Dłoń mu zadrżała. Nagle poczuł zimno. Był w obecności zła. A ono wiedziało więcej o jego planach, niż miało prawo wiedzieć.
Nacisnął kontrolkę interkomu na kanapie.
— Grelier — warknął. — Grelier, chodź tu w tej chwili. Potrzebuję nowej krwi.
DWADZIEŚCIA SZEŚĆ
Następnego dnia Rashmika po raz pierwszy ujrzała most.
Nie było żadnych fanfar. Zobaczyła go z wnętrza karawany, z przedniego pokładu obserwacyjnego jednego z dwóch wagonów prowadzących. Po incydencie ze zwierciadłolicym Obserwatorem zrezygnowała z dalszych wycieczek na dach.
Ostrzeżono ją, że znajdują się teraz bardzo blisko krawędzi szczeliny, ale krajobraz od wielu kilometrów pozostawał niezmienny. Karawana — dłuższa obecnie niż kiedykolwiek, gdyż po drodze przyłączyło się kilka dodatkowych sekcji — poruszała się dostojnie krętym kanionem o pionowych lodowych ścianach. Od czasu do czasu machiny tarły o niebiesko żyłkowane ściany kanionu, dwukrotnie wyższe niż najwyższy pojazd w procesji, i odkruszały tony lodu. Piesza podróż do równika zawsze była niebezpieczna, ale teraz, kiedy piesi musieli poruszać się tym samym ciasnym wąwozem co karawana, taki spacer musiał naprawdę przerażać. Karawana nie mogła omijać pieszych, więc musiała przejeżdżać nad nimi. Trzeba więc było uważać, by nie znaleźć się bezpośrednio pod kołami, gąsienicami czy ciężko stąpającymi mechanicznymi stopami. Pieszych miażdżyły również, prócz przejeżdżających maszyn, spadające bryły lodu. Rashmika obserwowała z mieszanym uczuciem grozy i współczucia, jak kolejne grupy pielgrzymów znikają pod ogromnym kadłubem karawany, i nie wiadomo było, czy bezpiecznie wynurzą się po drugiej stronie. Wątpiła, by karawana zatrzymała się w razie jakiegoś wypadku.
W pewnym momencie kanion łagodnie skręcał w prawo i z przodu nic nie było widać. Potem — tak nagle, że aż zapierało dech — wszelki krajobraz znikał. Rashmika nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo przyzwyczaiła się do widoku ciągnących się w dal białych urwisk. Teraz widoczny obszar się zmniejszył. Smoliście czarne niebo opadło — niczym kurtyna, której splątany dolny kraniec właśnie rozwinął się na pełną długość — i żarłocznie wgryzło się w ziemię.
Droga wynurzyła się z kanionu i biegła półką na jednej ze ścian Rozpadliny Ginnungagap. Po lewej stronie pionowa ściana wznosiła się wyżej, po prawej stronie zupełnie niczego nie było. Na drodze mieścił się akurat orszak o szerokości dwóch wagonów — jego prawą stronę dzieliło od przepaści nie więcej niż dwa, trzy metry. Rashmika obejrzała się na wyciągniętą, pstrą karawanę — po raz pierwszy widoczne były wszystkie koła, gąsienice, płyty pełzaczy, poruszane tłokami kończyny i zginające się segmenty pancerzy. Wszystkie pojazdy z wdziękiem wybierały drogę. Na całej długości karawany indywidualni mistrzowie jak szaleni korygowali kierunki ruchu, balansując między rozbiciem o ścianę po lewej i spadnięciem w przepaść po prawej. Nie mogli zwolnić, bo cały sens pojechania tym skrótem polegał na nadrobieniu cennego straconego czasu. Rashmika zastanawiała się, co by się stało z resztą karawany, gdyby jeden z wagonów zleciał w dół. Widziała łącza między pojazdami karawany, ale nie wiedziała, jak bardzo są wytrzymałe. Czy jedna machina pociągnęłaby za sobą całość, czy spadłaby samotnie, pozostawiając innym członkom procesji zamknięcie powstałej luki? Czy był jakiś koszmarny protokół postępowania w takich sytuacjach — może przewidywał wcześniejsze osłabienie połączeń?
Cóż, ona była na przodzie. Jeśli gdzieś było bezpiecznie, to na pewno w obu pierwszych wagonach karawany, gdzie nawigatorzy mieli najlepszy ogląd terenu.
Po kilku minutach, kiedy nie wydarzyła się żadna katastrofa, dziewczyna odprężyła się i po raz pierwszy mogła poświęcić uwagę majaczącemu od pewnego czasu w oddali mostowi.
Karawana posuwała się na południe, ku równikowi, wzdłuż wschodniej ściany Rozpadliny Ginnungagap. Do mostu pozostał jeszcze kawałek drogi. Może to kwestia wyobraźni, ale Rashmice wydawało się, że ciągnąca się w dal wysoka ściana rozpadliny odwzorowuje krzywiznę świata — zdawała się wyginać łagodnym łukiem niczym tor jakiegoś satelity. Trudno było w tej chwili ocenić odległość do mostu czy szerokość rozpadliny. Zwykłe prawa perspektywy po prostu nie miały tu zastosowania: brak było punktów odniesienia dla wzroku, żadnych pośrednich obiektów, tóre dawałyby poczucie zmniejszającej się skali, żadnego zamazywania się szczegółów czy blaknięcia kolorów powodowanych obecnością atmosfery.
Rashmika oceniała odległość do mostu w linii prostej na jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt kilometrów — ponad dwie setne obwodu Heli — ale droga po półce była dość kręta, zanim więc dotrą do wschodniego wjazdu na most, będą musieli jeszcze przebyć może całe sto kilometrów.
Most całkowicie odpowiadał jej wyobrażeniom. Wszyscy mówili, że żadne fotografie nie oddają nawet w przybliżeniu prawdziwej natury tej konstrukcji. Rashmika zawsze w to wątpiła, ale teraz przekonała się, że ta powszechna opinia jest zgodna z rzeczywistością: aby most należycie ocenić, trzeba było go zobaczyć.
Rashmika wiedziała, że ludzi najbardziej niepokoi zwykłość tej budowli. Jeśli pominąć jego ogrom i zastosowane do budowy materiały, most wyglądał jak coś przeniesionego z kart historii ludzkości, jak obiekt zbudowany na Ziemi w epoce żelaza i stali. Był olbrzymi i sprawiał wrażenie wydmuchanego ze szkła lub wyrzeźbionego w cukrze.
Most łączący oba brzegi rozpadliny miał kształt bardzo łagodnego łuku z najwyższym punktem pośrodku. Nie miał żadnych nadbudówek ani poręczy. Ze swego punktu obserwacyjnego Rashmika widziała drogę jako cienką niczym rapier świetlną linię. W niektórych miejscach wydawała się złamana, ale tylko do chwili, gdy poruszyła lekko głową i oświetlenie się zmieniło. Most miał tylko jedno przęsło, na którego końcach widać było delikatną siateczkę filigranowych słupków podpierających. Słupki tworzyły absurdalne spirale i zawijasy, które łapały światło i odrzucały je z powrotem w kierunku dziewczyny, lecz nie w bieli i srebrze, a w pryzmatycznym migotaniu tęczowych odcieni. Każde poruszenie głową powodowało, że kolory tworzyły nowe, wspaniałe konfiguracje.
Most zdawał się tak ulotny, że można byłoby go zdmuchnąć jednym nieuważnym westchnieniem.
A jednak naprawdę mieli zamiar przeprawić się po nim.
Vasko umył się, zjadł śniadanie i poszedł się zameldować na służbie w najbliższym ośrodku Ekspozytury Bezpieczeństwa. Spał niewiele więcej niż cztery godziny — w dalszym ciągu odczuwał ożywienie z poprzedniego wieczoru, choć nieco słabiej. Pierwszy Obóz wydawał się spokojny; ulice zaśmiecał gruz, tu i ówdzie dymiły resztki pożarów, niektóre budynki wyglądały na uszkodzone, ale tłum przewalających się tu wczoraj ludzi zniknął. Może mimo wszystko posłuchali oświadczenia Scorpia i powrócili do domów, pojąwszy, jak nieprzyjemnie będzie na „Nostalgii za Nieskończonością”.
Vasko uświadomił sobie swą pomyłkę natychmiast, gdy skręcił w ulicę przy kompleksie Sił Bezpieczeństwa. Olbrzymi szary tłum cisnął się przed budynkiem, setki zgniecionych razem ludzi z dobytkiem u stóp. Kilkunastu strażników SB pilnowało porządku. Stali na ogrodzonych platformach i demonstrowali swoje uzbrojenie, ale nie kierowali broń bezpośrednio w tłum. Inni funkcjonariusze Bezpieczeństwa i nieuzbrojeni urzędnicy administracji zasiadali za stołami ustawionymi przed piętrowym konchowym budynkiem. Przeglądano i stemplowano papiery, rzeczy osobiste ważono i naklejano na nich etykiety. Większość tłumu najwidoczniej uznała, że nie poczeka, tak jak sugerował rząd; byli tutaj teraz, gotowi do wyruszenia, i wydawało się, że raczej nie zmienią swej decyzji.