Выбрать главу

— „Powinniśmy byli” teraz się nie liczy — odparła Antoinette. Ojciec zawsze jej to powtarzał. Ogromnie ją to drażniło i z kon sternacją stwierdziła, że machinalnie powtarza jego słowa.

— Pellerin, a co z interwencją oddziału pływaków? — spytał Blood. — Ararat chyba jest po naszej stronie, inaczej nie stworzyłby kanału, by łodzie mogły dopłynąć do statku. Możesz coś zaproponować?

Pellerin pokręciła głową.

— Przykro mi. Nie teraz. Jeśli Żonglerzy wykażą oznaki po wrotu do normalnej aktywności, chyba będziemy mogli pozwolić na pływanie zwiadowcze, ale nie wcześniej. Nie wyślę nikogo na śmierć, kiedy szanse na pozytywny wynik interwencji są tak małe.

— Rozumiem — odparł świnia.

— Chwileczkę — wtrąciła się Cruz. — Jeśli obecność w pobliżu statku podczas startu będzie tak niebezpieczna, może powinniśmy przyspieszyć przewóz ludzi na statek.

— Już ich przewozimy najszybciej jak możemy — zauważył Blood.

— Więc odrzućmy biurokrację — zaproponowała Antoinette. — Po prostu ich przewieźmy, a o szczegóły będziemy się martwić później. I niech to nam nie zabiera całego dnia. Możemy nie mieć już tyle czasu. Cholera, ile bym teraz dała za „Burzyka”!

— Może coś możesz dla nas zrobić — powiedziała Cruz, patrząc jej w oczy.

Antoinette spojrzała na jednooką kobietę.

— Mianowicie?

— Wróć na pokład „Nieskończoności”. Przemów kapitanowi do rozsądku. Powiadom go, że potrzebujemy nieco czasu.

Antoinette nie podobała się ta propozycja. Prawdę mówiąc, od czasu rozmowy z kapitanem bała się go bardziej niż przedtem; myśl o ponownym jego wezwaniu przerażała ją.

— Może nie chcieć ze mną rozmawiać. A nawet jeśli zechce, może nie mieć ochoty na słuchanie tego, co mam do powiedzenia.

— A nuż zyskasz dla nas trochę czasu — upierała się Cruz. — Według mnie to i tak lepsze niż nic.

— Chyba tak — przyznała z niechęcią Antoinette.

— Więc możesz spróbować. Jeśli chodzi o transport na statek, dzięki przywilejom administratora możesz być na pokładzie za pół godziny.

Tak, jakby chciała jej dodać tym otuchy.

Antoinette gapiła się na swe palce, na metalowe zawijasy domowych wyrobów jubilerskich i miała nadzieję, że uwolnią ją od tego obowiązku. Do pomieszczenia wszedł Vasko Malinin, zarumieniony, z włosami połyskującymi od deszczu lub potu. Antoinette pomyślała, że wśród tych wszystkich seniorów wygląda okropnie młodo; obciążanie go takimi sprawami wydawało się nie fair. Młodzi nadal mieli prawo wierzyć, że problemy świata zawsze mają jasne rozwiązania.

— Siadaj — zaproponował Blood. — Czego się napijesz: kawy, herbaty?

— Miałem kłopoty z wzięciem rozkazów na posterunku — wyjaśnił Vasko. — Tłumy bardzo zgęstniały. Kiedy zobaczyli mój mundur, nie chcieli mnie przepuścić. Żądali, bym obiecał im miejsca na tych promach.

Świnia bawił się swym nożem.

— Mam nadzieję, że tego nie zrobiłeś.

— Oczywiście, że nie, ale chciałbym wierzyć, że wszyscy rozumieją wagę problemu.

— Mamy ogólne pojęcie, dzięki — odparła Antoinette. Potem wstała i obciągnęła dół swej eleganckiej bluzki.

— Dokąd pani idzie? — spytał Vasko.

— Pogawędzić z kapitanem — wyjaśniła.

* * *

W innej części Wysokiej Konchy, kilka pięter poniżej, mieścił się — pracowicie, powoli i z wielkim nakładem energii wyżłobiony w materii konchy — ciąg częściowo połączonych muszelkowych izb. Pomieszczenia te spełniały obecnie rolę sal szpitalnych Pierwszego Obozu, gdzie obywatele otrzymywali proste usługi medyczne, które mogła im zapewnić administracja.

Dwa zielone serwitory doktora odsunęły się na bok, aby przepuścić Scorpia, poszczekując wrzecionowatymi, wieloczłonowymi kończynami. Scorpio podszedł do stojącego pośrodku pokoju łóżka. Po jednej jego stronie stał inkubator, po drugiej krzesło. Na krześle siedział Valensin.

Na widok Scorpia wstał, odkładając kompnotes.

— Jak ona się ma? — spytał świnia.

— Matka czy córka?

— Nie bądź takim mądralą, doktorze, nie jestem w nastroju.

— Matka ma się dobrze. Oczywiście, jeśli nie liczyć normalnych skutków ubocznych stresu i zmęczenia. — Przefiltrowane mlecznoszare światło dnia wpadało do pokoju przez wysoką szczelinę okienną, która w istocie była niezamalowaną częścią konchy, i odbijało się jasno od szkieł romboidalnych okularów Valensina. — Nie potrzebuje jakiejś szczególnej opieki. Musi tylko przez pewien czas odpocząć.

— A Aura?

— Dziecko ma się tak, jak należało się spodziewać.

Scorpio spojrzał na istotkę w inkubatorze. Była zadziwiająco pokurczona i czerwona. Drżała, jakby nie mogła zaczerpnąć powietrza.

— Niewiele mi to mówi.

— Więc powiem to wyraźnie — oświadczył Valensin. Zaczesane do tyłu włosy lekarza błyszczały kobaltowym błękitem. — Dziecko przeszło cztery procedury, które mogły spowodować uraz. Pierwszą było umieszczenie przez Remontoire’a hybrydowskich implantów, by pozwolić dziecku na łączność ze swoją biologiczną matką. Potem dziecko zostało chirurgicznie usunięte z matczynej macicy. Później zostało umieszczone w ciele Skade, a w końcu wyrwano je z jej ciała w pozostawiających wiele do życzenia warunkach polowych.

Scorpio uznał, że Valensin zna już całą historię o tym, co zdarzyło się wewnątrz góry lodowej.

— Uwierz mi na słowo: nie było wielkiego wyboru. Valensin splótł palce.

— Cóż, dziecko odpoczywa. To dobrze. I nie widać na razie żadnych komplikacji. Ale na dalszą metę? Któż to może przewidzieć? Jeśli Khouri mówi prawdę, dziecko nigdy nie miało rozwijać się normalnie. — Valensin znowu opuścił się na krzesło. Zgiął nogi jak długie szczudła na zawiasach, kant jego spodni był ostry jak brzytwa. — A propos, Khouri ma prośbę. Pomyślałem sobie, że lepiej będzie, jeśli wcześniej cię o tym zawiadomię.

— Mów.

— Chce, żeby dziewczynkę włożono z powrotem do jej macicy. Scorpio znowu spojrzał na inkubator z dzieckiem wewnątrz.

Była to większa, bardziej zaawansowana wersja przenośnej jednostki, którą wzięli na górę lodową. Inkubatory uważano na Araracie za jedne z najbardziej cennych obiektów technicznych i konserwowano je z ogromną starannością.

— Czy to wykonalne? — zapytał.

— W zwykłych warunkach nigdy bym takiej rzeczy nawet nie rozważał.

— To nie są zwykłe warunki.

— Wkładanie dziecka na powrót do łona matki to nie wkładanie bochenka chleba do pieca — stwierdził Valensin. — Wymagałoby to finezyjnej mikrochirurgii, dostrojenia hormonalnego, całej masy złożonych procedur.

— Ale to wykonalne?

— Tak, jeśli matka ogromnie tego pragnie.

— Jednak ryzykowne?

Valensin przytaknął po chwili, jak gdyby dotychczas myślał jedynie o trudnościach technicznych, a nie o ryzyku.

— Tak. Zarówno dla matki, jak i dla dziecka.

— Więc tego nie zrobimy.

— Mówisz o tym z wielką pewnością.

— To dziecko kosztowało życie mego przyjaciela. Teraz, kiedy je odzyskaliśmy, nie zamierzam go stracić.

— W takim razie mam nadzieję, że to właśnie ty przekażesz matce tę wiadomość.

— Zrobię to.

— Bardzo dobrze. — Scorpiowi wydawało się, że w głosie lekarza dźwięczy rozczarowanie. — Jeszcze jedno: znowu wymówiła to słowo we śnie.

— Jakie słowo?

— „Helia” — odparł Valensin. — Czy jakoś podobnie.