Выбрать главу

Na dodatek Rankorn — ku rozczarowaniu wszystkich okolicznych panien na wydaniu — przestał pokazywać się na wiejskich zabawach, a zamiast tego coraz częściej pojawiał się w na poły rozwalonej stróżówce na obrzeżu Druadanu, gdzie jakiś czas temu osiedliła się przybyła nie wiadomo skąd — pewnie z odległej północy, a może nawet z Angmaru — starucha-zielarka ze swą wnuczką Lianiką. Czym opętało to piegowate dziewczę takiego wspaniałego chłopaka tylko Manwe wie; wielu uważało, że nie obeszło się bez czarów: babka w końcu władała różnymi urokami i potrafiła leczyć za pomocą ziół i przykładania rąk — z tego zresztą żyła. O Lianice wiadomo było, że dogaduje się ze wszystkimi zwierzętami i ptakami w ich językach i potrafi na przykład zmusić gronostaja, by siedział słupka na dłoni obok spokojnie myjącej pyszczek polnej myszy. Zresztą, te opowieści, być może powstały po prostu dlatego, że ludzi w odróżnieniu od zwierząt bała się i unikała jak mogła. Najpierw ludziska myśleli, że może jest całkowicie niema? „Ach, co tam — zadzierały bródki oburzone ślicznotki z okolicy, gdy ktoś w ich obecności wspominał dziwny wybór leśnika — może właśnie się dobrali swą rasą…”

A co, może i rzeczywiście by się dobrali, tylko los im nie sprzyjał… Zdarzyło się, że pewnego wieczora Lianika spotkała na leśnej ścieżce nadmiernie wesołe towarzystwo seniora, który wyjechał na polowanie i swym zwyczajem „odrobinę polepszyć krew wieśniaków”. Te jego zabawy wywoływały już niezadowolenie nawet wśród sąsiadów-landlordów: „Naprawdę, szanowny panie, pańska skłonność do dymania wszystkiego, co się rusza i oddycha…” Sprawa było najzwyklejsza ze zwykłych, nie warta wspomnienia. No bo, kto mógł pomyśleć, że ta kretynka później się utopi… Co to? Ubyło jej, czy jak? Mają rację ludzie, kiedy mówią, że wszyscy oni tam, na swoich północach, są trochę szurnięci…

Rankorn pochował Lianikę sam — starucha nie przeżyła śmierci wnuczki i trzeciego dnia zgasła, nie odzyskując przytomności. Sąsiedzi przyszli na cmentarz głównie z ciekawości — położy leśniczy na świeżym kopczyku strzałę z czarnym opierzeniem, przysięgając zemstę? Ale nie, nie zaryzykował… No i słusznie — wyżej tyłka nie podskoczysz. Co z tego, że jest „człowiekiem króla” — król daleko, a drużyna landlorda, osiemnastu zbirów do których szubienica wzdycha, tuż obok. A z drugiej strony, trzęsą się chłopu kolanka, nie taki z niego chwat, jak się wydawało… Ten ostatni punkt widzenia wypowiadany był przede wszystkim przez tych, co się onegdaj pozakładali, dwa do jednego, albo i trzy, stawiając na to, że Rankorn ogłosi zemstę i teraz, kwaśno się uśmiechając, wypłacali przegrane pieniążki na lepki od piwa stół w „Trzech pintach”.

Młody senior jednakże tak nie myślał: we wszystkim, co nie dotyczyło jego odchylenia na punkcie różowego mięska, był naprawdę przewidujący i ostrożny. Leśniczy nie sprawiał na nim wrażenia człowieka, który zostawi tę historię bez konsekwencji, albo — co na jedno wychodzi — przyjdzie potykać się o progi sądów i smarować supliki. Ta sprytna pejzanka, którą mimochodem uszczęśliwił na leśnej ścieżce, mimo pewnych jej oporów (diabli, ugryziony palec boli do dziś)… Szczerze mówiąc, gdyby wiedział, że poważnie trzyma na niej oko taki chłop jak Rankorn, to po prostu przejechałby obok… Tym bardziej, że dziewczyna — tfu, patrzeć nie było na co. Ale co teraz gadać. Co się stało, to się nie odstanie. Skonfrontowawszy swoje wrażenie z opinią dowódcy drużyny, landlord ustalił: nie ma się co cieszyć z braku czarnej strzały, znaczy to tylko, że Rankorn nie jest miłośnikiem teatralnych gestów i ma w nosie opinię gapiów. Poważny człowiek to i traktowania wymaga poważnego… Tej samej nocy stojący na uboczu dom leśniczego zaczął płonąć ze wszystkich czterech rogów. Drzwi wejściowe okazały się podparte belką, a gdy purpurowo zabarwione od wewnątrz okno na strychu zakrył cień zamierzającego wyjść na zewnątrz człowieka, z dołu, z ciemności posypały się strzały; więcej już nikt nie usiłował wyrwać się z płonącego budynku.

Spalony żywcem leśniczy, to nie jakiś zawszony wieśniak, który z własnej głupoty wpadł pod kopyta pańskiego konia na polowaniu, tu się nie da wszystkiego ukryć pod korcem. Ale…

— Cały okrąg, sir, sądzi, że to kłusownicy. Nieboszczyk, niech mu ziemia lekką będzie, trzymał ich twardo, więc zemścili się. Fatalna historia… Jeszcze wina? — Te słowa młody senior adresował do przybyłego z Harlondu komornika, który — tak wyszło — zatrzymał się pod jego gościnnym dachem.

— Tak, tak, dziękuję! Wspaniały claret, dawno już nie miałem okazji próbować takiego — rzeczowo pokiwał głową komornik — pulchny senny staruszek z wianuszkiem siwych włosów dokoła różowej jak wiejska słonina łysiny. Długo wpatrywał się w płomień kominka przez wino, nalane do kielicha umbarskiego mistrza, a potem przeniósł na gospodarza swe wyblakłe błękitne oczka, które nagle utraciły swą senność i stały się przenikliwie lodowate.

— A, właśnie, ta topielica… To nie pańska poddana?

— Jaka topielica?

— Proszę posłuchać, czyżby tak wiele się u pana topiło, co dwa, trzy dni?

— Ach, ta… Nie, ona była gdzieś z północy. A dlaczego pan pyta, czy to ma jakieś znaczenie?

— Może tak się stać, że będzie miało. A może, i nie. — Komornik uniósł kielich na wysokość oczu i w zamyśleniu powiedział: — Pański majątek, drogi panie, cieszy oko swym zagospodarowaniem. To przykład godny naśladowania dla wszystkich okolicznych ziemian. Według mojego szacunku, co najmniej dwieście pięćdziesiąt marek rocznej renty, nieprawdaż?

— Półtorej setki — nie mrugnąwszy okiem, zełgał landlordi z ulgą odetchnął — chwała Eru! Rozmowa, chyba przeszła na płaszczyznę pragmatyki. — A do tego niemal połowa idzie na podatki… no i akt hipoteczny…

Cóż, kłusownicy, to kłusownicy. Odpowiedniego kandydata wybrano szybko; powisial stosowną chwilę w dybach nad węglami, złożył wyczerpujące zeznania, po czym został statecznie i w majestacie prawa nabity na pal ku przestrodze innym chłopom. Komornik wrócił do miasta, czule przyciskając do boku sakiewkę, cięższą o sto osiemdziesiąt srebrnych marek…

No to koniec…

Diabła tam — koniec!

Landlord od początku był zaniepokojony tym, że nie znaleziono w pogorzelisku żadnych kości. Dowódca drużyny, który osobiście dowodził nocną akcją, uspokajał pana: ściany drewniane i grube, podłoga drewniana, nie klepisko, paliło się ponad godzinę — trup spłonął doszczętnie, takie rzeczy często się zdarzają. Młody senior, jednak, będąc — jak już powiedzieliśmy — człowiekiem nad swój wiek przewidującym, posłał ludzi, by jeszcze raz przeszukali pogorzelisko… No i potwierdziły się jego najgorsze przeczucia. Okazało się, że sztuka przewidywania nie była obca również leśniczemu, w życiu którego występowało już wcześniej parę niespodzianek: z piwnicy prowadził na zewnątrz podziemny tunel długości trzydziestu jardów, na podłodze którego widniały nie stare plamy krwi — jedna z nocnych strzał musiała trafić w cel.