Выбрать главу

— Nie sądzę… — podrapał się po czubku głowy Cerleg. — Każdy dezerter spłynąłby stąd dokądkolwiek, choćby i do piekła. A ci wyraźnie tu siedzą, gdzieś w pobliżu. Sądząc po głębokości śladów, szli bez ładunku.

— Dziwny ślad — zgodził się z nim Rankorn. — Ludzie z waszej Armii Północ powinni mieć buty porządnie zdeptane, a te wyglądają jakby były prosto z magazynów. Patrz, jak rant dobrze się odbił.

— A skąd wiecie, że to Mordorczycy?

— No — tropiciele wymienili spojrzenia, chyba nawet nieco obrażone — wysokość obcasa… kształt czubka…

— Ja nie o to pytam. My, na przykład, z Cerlegiem mamy mokasyny — i co z tego? Nastała krótka cisza.

— Diabli… Też prawda… Ale jaki to ma sens? Sensu nie było w tym w ogóle… Stąd raptowna decyzja Haladdina wyglądała na całkowicie irracjonalną — skok w mrok. Właściwie, nie była to nawet jego decyzja; po prostu jakaś postronna siła cicho rozkazała: „Naprzód, chłopie!” i teraz już trzeba było albo podporządkować się bez namysłu, albo wycofać się z tej zabawy.

— Robimy tak… Do Dol Guldur, jak obliczyłem, zostało niewiele, jakieś tuzin mil. Teraz wychodzimy na drogę. Dalej — wy zostajecie, a ja idę do twierdzy. Sam. Jeśli za trzy dni nie wrócę to koniec: zawracajcie sanie, nie żyję. Do twierdzy nie zbliżajcie się w żadnym wypadku. W żadnym, jasne?

— Czy pan, miły panie, zwariował? — poderwał się orokuen.

— Kapralu Cerleg! — Haladdin nawet nie podejrzewał, że natura dała mu takie możliwości intonacyjne — mógłby słowami, jak bryłami rudy, wypełnić hutniczy piec. — Czy rozumiecie rozkaz?

— Tak jest… — Ofuknięty stracił rezon, ale tylko na chwilę. — Tak jest, panie konsyliarzu drugiego stopnia!

— No i świetnie. A ja muszę się wyspać i dobrze sobie wszystko przemyśleć, co mam mówić tym ludziom w nowiutkich butach — jeśli twierdza jest w ich rękach. Kim jestem, gdzie spędziłem te miesiące, jak tu się dostałem i takie tam… Skąd, nawiasem mówiąc, mam mokasyny — w podobnych sytuacjach nie istnieją nieważne drobiazgi.

57

Kumai przełożył stery i szybowiec zawisł w powietrzu, opierając się skrzydłami o pustkę. Dol Guldur widać stąd było jak na dłoni — ze wszystkimi jej dekoracyjnymi bastionami i rawelinami, centralnym donżonem zajętym aktualnie przez warsztaty i nicią drogi dojazdowej wijącej się między wrzosowymi wzgórzami. Jeszcze raz przyjrzał się okolicy i zadowolony parsknął przez nos: pomysł ukrycia ich „Zbrojnego klasztoru” tu, u diabła na zapiecku, pod samym nosem lorieńskich elfów, wspaniały był w całej swojej bezczelności. Co prawda, wielu kolegów zebranych pod dachem magicznej cytadeli, czuło się nie w swoim sosie — jednych dręczyły uporczywe nocne koszmary, innych niezrozumiałe dolegliwości, ale trolle to lud gruboskórny i flegmatyczny, całkowicie pozbawiony przesądów, tak więc inżynier czuł się tu wspaniale, i pogrążył się w pracy tak, że nawet czubka głowy nie było widać.

Choć formalnie przewodził im Dżaheddin — osławiony chemik, optyk i elektromechanik z Uniwersytetu w Barad-Dur — w rzeczywistości dowodził „na obiekcie” komendant Grizzly, naprawdę przypominający ogromnego szarego niedźwiedzia z leśnych przedgórzy północnego Wschodu. Ani jego prawdziwego imienia, ani funkcji zajmowanej w wywiadzie nikt z tutejszych nie znał.

Kumai nawet nie mógł określić jego narodowości; może był z tych północnych trolli, co to żyli niegdyś w Górach Mglistych, a potem stopniowo rozmyli się wśród Dungarczyków i Angmarczyków?

Komendanta Kumai poznał natychmiast po przybyciu do twierdzy. Ludzie nadintendenta przewieźli go tu za pomocą sztafety wzdłuż Traktu Dol Guldur — mieli tu zmontowaną prawdziwą pocztę konną, przesyłki szły niemal codziennie. A gdy przyjechał, Grizzly urządził mu wielogodzinne przesłuchanie, z maniakalną dociekliwością wypatroszył cały Kumajowy żywot, sięgając niemal do seksualnych preferencji jego pierwszej przyjaciółki. Dzieciństwo, nauka w szkole, służba wojskowa, imiona i daty, dane techniczne latających aparatów i przyzwyczajenia jego uniwersyteckich współbiesiadników, słowne portrety mistrzów kowalskich i górników ojcowej kopalni, i kolejność toastów w biesiadach trolli… „Twierdzi pan, że trzeciego maja 3014 roku, w dniu pańskiego pierwszego lotu, było pochmurnie. Czy na pewno tak było? A jak się nazywa barman w knajpce »Eccigidel«, znajdującej się naprzeciwko Uniwersytetu? — Ach, rzeczywiście — »Eccigidel« jest nieco dalej na bulwarze… Inżynier drugiego stopnia Szagrat z waszego pułku — wysoki, przygarbiony, kuleje na prawą nogę? Ach, »kwadratowy« i nie kuleje w ogóle…” Nawet głupiec by zrozumiał, że sprawdzić trzeba, czy nie podsuwają jakiejś wszy, ale po co aż takie komplikacje? Kiedy zaś Kumai przy okazji wspomniał jakiś szczegół swej ucieczki z kamieniołomu, Grizzly zmarszczył się z wyrzutem:

— Czy nie poinstruowano pana, że ten temat jest tabu?

— Ale… — skonfundował się inżynier — …ja myślałem, że to tabu nie dotyczy pana…

— Czy powiadomiono pana o jakichś wyjątkach?

— Nie… Moja wina.

— Proszę się przyzwyczaić… Dobrze, kontrola wypadła dla pana pozytywnie. Proszę się częstować. — Z tymi słowami komendant przysunął Kumajowi pękaty czajnik z odłamanym dziobkiem i khandyjską piałę z cieniutkiej kremowej porcelany, a sam pogrążył się w czytaniu sporządzonego przez mechanika wykazu rzeczy potrzebnych do pracy: bambus, drzewo balsy, umbarskie płótno żaglowe… mnóstwo rzeczy a drugie tyle potem dopiero się przypomni. — Jeszcze jedno, pańscy poprzedni współpracownicy, tacy jak mistrz Mchamsuren… Gdyby tu byli, pomogliby sprawie?

— Jeszcze jak! Ale czy to jest możliwe?

— Dla naszej służby nie ma rzeczy niemożliwych. Musi pan tylko przypomnieć sobie o tych ludziach wszystko — cechy zewnętrzne, więzy przyjaźni i rodzinne, przyzwyczajenia… Przyda nam się każdy detal, tak więc proszę wysilić pamięć.

Po pół godzinie komendant przyklepał dłonią stertę zapisanych arkuszy papieru, lakonicznie podsumowując:

— Jeśli żyją to znajdziemy. Kumai od razu poczuł, że znajdą.

— Proszę się przebrać, panie inżynierze drugiego stopnia. — Grizzly wskazał wzrokiem na komplet nowiutkiego mordorskiego munduru bez naszywek (tak byli umundurowani wszyscy — i konstruktorzy Dżaheddina, i obsługa, i milczący ochroniarze z wywiadu). — Proszę za mną, pokażę panu nasze obejście…

Obejście było obszerne i urozmaicone. Na Kumają na przykład czekał wspaniały szybowiec nie znanej mu wcześniej konstrukcji: proste i wąskie, jak elfickie ostrze, bez mała dwudziestostopowe skrzydła trzymały się nie wiadomo na czym, chyba na niczym — jakiś nieprawdopodobny materiał, lżejszy od balsy i twardszy od kamiennego cisu; podobnie wspaniała była „miękka” katapulta do wyrzucania maszyny w powietrze. No, nie ma takich materiałów w przyrodzie, choćbyście mi łeb odrąbali! Ale w tym momencie mechanik pojął, że ma do czynienia z legendarnym „Smokiem” Nazguli, długość lotu którego określała jedna tylko okoliczność — ilość czasu, jaką wytrzyma w gondoli jego pilot. Zresztą, pilotowanie „Smoka” Kumai opanował szybko. Wiadoma sprawa — im doskonalsza technika, tym prostsza jest w użyciu.

Jednocześnie z Kumajem do Dol Guldur trafiła czwórka isengardzkich inżynierów „kruszącego ognia” — tak nazywano proszek zapalający podobny nieco do używanego w Mordorze od dawien dawna w świątecznych fajerwerkach. Isengardczyków przyprowadził Rosomak — niewysoki żylasty chłopak z nieco krzywymi nogami, podobny do dungarskiego górala; zastępował Grizzly'ego, kiedy ten wybywał z twierdzy w jakichś swoich tajnych sprawach. Co do „kruszącego ognia”, po jakimś czasie nazywanego po prostu proszkiem, to mordorscy mistrzowie mieli najpierw o tym marne zdanie: nafaszerowane nim ceramiczne naczynia w kształcie kropel z krótkimi skrzydełkami leciały daleko — fakt, niemal na dwie mile — ale celność ich, delikatnie mówiąc, pozostawiała wiele do życzenia: plus minus dwieście jardów. Na dodatek pewnego razu „latająca kropla” eksplodowała w wyrzutni, zabijając przypadkowego robotnika; dowiedziawszy się od Isengardczyków, że takie rzeczy się zdarzają — „No, nie powiem, żeby regularnie, ale zdarza się, zdarza” — Mordorczycy popatrzyli na siebie: „Słyszeliście, chłopy? Na kij nam ten »kruszący ogień«. Prędzej swoich załatwi niż obcych…”