Cienie mówiły o pewnej teorii. Nic ona dla niego nie znaczyła, a jednak gdy przeszukał głębokie archiwa — zapisy przeniesione przez stulecia w porozbijanych skarbnicach danych handlowych statków Ultrasów — znalazł coś, przebłyski utraconej wiedzy, irytujące aluzje, na podstawie których jego mózg mógł domyślać się całości.
Aluzje do czegoś zwanego teorią bran.
Był to model wszechświata, starodawna teoria kosmologiczna, ciesząca się kiedyś w przeszłości popularnością. O ile Quaiche mógł stwierdzić, ta teoria nie tyle była zdyskredytowana, co porzucona, zaniedbana, kiedy pojawiły się nowsze i bardziej kolorowe zabawki. W tamtych czasach nie było łatwych sposobów sprawdzenia którejkolwiek ze współzawodniczących teorii, zawdzięczały więc one swoje wzloty i upadki czysto estetycznym zaletom oraz temu, jak trudno było je poskramiać i nimi manipulować za pomocą pałek i ostróg matematyki.
Teoria bran sugerowała, że wszechświat, o którym mówią zmysły, jest tylko jedną drzazgą czegoś rozleglejszego, jedną laminowaną warstwą w wielowarstwowej sklejce sąsiadujących ze sobą rzeczywistości. Quaiche uważał, że w tym modelu jest coś nęcąco teologicznego, idea o niebiosach w górze i piekłach poniżej, ściskających między sobą ziemski substrat postrzeganej rzeczywistości. Jako w górze, tak i na dole.
Ale teoria bran nie miała nic wspólnego z niebem i piekłem. Powstała jako reakcja na coś nazywanego teorią strun, a konkretnie na zagadkę znaną w teorii strun jako problem hierarchii.
Znowu herezja. Ale nie mógł się powstrzymać przed dalszym kopaniem.
Teoria strun głosiła, że fundamentalnymi klockami, z których składa się materia, są, w najmniejszej wyobrażalnej skali, po prostu jednowymiarowe pętle masoenergii. Jak struny gitary, pętle mogły wibrować — brzdąkać — w pewnych dyskretnych trybach. Każdy tryb odpowiadał rozpoznawalnej cząsteczce w skali klasycznej. Kwarki, elektrony, neutrina, nawet fotony były po prostu różnymi trybami wibracji tych fundamentalnych strun. Nawet grawitacja okazała się przejawem zachowania strunowego.
Ale grawitacja stanowiła również problem. W skali klasycznej — w znajomym wszechświecie ludzi, budynków, statków i światów — grawitacja była słabsza, niżby się komukolwiek wydawało. Owszem, trzymała planety na orbitach wokół gwiazd. Owszem, trzymała gwiazdy na orbitach wokół środka masy galaktyki. Ale w porównaniu z innymi siłami natury prawie jej nie było. Kiedy Lady Morwenna obniżała jeden ze swych elektromagnetycznych chwytaków, by podnieść jakiś kawał metalu z ciągnika dostawczego, magnes opierał się całej sile grawitacyjnej Heli — wszystkiemu, na co świat mógł się zdobyć. Gdyby grawitacja była taka wielka jak inne siły, Lady Morwenna zostałaby zmiażdżona na naleśnik grubości atomu, na błonę zapadniętego metalu na idealnie kulistej powierzchni zapadniętej planety. Tylko krańcowa słabość grawitacji w skali klasycznej pozwoliła w ogóle na zaistnienie życia.
Teoria strun sugerowała jednak, że grawitacja jest w gruncie rzeczy bardzo silna, jeśli tylko przyjrzeć się jej odpowiednio z bliska. W skali stałej Plancka — najmniejszej możliwej jednostki miary — teoria strun przewidywała, że grawitacja wzrasta aż do równorzędności z innymi siłami. I faktycznie, w takiej skali rzeczywistość wyglądała również inaczej w innych aspektach: istniało siedem dodatkowych wymiarów — nadprzestrzenie, dostępne tylko w mikroskopijnej skali interakcji kwantowych.
Jednak pogląd ten stwarzał pewien problem estetyczny. Inne siły — związane razem jako jedno połączone elektrosłabe oddziaływanie — przejawiały się przy pewnej charakterystycznej energii. Ale silna grawitacja w teorii strun odsłaniała się jedynie przy energii dziesięć biliardów razy większej niż dla elektrosłabych sił. Taka energia pozostawała daleko poza zakresem wszelkich procesów doświadczalnych. To był właśnie problem hierarchii i uważano go za głęboko obraźliwy. Teoria bran była jedną z prób wyjaśnienia tej luki.
Teoria bran — tak jak ją rozumiał Quaiche — postulowała, że grawitacja w gruncie rzeczy była tak silna jak elektrosłabe oddziaływanie, nawet w skali klasycznej. Ale grawitacja obserwowana w życiu codziennym była tylko pozostałością czegoś znacznie silniejszego. Siła grawitacji rozpraszała się głównie na boki, w sąsiednie brany czy wymiary. Cząsteczki, które tworzyły większość wszechświata są przylepione do konkretnego świata bran, konkretnego kawałka laminatu bran, nazywanego przez teorie wieloświatem. Dlatego właśnie zwykła materia wszechświata widziała tylko jeden branoświat, w którym akurat istniała: nie mogła oddryfować w wieloświat. Ale grawitony, cząsteczki niosące grawitację, nie podlegały takiemu ograniczeniu. Mogły dryfować przez brany, bezczelnie żeglować przez wieloświat. Najlepsza analogia, jaką Quaiche mógł wymyślić, to słowa drukowane na stronach książki, które nic nie wiedzą o słowach wydrukowanych na następnej stronie, oddalonych od nich jedynie o ułamek milimetra.
Ale co z cieniami? Tu właśnie Quaiche musiał sam uzupełnić szczegóły. Cienie chyba dawały do zrozumienia — i to było serce ich herezji — że są posłańcami z sąsiedniego branoświata. Ten branoświat mógł być całkowicie rozłączony z naszym, więc jedyna droga do niego wiodła przez wieloświat. Istniała jednak inna możliwość: dwa pozornie odrębne branoświaty mogły być odległymi częściami tej samej brany, która zgięła się na kształt spinki do włosów. Jeśli to był ten przypadek — a cienie w ogóle nie wypowiadały się na ten temat — to były posłańcami nie z innej rzeczywistości, tylko z odległego zakątka znajomego wszechświata, niewyobrażalnie odległego zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Światło i energia z ich obszaru kosmosu mogły poruszać się jedynie wzdłuż brany, niezdolne do przeskoczenia przez drobną lukę między zgiętymi powierzchniami. Ale grawitacja bez trudu ślizgała się przez wieloświat, przenosząc wieści z brany do brany. Gwiazdy, galaktyki i skupiska galaktyk w branie cieni rzucały cień grawitacyjny na nasz lokalny wszechświat, wpływając na ruch naszych gwiazd i galaktyk. Na tej samej zasadzie grawitacja wytworzona przez materię w naszej części brany przeciekała przez wieloświat do królestwa cieni.
Cienie były sprytne i postanowiły nawiązać łączność przez wieloświat, wykorzystując grawitację jako nośnik sygnału.
Było tysiąc sposobów, tego dokonać. Szczegóły nie miały znaczenia. Mogły manipulować orbitami pary zdegenerowanych gwiazd i wywoływać zmarszczki fal grawitacyjnych albo wytwarzać miniaturowe czarne dziury. Najważniejsze było to, że dokonanie tego okazało się możliwe. I że ktoś był zdolny odebrać sygnały po tej stronie wieloświata.
Na przykład ktoś taki jak czmychacze.
Quaiche zaśmiał się sam do siebie. Herezja miała swój ohydny sens. Ale z drugiej strony, czego mógł się spodziewać? Czyż tam, gdzie występuje Boże dzieło, nie pojawia się także dzieło szatana wciskającego się w plany Stwórcy próbującego ubrać to, co cudowne, w szaty przyziemnego?
— Quaiche? — zapytał skafander. — Jesteś tam?
— Wciąż tu jestem — odparł — ale was nie słucham. Nie wierzę w to, co mówicie.
— Jeśli ty nie uwierzysz, uwierzy ktoś inny.
Wyciągnął palec w stronę skafandra ornamentowanego, jego dłoń o kościstych palcach unosiła się w jego peryferyjnym widzeniu niczym jakieś oddzielne widziadło.
— Nie pozwolę, byście zatruli kogokolwiek swymi kłamstwami.
— Chyba że będą mieli coś, czego bardzo potrzebujesz — stwierdził skafander. — Wtedy oczywiście możesz zmienić zdanie.