Выбрать главу

Eornis, spełniając obowiązki klofoeli Świata, znajdowała się o tej północnej godzinie pośród „nieboskłonu”, akurat tam, gdzie siedem fial — sześć jasnych i siódma najjaśniejsza — tworzą na łęgach Nimrodel kwiatostan Sierp Valarów, wskazujący rękojeścią na Biegun Świata. Przebywała w pełnej samotności. Tancerki na czele z klofoelą Gwiazd — jedyne istoty, mające dostęp do „nieboskłonu” — dawno już oddaliły się pod korony mallornów; Eornis zaś bezskutecznie usiłowała odgadnąć jak baron Grager zdoła spełnić swą obietnicę: „O świcie, gdy rozwidni się, znajdzie pani worek z Kamieniem Jasnowidzenia w trawie obok tej ftali, która oznacza Gwiazdę Polarną w Sierpie Valarów”. Dostęp do „nieboskłonu” jest zakazany pod karą śmierci nawet elfom, nawet zwykłym klofoelom, i można nie obawiać się, że ktokolwiek znajdzie palantir wcześniej niż ona… Ale w jaki sposób przenikną tu owi mordorscy szpiedzy? Musi to być… musi to być któraś z tancerek? Nie, to zupełnie wykluczone — tancerka związana z wrogiem! Ha! A związana z wrogiem klofoela Świata — to co, możliwe?

„Ale ja nie jestem związana z wrogiem — sprzeciwiła się sama sobie — ja po prostu prowadzę swoją grę. Po prostu robię wszystko, by uratować swego chłopca, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, by spełniać warunki zaproponowanego przez nich interesu… Rano otrzymam palantir, w południe pierwszego sierpnia poznam imię następcy mordorskiego tronu, bo kto by to jeszcze mógł być, a już potem wymianę zakładników potrafię urządzić tak, by wszystko pozostało w moich rękach, na pewno! Oni, widocznie, nie znają jeszcze pełni możliwości elfów — no to poznają! Nie wiedzą z kim zadarli, robaki gnojowe!

Chociaż, nie takie to wszystko proste… Wygrywając tę grę, położę do stóp Władczyni palantir i głowę mordorskiego księcia. Wielkie zwycięstwo, i niech ktoś ośmieli się otworzyć usta zwycięzców się nie sądzi. Ale jeśli mi się nie uda, albo po prostu nie da się doprowadzić gry do końca… Wtedy wszystko stanie się interesem z wrogiem, zwyczajną zdradą, a klofoel Pokoju oddałby prawą rękę, żeby móc oskarżyć mnie o to i wystać do swoich podziemi pod Kurhanem Wielkiego Smutku… Jeśli będzie miał choć cień podejrzenia co do moich rozmów z Ithilieńczykami, Straż zacznie grzebać tak, jak tylko ona potrafi, a wtedy ze mną koniec. A przecież motywowałam przed Władczynią wizytę w Emyn Arnen właśnie tym, że »według informacji z Umbaru, ktoś w Lorien zaczyna grę z Aragornem, i niewykluczone, że ów ktoś to klofoel Pokoju«. Jeśli się dowie o naszej rozmowie — a dowie się na pewno — to nie pozostanie mu nic innego, jak śmiertelnie zdyskredytować mnie w oczach Władczyni, i będzie nad tym pracował uczciwie…”

„A może — nagle przemknęła myśl — wszystko to, poczynając od umbarskich wydarzeń, to po prostu wielostopniowa intryga klofoela Pokoju, i palce Strażników zacisną się na moich ramionach, gdy tylko sięgnę po worek z kamieniem, udającym palantir? Czy Elandar i ci ithilieńscy baronowie pracują przeciwko mnie dla klofoela Pokoju? Ależ nie, to bez sensu… Sama już boję się własnego cienia. Ale jak mogło dojść do tego, że ci ithilieńscy szpiedzy — wyraźnie za zgodą Faramira — grają w jednej drużynie z Mordorczykami? Cóż, to akurat jest proste: jako pośrednicy chcą odgryźć swój kęs — skompromitowaną przez współpracę z wrogiem elficką klofoelę, z którą potem można będzie robić co się chce… Nawiasem mówiąc, tak by właśnie było gdyby mi przyszło do głowy spełnić ich warunki.

Trudno, jakkolwiek to zaplanowano, drogi odwrotu nie ma: uratuje mnie tylko zwycięstwo w trakcie »wymiany zakładników«… i nie tylko uratuje, a wzniesie jeszcze o stopień wyżej! A potem… Potem sama odnajdę tych, którzy położą dziś na Gwieździe Polarnej worek z Kamieniem Jasnowidzenia. Uczynię to sama, uruchomiwszy swoją służbę, wyprzedziwszy Straż, i przekażę ich Radzie: »Nasz niezrównany chroniący Pokój w ostatnim czasie tak się przejął wykrywaniem spisków, których wartość wszyscy znamy, że przespał istnienie w Karas Galadon prawdziwej szpiegowskiej siatki wroga… A może nawet nie przespał? Może nici tej pajęczyny ciągną się dalej, niż ośmielam się przypuścić?« Od takiego ciosu nie otrząśnie się, jakkolwiek by go nie osłaniał Władca, to będzie czyste zwycięstwo — i Władczyni, i moje”.

Tymczasem niewidzialny dla oka „Smok” Kumaja przemierzał nocne niebo Lorien wzdłuż matowo świecących światłem księżyca zakrętów Nimrodel. Zobaczywszy pośród doliny obficie rozsypane, mocno świecące błękitnawe ogniki, układające się w dość dokładną mapę gwiezdnego nieba, inżynier odetchnął i skierował szybowiec w dół: na razie wszystko szło zgodnie z planem. Odszukał wśród tych „gwiazdozbiorów” Kosz, który w tutejszych krajach nie wiadomo dlaczego nazywają Sierpem Yalarów — jest, tam, gdzie powinien być, i Gwiazda Polarna na swoim miejscu… Ciekawe, z czego wykonane są te latarnie? Światło wyraźnie zimne — może to ta sama substancja, która świeci w próchnie? Kosz błyskawicznie powiększał swoje rozmiary; Kumai wymacał pod nogami na dnie gondoli worek wyjęty poprzedniej nocy ze skrytki za romboidalnym kamieniem w tylnej ściance kominka w Dol Guldur, i nagle zaklął przez zaciśnięte zęby. „Niech to licho! Nie powiedział mi, jakie są prawdziwe wymiary tej figury — jak mam teraz w tym mroku, ocenić swoją wysokość?”

Najpierw Haladdin po prostu prosił, by Kumai wyjął worek z kryjówki i zrzucił go w czasie jutrzejszego treningowego lotu gdzieś nieopodal twierdzy — żeby mógł go znaleźć i zwiać. Ale potem konsyliarz nagle zamilkł w pół słowa i wykrztusił:

— Słuchaj, czy stąd możesz dolecieć do Lorien?

— Bez trudu. To znaczy, nie bez trudu, ale mogę.

— A w nocy?

— Tak naprawdę, to w nocy na takie odległości jeszcze nie latałem… Trudno się zorientować.

— A podczas księżycowej nocy? Na miejscu, które mnie interesuje będą naziemne punkty orientacyjne w postaci ogni?

— No, to łatwiej. Dlaczego pytasz, masz dokonać zwiadu z powietrza?

— Rozumiesz, przypomniałem sobie, jak zręcznie miotasz ze swojego szybowca pociski w naziemne cele. Takie coś trzeba by wykonać w Lorien…

Nocny lot umotywował Kumai przed swoimi przełożonymi w twierdzy znakomicie: zaproponował Grizzly'emu przećwiczenie nocnego ataku.

— A to po co?

— Żeby móc ciskać zapalające pociski na obóz przeciwnika. Jeśli przez całą noc przed bitwą zamiast spać, będą gasili płonące namioty, to rano wiele się nie nawojują.

— Hm… racja. Dobra, próbujcie, inżynierze.

Wystartował o zmierzchu — „Polatam trochę, póki jeszcze jasno” — wykonał szeroki skręt, by obserwatorzy z twierdzy stracili go z oczu, i dopiero wtedy wziął kurs na północny zachód; miejsce, w którym Nimrodel wpada do Anduiny wyszukał jeszcze przy świetle dziennym, reszta była sprawą prostą…

Kumai wyprostował palce i worek poleciał w dół, w oznakowaną „gwiazdami” ciemność. Po kilku sekundach dziób szybowca zakrył Gwiazdę Polarną Kosza; dobrze — jeśli tylko nie pomylił się co do wysokości, to cel trafiony.