Vasko przedzierał się przez tłum, starając się jak najmniej rozpychać i poszturchiwać innych. Nie dostrzegał nigdzie Urton, ale to nie był ośrodek, do którego ją przydzielono. Zatrzymał się przy jednym ze stołów i poczekał, aż siedzący za nim urzędnik skończy załatwiać jakiegoś uchodźcę.
— Czy nadal planuje się wylot w południe? — spytał cicho.
— Wcześniej — odpowiedział mężczyzna, ściszając głos. — Zwiększono tempo. Chodzą pogłoski, że będziemy jeszcze mieli z tym problemy.
— Statek w żaden sposób wszystkich nas nie pomieści — oznajmił Vasko. — Nie w tej chwili. Ułożenie nas do kaset snu potrwa miesiące.
— Powiedz o tym świni — odpowiedział mężczyzna i powrócił do pracy, stemplując kartkę papieru, niemal na nią nie spojrzawszy.
Vasko poczuł nagle ciepło na karku. Podniósł wzrok i zmrużył oczy przed blaskiem maszyny — samolotu czy promu — szybującej nad placem. Spodziewał się, że pojazd zwolni i wyląduje, ale maszyna zawróciła i skierowała się ku iglicy z dala od brzegu. Sunęła pod chmurami jak poszarpany płatek dziennego światła.
— Widzisz, już ich wywożą — powiedział mężczyzna. — Tak jakby to miało uspokoić wszystkich pozostałych.
— Jestem przekonany, że Scorpio wie, co robi — odparł Vasko i odwrócił się, zanim jego rozmówca zdążył odpowiedzieć.
Przepchnął się przez resztę tłumu i wszedł do konchowego budynku. Wewnątrz sytuacja przedstawiała się podobnie: wszędzie ściśnięci ludzie trzymający w górze papiery i dobytek, płaczące dzieci. Z minuty na minutę czuł się coraz bardziej przerażony.
Przeszedł do części budynku przeznaczonego dla personelu SB. W małym owalnym pokoju, gdzie zwykle otrzymywał zadania, wokół niskiego stołu siedziała trójka ludzi, pijąc herbatę z wodorostów. Znał ich wszystkich.
— Malinin — powiedziała Gunderson, młoda kobieta z krótkmi ryżymi włosami. — Czemu zawdzięczamy pańską wizytę?
Jej ton głosu mu się nie spodobał.
— Przyszedłem, by wyznaczono mi obowiązki — oznajmił.
— Nie przypuszczałam, że w tych dniach zadajesz się z takimi jak my — powiedziała szyderczo.
Sięgnął przez pijących herbatę, by zerwać ze ściany kartkę z listą zadań.
— Zadaję się z tymi, z którymi mi się podoba — odparł. Drugi z trójki, świnia o imieniu Flenser, powiedział:
— Słyszeliśmy, że prawdopodobnie będziesz się kręcił przy sztywniakach z administracji.
Vasko spojrzał na wykaz. Nie widział swego nazwiska przy żadnym z zadań.
— Na przykład takich jak Scorpio?
— Założę się, że wiesz znacznie lepiej od nas, co się dzieje — stwierdziła Gunderson. — Prawda?
— Gdyby tak było, na pewno nie mógłbym o tym mówić — Vasko przypiął kartkę z powrotem do ściany. — Ale tak naprawdę wiem niedużo.
— Kłamiesz — oznajmił trzeci z trójki, mężczyzna o nazwisku Cory. — Jeśli chcesz się wspiąć po tej drabinie, Malinin, musisz nauczyć się lepiej kłamać.
— Dziękuję za radę, ale nauka, jak najlepiej służyć tej kolonii, zadowoli mnie — odpowiedział z uśmiechem.
— Chcesz wiedzieć, dokąd masz iść? — spytała Gunderson.
— To byłoby pomocne.
— Kazali nam przekazać ci wiadomość. Jesteś oczekiwany o ósmej w Wysokiej Konsze.
— Dziękuję. Bardzo mi pomogliście. I odwrócił się, by wyjść.
— Pieprzyć cię, Malinin — powiedziała do jego pleców. — Myślisz, że jesteś od nas lepszy?
— Wcale nie — odpowiedział, zaskoczony własnym spokojem. Odwrócił się, by spojrzeć jej w twarz. — Myślę, że mam przeciętne zdolności. Po prostu czuję się zobowiązany do służenia Araratowi najlepiej, jak na to pozwalają moje możliwości. Byłbym zdumiony, gdybyście wy czuli inaczej.
— Myślisz, że teraz, kiedy Clavain wypadł z gry, dojdziesz na sam szczyt?
Spojrzał na Gunderson z niekłamanym zdziwieniem.
— Na tę akurat myśl nigdy nie wpadłem.
— Cóż, to dobrze, ponieważ gdybyś tego chciał, popełniłbyś poważny błąd. Nie nadajesz się do tego, Malinin. Nikt z nas do tego się nie nadaje, ale ty szczególnie się nie nadajesz.
— Tak? A czegóż to mi tak bardzo brakuje?
— Jaj, by przeciwstawić się świni — odpowiedziała, jakby była to rzecz oczywista dla wszystkich obecnych.
W Wysokiej Konsze Antoinette Bax siedziała przy stole z kompnotesem otwartym na kolanach. Przyszło już kilkoro innych starszych kolonii, a teraz, pusząc się niczym telewizyjny zapaśnik, wszedł Blood.
— Lepiej, by to spotkanie zwołano z ważnych powodów — oświadczył. — Mam kupę naprawdę pilnych spraw do załatwienia.
— Gdzie Scorpio? — spytała Antoinette.
— W szpitalu, sprawdza, jak się czują matka i córka. Postara się tu przyjść najwcześniej jak zdoła — wyjaśnił Blood.
— A Malinin?
— Kazałem komuś przekazać mu wiadomość. W końcu tu dotrze.
Blood opadł na fotel. Odruchowo wyjął nóż i zaczął skrobać ostrzem po podbródku, wydając przy tym cienki owadzi dźwięk.
— Cóż, mamy problem — oznajmiła Antoinette. — Przez ostatnie sześć godzin potok neutrino ze statku niemal się potroił. Jeśli wzrośnie o następne dziesięć czy piętnaście procent, statek będzie musiał startować.
— Materia wylotowa jeszcze się nie pojawiła? — spytała Cruz.
— Nie — odparła Antoinette. — Bardzo mnie niepokoi, co się stanie, kiedy napęd zacznie pracować. Kiedy statek lądował, nad zatoką nikt nie mieszkał. Musimy poważnie pomyśleć o ewakuacji w głąb lądu. Proponowałbym przeniesienie wszystkich na oddalone wyspy, ale wiem, że przy obecnym obciążeniu samolotów i promów jest to niemożliwe.
— Taa, snuj dalej marzenia — powiedział Blood.
— Mimo to musimy coś zrobić. Kiedy kapitan postanowi wy startować, będziemy mieli fale przypływowe, chmury przegrzanej pary, hałas tak wielki, że w promieniu setek kilometrów ogłuszy wszystkich, no i wszelkie rodzaje szkodliwego promieniowania… Podsumowując, nie będzie to środowisko, w którym ktoś chciałby się znaleźć, chyba że w skafandrze kosmicznym.
Blood ukrył twarz za zasłoną ze swych krótkich palców świni. Antoinette widziała, że Scorpio robi coś podobnego w obliczu napierającego ze wszystkich stron kryzysu. Kiedy Clavain odszedł, a Scorpia nie było, na Bloodzie spoczęła odpowiedzialność, której zawsze łaknął. Antoinette wątpiła, czy to poczucie satysfakcji z dowodzenia potrwa dłużej niż pięć minut.
— Nie mogę ewakuować miasta — oznajmił po chwili.
— Nie masz wyboru — upierała się Antoinette.
Blood opuścił dłonie i dźgnął palcem w kierunku okna.
— To nasz cholerny statek. Nie powinniśmy spekulować, co ma zamiar zrobić. Powinniśmy wydawać mu rozkazy, kiedy nam to odpowiada.
— Przykro mi, Blood, ale to nie działa w ten sposób — odparła Antoinette.
— Wybuchnie panika — dodała Cruz. — Gorsza, niż kiedykolwiek widzieliśmy. Wszystkie stacje przetwórcze będą musiały być pozamykane i przeniesione. Opóźni to transport uchodźców do „Nieskończoności” przynajmniej o dzień. I gdzie ci ewakuowani ludzie będą dziś spali? W głębi lądu nie ma dla nich nic prócz kupy skał. Przed świtem setki wymrą z wyziębienia.
— Nie znam wszystkich odpowiedzi — powiedziała Antoinette. — Wskazuję tylko na trudności.
— Musi być jakieś wyjście. Cholera, powinniśmy byli coś za planować na taką ewentualność jak ta.