Выбрать главу

„Już nie jestem na służbie, mój kapitanie, a dobroczynność nie jest moją cechą”. „A ja właśnie potrzebuję takiego, kto nie jest na służbie. A dobroczynność nie ma nic do rzeczy, oni są gotowi dobrze zapłacić. Powiedz swoją cenę, kapralu”. „Czterdzieści srebrnych marek” — palnął Rankorn, po prostu, żeby się od niego odczepili. Ale żylasty, orlonosy orokuen, chyba ich przywódca, tylko skinął głową: „Zgoda”, i zaczął rozplątywać plecioną sakiewkę z elfickim wzorem; no, a gdy na stole pojawiła się garść różnego złota (Haladdina od dawna męczyło pytanie: Skąd Eloar wziął wendotenijskie nianmy i kwadratowe czengi z Południowych Archipelagów?), rangerowi nie wypadało dawać wstecz.

Haladdin i Cerleg rozkoszowali się teraz całkowitą beztroską, gdyż całe przygotowanie do wyprawy pod Dol Guldur wziął na swoje barki Rankorn. Co prawda, kupione dla nich w osadzie plecione mokasyny-iczigi zwiadowca przymierzał wyraźnie niezadowolony, nie dowierzając obuwiu pozbawionemu twardej podeszwy, ale ponorek, który w tych okolicach wykorzystywany jest zamiast worka na plecy, wyraźnie mu się spodobał: twardy stelaż z dwóch czeremchowych pałąków połączonych jednym zaciskiem pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, pozwala nieść kanciasty stufuntowy ładunek, nie przejmując się tym, jak przylega do pleców.

Orokuen na ten czas, ku pewnemu zdziwieniu konsyliarza, przeniósł się z gościnnych apartamentów Emyn Arnen oddanych w ich władanie przez księcia, do koszar Faramirowej osobistej ochrony. „Ja, mój panie, jestem człowiekiem prostym, i w całym tym komforcie czuję się jak mucha w śmietanie: i śmietanie szkodzi, i musze”. Następnego dnia pojawił się z sińcem pod okiem, ale bardzo z siebie zadowolony: okazało się, że Ithilieńczycy, nasłuchawszy się opowieści o czynach kaprala w noc uwolnienia księcia, podpuścili go na sparring z dwoma najlepszymi zapaśnikami swego pułku. Jeden pojedynek Cerleg wygrał, drugi przegrał, a może starczyło mu rozumu, by przegrać, ku pełnej satysfakcji obu stron. Teraz nawet ujawniona w czasie wieczornych gawęd niechęć orokuena do piwa spotykała się u rangerów ze zrozumieniem: ma chłop autorytet, ma więc prawo… A co wy tam? Kumys… O, przepraszam! Nie dowieźli… Gdy pewnego razu Haladdin zajrzał do koszar do swego towarzysza, zauważył, że wraz z jego pojawieniem natychmiast zwiędła ożywiona rozmowa i zaległa niezręczna cisza: dla wiejskich chłopaków, którym pozwolono wreszcie nie strzelać do siebie, wykształcony lekarz był teraz tylko dokuczliwą przeszkodą. Przełożonym.

Z kilku dróg na Północ wybrano drogę wodną: nie wiadomo, kto teraz włada Brunatnymi Polami na lewym brzegu Anduiny. Do wodospadów Rauros, a to jest mniej więcej dwie trzecie drogi, płynęli pod żaglem — o tej porze roku w dolinie Wielkiej Rzeki wieją mocne i równe południowe wiatry. Dalej musieli przesiąść się do lekkich dłubanek. Tę część podróży Haladdin z Cerlegiem odbyli w charakterze okrętowego balastu: „Nie znacie Rzeki, i najlepsze, co możecie zrobić dla oddziału, to w żadnych okolicznościach nie odrywać tyłków od dna łódki, i w ogóle nie wykonywać gwałtownych ruchów”. Drugiego czerwca ekspedycja dotarła do łuku Anduiny przed wpadającą doń, biorącą początek w Fangorskim Lesie Srebrną Żyłą. Dalej zaczynały się Zaczarowane Lasy — Lorien na prawym brzegu, Mroczna Puszcza na lewym. Stąd do Dol Guldur zostawało nieco więcej niż sześćdziesiąt mil w linii prostej. Ludzie Faramira zostali, by pilnować czółen — przeprawili się, by nie kusić licha, na prawy, rohański brzeg, a oni trzej po dniu drogi zobaczyli przed sobą zębatą, czarno-zieloną ścianę jodeł Mrocznej Puszczy.

Las ten był zupełnie inny niż prześwietlone słońcem i wypełnione życiem dąbrowy Ithilien: całkowity brak młodniaków i krzewów sprawiał, że przypominał niemożliwą do ogarnięcia spojrzeniem kolumnadę gigantycznej świątyni. Pod arkami panowała głucha cisza — gruby dywan z jadowicie zielonego mchu, upstrzonego gdzieniegdzie drobnymi białymi kwiatami podobnymi do kartoflanych pączków, dokładnie wygłuszał wszystkie dźwięki. Cisza i przejrzysty zielony mrok tworzyły złudzenie, że znajdują się w podwodnym świecie, potęgowały to jeszcze „wodorosty” — rozczochrane siwiejące brody porostu zwisającego z jodłowych gałęzi. Ani promieni słońca, ani powiewu wiatru, przez co Haladdin fizycznie odczuwał jak jego pierś ugniata wielometrowa warstwa wody. Drzewa były ogromne; prawdziwą ich wielkość można było ocenić dopiero według leżących pni — nie dawało się przejść przez nie, a obejście kosztowało sto, sto pięćdziesiąt stóp w każdą stronę, tak więc niektóre fragmenty wiatrołomu były zupełnie nieprzebyte, trzeba je było omijać bokiem. Na dodatek wnętrza tych leżących kłód zżarte były na koronkę przez olbrzymie — wielkości dłoni — mrówki, które zajadle atakowały każdego, kto ośmielił się dotknąć ścian ich domu. Dwukrotnie natknęli się na ludzkie szkielety, dość świeże; nad nimi bezszelestnie roiły się węglowoczarne motyle — i to było tak przerażające, że nawet doświadczony orokuen w milczeniu czynił znak Jedynego.

Stada wilkołaków i pająki wielkości koła powozu — wszystko to wydawało się dziecinnymi bajkami: Las nie poniżał się do bezpośredniej wrogości, po prostu był całkowicie obcy, jak obcy jest przestwór oceanu czy zimne płomienie podniebnych lodowców Ephel Duath. Moc Lasu przejawiała się nie w przeciwdziałaniu, a w odpychaniu i nie przyjmowaniu, stąd najmocniej odczuwał ją właśnie leśniczy Rankorn. Tę moc zbierała — wiek po wieku, kropla po kropli — w swe zaczarowane mury Dol Guldur; trzy magiczne twierdze — Dol Guldur w Mrocznej Puszczy, Minas Morgul przy Kirith Ungol i Ag Jakend pośród pozbawionego życia wysokogórskiego płaskowyżu Szurab w północnym Khandzie — zamykały Mordor w ochronny trójkąt, sycony starożytną mocą lasów, światłem górskich śniegów i milczeniem pustyń. Nazgule, którzy wznieśli owe zaczarowane „rezonatory” i chcieli ukryć ich prawdziwe przeznaczenie, nadali im postać twierdz. Należy sądzić, że cieszyli się jak dzieci, gdy kolejny zachodni wódz z niedowierzaniem pętał się po spękanych płytach dziedzińca Dol Guldur, bezskutecznie usiłując odnaleźć przynajmniej ślady tego garnizonu, który tak usilnie walczył z jego wojownikami. (Po raz ostatni ten wybieg zastosowano dwa miesiące temu: „lustrzany garnizon” prawie dwa tygodnie odciągał siły elfów z Lorien i pospolite ruszenie z Esgaroth, pozwalając prawdziwej Armii Północ praktycznie bez strat powrócić do Morannon). Jedynie do podziemi zamku nie należało wchodzić — o czym zresztą uczciwie zawiadamiały wyryte na murach napisy we Wspólnej Mowie.

Konsylium na ścieżce przeciągało się. Haladdin zdjął z ramion ponorek — jak zwykle w pierwszej chwili poczuł rozkosz lotu nad ziemią — i podszedł do tropicieli. Obaj kaprale wyglądali na wyraźnie zaniepokojonych: przemykali się przez te dni po głuchych leśnych ścieżkach, unikając przetartego szlaku łączącego Dol Guldur z Morannon, jednakże obecność ludzi nawet w tych zaczarowanych gęstwinach dawała się odczuć stale — i nagle, proszę: zupełnie świeże ślady. Slady wojskowych butów Mordorczyka z piechoty. … A Sharha-Rana o żadnych mordorskich oddziałach w rejonie twierdzy nie wspominał ani słowem.

— Może jacyś dezerterzy z Armii Północ, jeszcze z tamtych czasów?

— Nie sądzę… — podrapał się po czubku głowy Cerleg. — Każdy dezerter spłynąłby stąd dokądkolwiek, choćby i do piekła. A ci wyraźnie tu siedzą, gdzieś w pobliżu. Sądząc po głębokości śladów, szli bez ładunku.

— Dziwny ślad — zgodził się z nim Rankorn. — Ludzie z waszej Armii Północ powinni mieć buty porządnie zdeptane, a te wyglądają jakby były prosto z magazynów. Patrz, jak rant dobrze się odbił.

— A skąd wiecie, że to Mordorczycy?

— No — tropiciele wymienili spojrzenia, chyba nawet nieco obrażone — wysokość obcasa… kształt czubka…

— Ja nie o to pytam. My, na przykład, z Cerlegiem mamy mokasyny — i co z tego? Nastała krótka cisza.

— Diabli… Też prawda… Ale jaki to ma sens? Sensu nie było w tym w ogóle… Stąd raptowna decyzja Haladdina wyglądała na całkowicie irracjonalną — skok w mrok. Właściwie, nie była to nawet jego decyzja; po prostu jakaś postronna siła cicho rozkazała: „Naprzód, chłopie!” i teraz już trzeba było albo podporządkować się bez namysłu, albo wycofać się z tej zabawy.

— Robimy tak… Do Dol Guldur, jak obliczyłem, zostało niewiele, jakieś tuzin mil. Teraz wychodzimy na drogę. Dalej — wy zostajecie, a ja idę do twierdzy. Sam. Jeśli za trzy dni nie wrócę to koniec: zawracajcie sanie, nie żyję. Do twierdzy nie zbliżajcie się w żadnym wypadku. W żadnym, jasne?

— Czy pan, miły panie, zwariował? — poderwał się orokuen.

— Kapralu Cerleg! — Haladdin nawet nie podejrzewał, że natura dała mu takie możliwości intonacyjne — mógłby słowami, jak bryłami rudy, wypełnić hutniczy piec. — Czy rozumiecie rozkaz?

— Tak jest… — Ofuknięty stracił rezon, ale tylko na chwilę. — Tak jest, panie konsyliarzu drugiego stopnia!

— No i świetnie. A ja muszę się wyspać i dobrze sobie wszystko przemyśleć, co mam mówić tym ludziom w nowiutkich butach — jeśli twierdza jest w ich rękach. Kim jestem, gdzie spędziłem te miesiące, jak tu się dostałem i takie tam… Skąd, nawiasem mówiąc, mam mokasyny — w podobnych sytuacjach nie istnieją nieważne drobiazgi.