Выбрать главу

— Szukać! — zarządził młody senior — niezbyt głośno, ale takim tonem, żeby ustawionych w szeregu drużynników, chłopów na schwał, pokryła gęsia skórka. — Albo on, albo my i nie ma odwrotu. Na razie, chwała Orome, leczy się gdzie w lesie. Jeśli umknie jestem trupem, ale wy — wszyscy! — umrzecie przede mną, to wam gwarantuję!

Landlord osobiście dowodził pościgiem, oświadczywszy, że tym razem się nie uspokoi, póki nie zobaczy osobiście ciała Rankorna. Prowadzące w głąb lasu tropy uciekiniera przez cały dzień były czytelne i wyraźne: ścigany nawet nie usiłował ich maskować, widocznie uważając, że nikt już go nie widzi wśród żywych. Co prawda, pod wieczór dowódca drużynników znalazł w krzakach obok tropu nastawiony samostrzał… Lepiej byłoby powiedzieć, że sam samostrzał został wykryty później, kiedy strzała aż po lotki siedziała w bebechach dowódcy. Póki drużynnicy gaworzyli zgrupowani wokół rannego, nie wiadomo skąd nadleciała druga strzała i wpiła się w szyję jeszcze jednego zucha. Ale tu Rankorn się zdradził: jego sylwetka mignęła wśród drzew o jakieś trzydzieści jardów poniżej, na zboczu zagajnika, i wtedy cała wataha runęła za nim wąską luką między krzewami leszczyny… A taki był właśnie plan, żeby ruszyli wszyscy naraz i biegiem, nie patrząc pod nogi. W sumie do wilczego dołu trafiło za jednym zamachem troje. Na taki sukces, szczerze mówiąc, Rankorn nawet nie liczył. Zbóje Eggi-Pusttelgi, którzy zmajstrowali tę konstrukcję, napracowali się uczciwie — osiem stóp głębokości, na dnie kołki wysmarowane mięsną zgnilizną, tak że zakażenie krwi gwarantowane w każdym przypadku.

Zmierzch tymczasem zapadał gwałtownie. Teraz już drużynnicy stali się przesadnie nawet ostrożni: chodzili tylko parami, a kiedy przeczesywali las i zauważyli w końcu przyczajonego w krzewach Rankorna, nie ryzykowali i naszpikowali go strzałami z dwudziestu jardów. Niestety, gdy podeszli bliżej, akurat pod uderzenie pięcsetfuntowej kłody, znaleźli zamiast wymarzonego trupa zwitek kory z naciągniętymi nań szmatami… Dopiero wtedy landlord zdał sobie sprawę, że nawet ucieczka z „rejonu umocnionego” bandy Eggi, dokąd ich tak sprytnie wciągnął ów przeklęty Wos — nie będzie sprawą łatwą: dokoła las jest naszpikowany śmiertelnymi pułapkami, a czworo ciężko rannych, nie licząc dwóch zabitych, całkowicie pozbawiły oddział mobilności. Zrozumiał też, że ich miażdżąca przewaga liczebna w tym układzie nie ma zupełnie żadnego znaczenia, i aż do świtu, podczas tego polowania, rolę zwierzyny przyjdzie odgrywać właśnie im.

56

Przygotowali obronę okrężną w najgorszym, jakie sobie można wyobrazić miejscu — wądół zarośnięty leszczyną, widoczność zero, ale przenoszenie się na inne miejsce byłoby jeszcze gorsze. O tym, by rozpalić ognisko nawet nie myśleli — strach się oświetlić, strach dać się usłyszeć, i nawet rannych opatrywali w całkowitych ciemnościach, po omacku. Zacisnąwszy w garści łuki i rękojeści mieczy, wsłuchiwali się w bezksiężycową noc, bez wahania strzelając w stronę każdego szmeru, w każde poruszenie w unoszącej się z wilgotnych liści mgle. Skończyło się tak, że około trzeciej w nocy komuś puściły nerwy, i ten idiota z okrzykiem: „Wosowie!”.” wystrzelił w sąsiada, który wstał, chcąc rozprostować ścierpnięte mięśnie, a potem, łamiąc krzaki, rzucił się w głąb obronnego pierścienia. Dalej stało się to najgorsze, co tylko może się zdarzyć w nocnym boju: pierścień się rozpadł, i zaczęła się ogólna bieganina po nocy ze strzelaniem na oślep — każdy przeciw każdemu…

Zresztą, tym razem nie było mowy o jakimś przypadku: wspomnianym „kimś”, kto sprowokował swoim strzałem w towarzysza ogólną zawieruchę, był nie kto inny jak sam Rankorn. Korzystając z mroku, leśniczy przywłaszczył sobie pelerynę jednego z zabitych — na szczęście dla niego nikt ich nie pilnował — wkręcił się w pierścień zajmujących pozycje drużynników i zaczął czekać. Właściwie, mógł sto razy wpakować strzałę w plecy landlorda i, korzystając z nieuniknionego zamieszania, rozwiać się spokojnie we mgle, ale ten nie zasłużył sobie na tak „przyjemny” los. Rankorn miał inne plany.

Wyniki boju Stały się widoczne, gdy nastał dzień: okazało się, że oddział stracił dwóch żołnierzy, ale najgorsze — koszmar! — zaginął sam landlord. Wojownicy uznali, że podczas nocnej paniki musiał stracić swoich z oczu (poniekąd mieli rację: w lesie tylko zupełny dureń rzuca się do ucieczki na chybił trafił — normalny człowiek usiądzie pod krzakiem i nie ruszy się, póki ktoś się o niego nie potknie), i zaczęli przeczesywać okolicę, nawołując swego pana. Znaleźli go kilka mil od miejsca potyczki — orientując się na stada już zlatujących się kruków. Młody senior był przywiązany do drzewa, a z półotwartych jego ust sterczały odcięte genitalia. „Kuśką się zadławił” — szeptano potem złośliwie po wsiach…

W obławie na bestię entuzjastycznie wzięła udział cała okoliczna ludność, ale z równym skutkiem mogliby chwytać leśne echo. Dalsza kariera królewskiego leśniczego, któremu teraz nie zostało nic innego jak zostać rozbójnikiem, była standardowa; standardowy był i jej koniec — albowiem, jak głoszą słowa starej piosenki, „Może długo sznur się splata, lecz się zawsze w pętlę zwinie…” Raniony w potyczce z ludźmi harlondskiego szeryfa i połamany na kole Rankorn miał ozdobić sobą szubienicę akurat tego dnia, kiedy do miasta przybył baron Grager, werbujący ludzi do wyraźnie przerzedzonego ithilieńskiego pułku. „O! Ten by mi się nadal” — rzucił baron z takim samym wyrazem twarzy, z jakim klientka kramu z wędlinami dźga paluchem w upatrzony kawałek szynki („Tylko proszę pokroić”). Szeryf jedynie zgrzytnął zębami.

Od Osgiliath sprawy szły tak sobie. Pułk Ithilien walczył wyraźnie lepiej od innych i, jak to się dzieje w takich przypadkach, dostawał uzupełnienie w ostatniej kolejności. Zresztą, z ludźmi w ogóle było mizernie. Ci w Minas Tirith, którzy najgłośniej przed wojną wydzierali się: „Raz i na zawsze uwolnić Sródziemie od Hord ze Wschodu”, jakoś od razu znaleźli masę spraw na drugim brzegu Anduiny, prosty zaś lud od samego początku miał tę Wojnę o Pierścień głęboko w płucach. Tak więc ogłoszony niegdyś przez Faramira punkt o poborze do pułku — „choćby i prosto spod szubienicy” — był wykorzystywany tyle razy, ile tylko się dało. Właściwie, „pod szubienicą” siedział nawet sam Grager, ale w czasie wojny nikt nie odważył się ruszyć frontowego oficera — na niego sądowe szczury Gondoru miały za krótkie ręce.

Wiele zachodu kosztowało pułkowego lekarza, by przywrócić workowi połamanych kości wyciągniętemu przez barona z harlondskiego zaścianka wygląd kogoś, kto przypominałoby człowieka, ale słynny zbój był tego wart. Strzelać z łuku tak samo jak przedtem Rankorn nie mógł, wyłamany bark stracił możliwość ruchu, ale tropicielem nadal był wyśmienitym, a jego doświadczenie w pułapkach i innych działaniach bojowych w leśnej okolicy było naprawdę bezcenne. Wojnę zakończył w mundurze kaprala, potem z wielkim powodzeniem uczestniczył pod dowództwem swojego porucznika w uwolnieniu i osadzeniu na ithilieńskim tronie Faramira, i już miał się zabrać za wznoszenie własnego domu — gdzieś na bezludziu, powiedzmy w dolinie Wydrzego Potoku — kiedy nagle zaprosił rangera Jego Wysokość książę Ithilien i poprosił o przysługę: czy nie mógłby odprowadzić dwóch jego gości na Północ, do Mrocznej Puszczy?