystraszona Tina. Odsunąwszy służbę, baron wszedł do domu. Na spotkanie biegła już po schodach Elwiss, w biegu zapinając szlafrok:
— Boże, co ci się stało? Jesteś ranny?
— Wcale nie. Po prostu wypiłem trochę. — W tym momencie rzuciło nim tak, że musiał oprzeć się o ścianę. — Przechodziłem obok i pomyślałem sobie, że wstąpię, po staremu…
— Kłamca… — Pociągnęła nosem, a jej ręce wymknęły się z szerokich rękawów szlafroka i owinęły, się dokoła jego szyi. — Panie, jak ja mam cię dosyć!
Leżeli obok siebie, dotykając się leciutko, a jego dłoń głaskała ją od ramienia do wygięcia biodra, lekko, jakby w obawie, że zetrze się księżycowe srebro z jej skóry.
— Eli! — zdecydował się w końcu, a ona jakoś od razu poczuła, co zaraz zostanie powiedziane; wolno usiadła, owinęła rękami kolana i ułożyła na nich głowę. Słowa ugrzęzły mu w gardle; dotknął jej ręki i poczuł, jak odsunęła się — niby niewiele, ale na pokonanie tego „niewiele” będzie musiał zużyć całe życie, i jeszcze nie wiadomo, czy to wystarczy. Tak zawsze z nią było: w zasadzie nie potrafiła urządzać scen, ale za to umiała tak milczeć, że potem przez tydzień czuł się ostatnim bydlakiem… „Przede mną rysowała się tu jakaś poważna matrymonialna perspektywa, a w końcu nie jest już dziewczynką — niedługo trzydziestka… Bydlak z ciebie, baronie i jeśli mówić bez ogródek — obojętne egoistyczne bydlę”.
— Wasza tajna służba dała mi do jutrzejszego południa czas, żebym na zawsze usunął się z Umbaru — inaczej po prostu mnie zabiją. Jestem pod kloszem, już się nie wywinę. Takie to sprawy, Eli… — Nagle pomyślał, że chyba tak właśnie mówi się kochance: „W najbliższym czasie nie możemy się spotykać — moja coś zwąchała”, i niemal nie zgrzytnął zębami z obrzydzenia do samego siebie.
— Czy ty się usprawiedliwiasz, Tan? Po co? Przecież rozumiem — to po prostu taki los… A o mnie się nie martw. — Uniosła głowę i nagle cicho roześmiała się. — Tym razem byłam bardziej przewidująca niż poprzednio.
— O czym ty mówisz?
— A takie tam, kobiece…
Elwiss wstała, narzuciła na siebie szlafrok, a ruch ten był taki „skończony”, że odruchowo zapytał:
— Dokąd idziesz?
— Spakować cię do drogi, gdzie jeszcze? — Odwróciła się nieco zdziwiona. — Widzisz, nigdy nie będę damą z towarzystwa, wybacz… Brakuje mi subtelności uczuć. Powinnam urządzić histeryczną scenę albo przynajmniej dla pozorów pozałamywać ręce, prawda?
Zbyt wiele dzisiaj stracił za jednym zamachem: cel, do którego dążył przez kilka miesięcy, wiarę w siebie i kraj, który stał się — może nawet przeciw jego woli — drugą ojczyzną, a teraz traci Elwiss… Rozumiejąc, że wszystko się zawaliło, rozpaczliwie runął przed siebie, jakby skakał z przystani w beznadziejnej próbie ścigania wpław odpływającego statku.