— Posłuchaj, Eli… Ja naprawdę nie mogę zostać w Umbarze, ale ty… Co byś powiedziała, gdybym zaproponował ci wyjazd ze mną do Irhilien i zostanie tam baronową Tangorn?
— Odpowiedziałabym — w jej głosie słychać było tylko śmiertelne zmęczenie — że niestety przez cale swe życie kochałeś tryb przypuszczający. A kobiety, taka ich natura, wolą rozkazujący… Przepraszam.
— A gdybym zmienił tryb? — Z całej siły starał się uśmiechnąć. — W trybie rozkazującym to będzie brzmiało tak: Wyjdź za mnie! Czy tak lepiej?
— Tak? — Zamarła, szeroko otworzywszy oczy, z rękami przyciśniętymi do piersi, jakby się w coś wsłuchiwała. — A wiesz, że znacznie lepiej? Może jednak powtórz…
Więc powtórzył. Najpierw opadł przed nią na kolana, a potem chwycił ją na ręce i zawirował w wolnym tańcu po całym pokoju. Wtedy dopiero miała lekki atak kobiecej histerii, to śmiała się, to szlochała… Kiedy w końcu znowu znaleźli się w łóżku, najpierw przyłożyła palec do jego warg, a potem, chwyciwszy jego dłoń, położyła ją na swoim brzuchu i wyszeptała:
— Cśśś! Nie wystrasz go!
— Czy ty… my… — wykrztusił.
— No tak! Przecież powiedziałam ci, że tym razem byłam sprytniejsza, niż cztery lata temu. Cokolwiek dalej się stanie, będę miała jego… Wiesz — śmiejąc się cicho, przylgnęła do Tangorna i czule potarła policzek o jego ramię — nie wiem skąd, ale jestem pewna, że to będzie chłopiec — wykapany tata.
Przez jakiś czas leżał, nie widząc co powiedzieć i na próżno usiłując zaprowadzić jakiś ład w myślach: zbyt wiele tego wszystkiego i to na raz. „Poprzednie życie awanturnika Tangorna skończyło się — to jasne… Ale może cicha rodzinna idylla z Elwiss jest właśnie owym końcem, który miały na myśli Siły Wyższe? Albo na odwrót — po prostu płacą mi, żebym porzucił Haladdina? Ale i tak już nie mam nic do zrobienia, moja misja skończona… Ach, a czy na pewno? Gdyby mi teraz zaproponowano jeszcze jedną rozgrywkę, od początku, i kazali oddać życie w zamian za zwycięstwo nad Elandarem? Nie wiem… Jeszcze pół godziny temu oddałbym bez zastanowienia, a teraz już nie wiem… Pewnie wyszukałbym jakiś szlachetny powód, żeby się wymigać, jeśli mam być przed sobą szczery. Ależ mnie sprytnie spętali… No i dobrze, niech się kończy — pomyślał. — Nie mam już sił rozwiązywać wszystkich tych zagadek, stawiając siebie na miejscu Sił Wyższych i niech wszystko się toczy, jak ma się toczyć”.
— Posłuchaj — zaniechał w końcu tych myślowych konsultacji i prób pozbierania rozbieganych myśli: i tak ciągle zatrzymywał się na jakichś drobiazgach. — A nie będziesz się nudziła tam, w Emyn Arnen? Bo to jest, jeśli mam być szczery taka dziura…
— Wiesz co — w tej tu naszej Stolicy Świata tak się nabawiłam przez te dwadzieścia osiem lat, że wystarczy mi na trzy pozostałe życia. Tym się zupełnie nie przejmuj… I w ogóle, panie baronie — wygięła się kusząco z rękami pod głową — czy nie pora i czas, byśmy przystąpili do spełniania swych małżeńskich obowiązków?
— Bez najmniejszych wątpliwości, droga baronowo!
54
W budzącym się do życia ogrodzie śpiewał vivino; ptaszek usadowił się na gałązce kasztanowca na wprost otwartego na oścież okna ich sypialni, a jego melodyjne trele wydały się w pierwszej chwili Tangornowi nićmi wyciągniętymi z tkaniny własnego snu. Ostrożnie, by nie zbudzić śpiącej Elwiss, wymknął się z pościeli i podkradł do okna. Miniaturowy śpiewak zarzucił główkę, tak że żółte piórka na jego gardzioiku nastroszyły się tworząc żabot, i szczodrze cisnął na okolicę trele wspaniałego finałowego śpiewu; potem z udawanym onieśmieleniem odwrócił się, ustawił półprofilem i wyczekująco popatrzył na barona. „No i jak? Spodobało się?” „Dziękuję maluchu! Przecież wiem: vivino to ptak leśny, nie znosi miasta… Przyleciałeś specjalnie, żeby pożegnać się ze mną?” „Coś ty!” — ptaszek ironicznie mrugnął okiem i odfrunął w głąb ogrodu. Tak, vivino był prawdziwym Umbarczykiem i nordycki sentymentalizm był mu wyraźnie obcy.
Szybko i niemal niesłyszalnie zaklaskały po podłodze bose stopy i ciepła ze snu Elwiss przylgnęła doń z tyłu, przemknąwszy wargami po łopatkach i kręgosłupie.
— Co tam widzisz?
— Śpiewał vivino. Prawdziwy vivino — w mieście, wyobrażasz sobie?
— Aa… To był mój vivino. Mieszka tu już prawie od miesiąca.
— Rozumiem — powiedział Tangorn, odczuwając — ależ to śmieszne! — coś jak ukłucie zazdrości. — Bo ja myślałem, że przyleciał tu z mojego powodu…
— Wiesz co… a może on naprawdę jest twój, a nie mój? Przecież pojawił się w moim ogrodzie jednocześnie z tobą… Tak, dokładnie na początku miesiąca!
— Cóż, jakby tam nie było, to jest to najwspanialszy pożegnalny prezent Umbaru, jakiego można się spodziewać… Zobacz, Eli, a oto jeszcze jeden pożegnalny prezencik! — Roześmiał się, wskazując na ponurego zaspanego policjanta, zajmującego pozycję po drugiej stronie ulicy Jaspisowej, obok jubilerskiego sklepu Chakti-Wariego. — Tajna służba, taktownie pokasłując, przypomina mi, żebym do wyjazdu „chodził bezpiecznie”… A, co do wyjazdu — nie rozmyśliłaś się? Może pojedziesz później, kiedy załatwisz wszystkie tutejsze sprawy?
— Nie! — powiedziała zdecydowanie. — Z tobą! W tej karawanie są dwa wolne bachtriany — czy to nie palec losu? A sprawy… I tak będzie je załatwiać mój prawnik, to jest robota na kilka tygodni. Pewnie lepiej by było wszystko obrócić w złoto — papiery wartościowe tam u was, na Północy, chyba nie są dobrą lokatą?
— Tam nikt o czymś takim nawet nie słyszał — pokiwał głową, obserwując ubierającą się Elwiss. — Ależ z nas para — klasyka: arystokrata bez majątku, którego cały dobytek to miecz i zżarty przez mole tytuł, żeni się z pieniędzmi wspaniale urządzonej wdówki z klasy mieszczańskiej…
— Która to wdówka zaczęła swą karierę od tego, że na prawo i lewo sprzedawała własne ciało — dołączyła do żartu Elwiss. — Z jakiej byś strony nie popatrzył to całkowity mezalians… Nie historia życia, a złota żyła dla kumoszek z obu warstw.
— To prawda… — Przyszła mu do głowy pewna myśl, i teraz coś rozważał w duchu. — Pomyślałem sobie… Do południa jest jeszcze masa czasu. A może pobierzemy się teraz? Możesz wybrać według którego z rytuałów dowolnej umbarskiej religii.
— Tak, kochany, oczywiście… A w jakim obrządku wszystko mi jedno… Możemy według aritańskiego, ich świątynia jest o dwa kroki stąd.
— Co się Stało, Eli? Nie cieszysz się?
— Nie, nie! Coś ty! Po prostu nagle napadło mnie przeczucie, bardzo niedobre… Akurat kiedy zacząłeś mówić o ożenku.
— Bzdury — odpowiedział zdecydowanie. — Ubieramy się i naprzód. Arkanie — to arkanie. Aha, przy okazji… Żebym nie pomylił — twój kamień to szafir?
— Tak, a co?
— Póki się ubierasz, akurat zdążę wpaść do kramu czcigodnego Chakti-Wariego — na okoliczność prezentu ślubnego. Pora rzecz jasna za wczesna na handel, ale za takie pieniądze — podrzucił na dłoni sakiewkę z resztkami złota, daru od Sharha-Rany — staruch wypadnie z pościeli jak spłoszony bażant…
I nagle zamilkł, widząc twarz Elwiss: bladła w oczach, a jej oczy z chabrowych stały się czarne — widać było tylko źrenice.
— Nie!!! Tan, kochany, nie idź, błagam cię!
— Co ci jest, kochana? Czy to te… twoje przeczucia? — Elwiss szybko skinęła głową w odpowiedzi, nie mogąc wykrztusić ani jednego słowa. — Zrozum, już mi nic nie zagraża. Wypadłem z gry i po prostu już nikomu nie jestem potrzebny…