Zaczerwieniła się.
— Chociaż nie mogłeś wiedzieć, kim jestem.
— Nie wiedziałem. Ale kiedy znowu weszłaś na górę, pomyślałem: „To z pewnością osoba myśląca bardzo niezależnie”. Podczas całego mojego tam pobytu nikt inny nie wychodził na dach. A kiedy niemal uległaś wypadkowi… cóż, wtedy zobaczyłem twą twarz. Niewyraźnie, lecz wystarczająco, by cię rozpoznać przy powtórnym spotkaniu. — Przerwał i przez chwilę obserwował poruszający się krajobraz. — Miałem wątpliwości, nawet gdy zobaczyłem cię tutaj. Lecz kiedy ujrzałem błyski, wiedziałem, że muszę zaryzykować. Cieszę się, że to zrobiłem. Wydajesz się miła, a teraz przyznałaś, że jesteś tą samą osobą, której pomogłem na dachu. Czy mogę zapytać cię o imię?
— Pod warunkiem, że powiesz mi swoje.
— Pietr — powiedział. — Pietr Vale. Jestem ze Skały Czaszek na obniżeniu Hyrrokkin.
— Rashmika Els — powiedziała ostrożnie. — Z Wysokiego Rumowiska na jałowych wyżynach Vigrid.
— Wydawało mi się, że rozpoznaję akcent. Skała Czaszek to chyba już nie są jałowe wyżyny, ale nie pochodzimy z miejsc tak bardzo od siebie oddalonych, prawda?
Rashmika była w rozterce: okazać uprzejmość czy wrogość?
— Sądzę, że dzieli nas znacznie więcej, niż ci się wydaje.
— Czemu to mówisz? Obydwoje udajemy się na południe, prawda? Obydwoje wsiedliśmy do karawany zmierzającej ku Drodze. Jak bardzo możemy się różnić?
— Bardzo — odparła Rashmika. — Nie jestem na pielgrzymce. Prowadzę… śledztwo.
Uśmiechnął się.
— Nazywaj to jak chcesz.
— Jestem tutaj w sprawie osobistej. Osobistej i świeckiej. W sprawie, która nie ma nic wspólnego z twoją religią — któ rej, nawiasem mówiąc, nie wyznaję — ale ma ogromnie wiele wspólnego z dobrem i złem.
— Miałem słuszność. Naprawdę jesteś osobą poważną i zdeterminowaną.
Nie podobało jej się to stwierdzenie.
— Czy nie powinieneś już wracać do przyjaciół?
— Nie pozwolą mi wrócić — oznajmił. — Mogli tolerować chwilę nieuwagi; mogliby mi nawet wybaczyć potknięcie takie jak to, o którym opowiedziałem. Ale kiedy się ich opuści, to koniec. Jesteś zatruty. Nie ma powrotu.
— Dlaczego ich opuściłeś?
— Z twojego powodu, jak już mówiłem. Ponieważ twój widok zrodził we mnie wątpliwości. Nie sądzę, by moja wiara była silna, gdyż w takim przypadku w ogóle nie zwróciłbym na ciebie uwagi. Ale za drugim razem, kiedy omal nie spadłaś, już wątpiłem, czy mam wystarczające przekonanie, by to kontynuować. — W tym momencie Rashmika zaczęła coś mówić, ale chłopak podniósł dłoń i ciągnął dalej. — Nie powinnaś siebie obwiniać. Tak na prawdę tam na górze mógłby być ktokolwiek. Moja wiara nigdy nie była tak silna jak wiara innych. I kiedy myślałem o tym, co jest przede mną, do czego się przygotowuję, wiedziałem, że nie mam w sobie siły, by przez to przejść.
Wiedziała, co ma na myśli. Rygory tej części pielgrzymki były niczym w porównaniu z tym, co go czekało, gdyby Pietr dotarł do katedry, która była celem jego podróży. Tam jego wiara zostałaby nieodwracalnie umocniona środkami chemicznymi. Jako Obserwator zostałby chirurgicznie i neurologicznie zaadaptowany do bycia świadkiem Haldory w każdej chwili swojej egzystencji, bez żadnego snu, chwili nieuwagi czy wytchnienia. Tylko niema obserwacja, aż do śmierci.
— Ja również nie miałabym na to siły — oznajmiła. — Nawet, gdybym wierzyła.
— Dlaczego nie wierzysz?
— Ponieważ wierzę w racjonalne wyjaśnienia. Nie wierzę, że planety po prostu przestają istnieć bez przyczyny.
— Ależ jest przyczyna. Najlepsza z możliwych.
— Dzieło Boga?
Pietr skinął głową. Zafascynowana, obserwowała poruszanie się jego jabłka Adama wypychającego górną krawędź kołnierzyka.
— Jakie lepsze wyjaśnienie jest ci potrzebne?
— Ale dlaczego tutaj, dlaczego teraz?
— Ponieważ mamy Czasy Końca — wyjaśnił Pietr. — Mieliśmy ludzką wojnę i ludzkie zarazy. Potem mieliśmy dziwniejsze zarazy i sprawozdania z jeszcze dziwniejszych wojen. Czy nie zastanawiasz się, skąd pochodzą ci wszyscy uchodźcy? Czy nie zastanawiasz się, dlaczego ze wszystkich możliwych miejsc wybrali właśnie to? Wiedzą, że to jest miejsce, gdzie to się zacznie. To jest miejsce, gdzie to się wydarzy.
— Powiedziałeś, że nie jesteś wierzący.
— Powiedziałem, że nie jestem pewien siły mej wiary. To nie zupełnie to samo.
— Myślę, że gdyby Bóg chciał coś wyrazić, znalazłby lepszy sposób niż losowe znikanie planety — gazowego giganta o wiele lat świetlnych od Ziemi.
— Ależ znikanie nie jest losowe — odparł Pietr. — Tak wszyscy myślą, ale to nieprawda. Kościoły wiedzą o tym, a ci, którzy poświęcili czas na studiowanie zapisów, również to wiedzą.
Teraz już wbrew sobie poczuła, że chce usłyszeć, co ten mężczyzna ma do powiedzenia. Pietr miał rację: kościoły zawsze mówiły o znikaniu Haldory, jakby to były wydarzenia losowe, poddane niezbadanemu boskiemu planowaniu. To godne pożałowania, że zawsze przyjmowała tę informację za dobrą monetę, nigdy jej nie kwestionując. Nigdy nie pomyślała, że prawda może okazać się bardziej złożona. Była zbyt zajęta swymi akademickimi studiami nad czmychaczami, by mieć szerszą perspektywę.
— Jeśli nie znika losowo — zapytała — to jak?
— Nie wiem, jak byś to nazwała, gdybyś była matematykiem lub uczoną. Ja nie jestem uczonym ani matematykiem. Wiem tylko to, co powiedzieli mi tacy ludzie. To prawda, że nie można przepowiedzieć, kiedy nastąpi zniknięcie. W tym sensie zniknięcia są losowe. Ale średni odstęp między zniknięciami stale się skraca od chwili, kiedy Quaiche zobaczył pierwsze z nich. Po prostu do niedawna nikt tego jasno nie dostrzegał. Teraz trudno tego nie zauważyć, jeśli przestudiować świadectwa.
Po karku Rashmiki przebiegł dreszcz.
— Więc pokaż mi świadectwa. Chcę je widzieć. Karawana ostro skręciła, wjechawszy do następnego tunelu przebitego w ścianie klifu.
— Mogę pokazać ci świadectwa — odparł — ale czy to jest do wód, to zupełnie inna sprawa.
— Nie rozumiem cię, Pietr.
Karawana żłobiła drogę przez wąski tunel. Rashmika słyszała uderzenia zrywanego ze stropu materiału — kamienie i lód waliły po dachu. Pomyślała o Obserwatorach na górze — ciekawe, jak to wygląda z ich punktu widzenia.
— Dotrzemy do mostu za cztery czy pięć godzin — zapowie dział. — Kiedy będziemy w jego połowie, spotkaj się ze mną na dachu, tam, gdzie byliśmy wcześniej. Będę miał do pokazania coś interesującego.
— Czemu miałabym chcieć się z tobą spotykać na dachu, Pietr? Czy mogę ci zaufać?
— Oczywiście — odpowiedział.
Ale przyjęła jego słowa jedynie dlatego, że wiedziała, iż wierzy w to, co mówi.
Khouri obudziła się. Kiedy otworzyła oczy, Scorpio był przy niej — siedział na krześle opuszczonym wcześniej przez Valensina. Przeszła następna godzina i przepuścił zebranie w Wysokiej Konsze.
Kobieta mrugnęła i przetarła oczy. Miała usta zapiekłe w białej pozostałości wyschłej śliny.
— Ile czasu byłam nieprzytomna?
— Jest ranek następnego dnia po odzyskaniu Aury. Byłaś nie przytomna przez większość dnia i nocy. Doktor mówi, że to po prostu skutek zmęczenia. Cały czas, kiedy byłaś z nami, musiałaś mobilizować resztki sił.
Khouri odwróciła głowę ku drugiej stronie łóżka.