— Aura?
— Doktor mówi, że z nią wszystko w porządku. Potrzebuje po prostu tak jak ty wypoczynku. Zważywszy na to całe gówno, przez które przeszła, ma się bardzo dobrze.
Khouri zamknęła oczy. Westchnęła. Scorpio zobaczył, jak odpływa z niej napięcie. Wydawało się, że przez cały czas od chwili, gdy wyciągnęli ją z kapsuły, nosiła maskę. Teraz maska została odrzucona.
Znowu otworzyła oczy. Wyglądały jak okna, przez które można zajrzeć do wnętrza młodej kobiety. Przypomniał sobie — wysilając wolę — jaka była Khouri, zanim oba statki rozdzieliły się w układzie Resurgamu. Pół jego życia temu.
— Cieszę się, że jest bezpieczna — powiedziała. — Dzięki za pomoc. I przykro mi z powodu tego, co się stało z Clavainem.
— Mnie też, ale nie było wyboru. Skade miała nas w garści. Zastawiła pułapkę, a my weszliśmy w nią. Kiedy Skade się zorientowała, że nie ma już korzyści z dalszego trzymania Aury, była gotowa nam ją zwrócić. Ale musieliśmy za to zapłacić. Czuła, że Clavain nadal jest jej coś winien.
— Ale to, co mu zrobiła… Scorpio delikatnie dotknął jej głowy.
— Nie myśl o tym teraz. Nie myśl o tym nigdy, jeśli zdołasz.
— Był twoim przyjacielem, prawda?
— Chyba tak. O ile w ogóle miałem przyjaciół.
— Myślę, że miałeś przyjaciół, Scorp. Myślę, że nadal masz przyjaciół. Teraz o dwóch więcej, jeśli ich chcesz.
— Matkę i córkę?
— Obie mamy u ciebie dług.
— Wezmę to pod uwagę.
Zaśmiała się. Dobrze było słyszeć czyjś śmiech. Khouri była ostatnią osobą, po której by się tego spodziewał. Przed podrożą na górę lodową zrobiła na nim wrażenie nawiedzonej monomaniaczki, zesłanej przez niebiosa. Ale teraz zrozumiał, że była tak samo krucha i ludzka jak cała reszta. Jeśli oczywiście przymiotnik „ludzki” może odnosić się do świni.
— Można cię o coś zapytać? Jeśli jesteś śpiąca, wrócę za chwilkę.
— Przynieś mi wodę, dobrze?
Przyniósł jej kubek, który wskazała. Wypiła go do połowy, a potem starła biały osad ze zwilżonych warg.
— Wal, Scorpio.
— Masz kontakt z Aurą, prawda? Połączenie mentalne przez implanty, które Remontoire wam obu wszczepił?
— Tak — odparła ostrożnie.
— Czy rozumiesz wszystko, co przez to połączenie przechodzi?
— Co masz na myśli?
— Powiedziałaś, że Aura przemawia przez ciebie. Doskonale, wydaje mi się, że to rozumiem. Ale czy łapiesz niekiedy rzeczy nadane niechcący?
— Jak na przykład?
— Wiesz coś o przeciekach, które mamy z wilczych wojen? O rzeczach, które prześlizgują się przez środki obronne? Czy cza sami otrzymujesz od Aury informacje, które przedostają się przez lukę między wami, ale których nie możesz zinterpretować?
— Nic o tym nie wiem. — Teraz wydawała się mniej szczęśliwa niż przed minutą. Nachmurzyła się. Okna znowu się zatrzasnęły. — Jakiego typu rzeczy miałeś na myśli?
— Nie jestem pewien — odparł. — To po prostu strzał w ciemności. Kiedy wyciągnęliśmy cię z tej kapsuły, Valensin naszpikował cię środkami uspokajającymi, ponieważ nie pozwalałaś nam się zbadać, i uśpił cię na dobre. Ale we śnie ciągle coś powtarzałaś.
— Naprawdę?
— Słowo brzmiało „Hela” czy jakoś podobnie. Wydawało się, że dla ciebie to coś znaczy, ale kiedy cię o to zapytałem, dość przekonująco zaprzeczyłaś. Jestem skłonny ci wierzyć, że to słowo nic dla ciebie nie znaczy. Ale zastanawiam się, czy nie oznacza czegoś dla Aury.
Spojrzała na niego podejrzliwie.
— A dla ciebie coś znaczy?
— Nic o tym nie wiem. Z pewnością nic nie znaczy dla nikogo na Araracie. Ale w szerszym aspekcie ludzkiej kultury? Może oznaczać prawie wszystko. Tam, w kosmosie, jest wiele języków. Mnóstwo ludzi, mnóstwo miejsc.
— Nadal nie mogę ci pomóc.
— Rozumiem. Ale chodzi o to, że kiedy tu siedziałem, czekając, aż się obudzisz, powiedziałaś coś jeszcze.
— Co powiedziałam?
— „Quaiche”.
Podniosła kubek i dopiła wodę.
— Nadal nic mi to nie mówi — oświadczyła.
— Szkoda, miałem nadzieję, że z czymś to sobie skojarzysz.
— Cóż, może to coś znaczy dla Aury. Nie wiem, jestem tylko jej matką. Remontoire nie był cudotwórcą. Połączył nas, ale to nie znaczy, że mam dostęp do wszystkiego, co ona myśli. Zwariowałabym, gdyby tak było. — Khouri umilkła na chwilę. — Macie bazy danych i inne takie rzeczy. Może byś tam sprawdził?
— Zrobię to, jak sprawy trochę się uspokoją. — Scorpio pod niósł się z krzesła. — Jeszcze jedno: wiem, że przekazałaś pewne szczególne życzenie doktorowi Valensinowi.
— Taa, rozmawiałam z doktorem.
Powiedziała to śpiewnym głosem, parodiując jego wcześniejszy ton.
— Rozumiem, dlaczego chcesz, by tak się stało. Szanuję twe życzenie i współczuję ci. Gdyby tylko był bezpieczny sposób…
Zamknęła oczy.
— To moje dziecko. Ukradła mi je. Teraz pragnę ją urodzić w taki sposób, jak to miało się zdarzyć.
— Przykro mi, ale nie mogę na to pozwolić.
— Sprawa nie podlega dyskusji, prawda?
— Obawiam się, że nie.
Nie odpowiedziała, nawet nie odwróciła się od niego, ale wycofała się i opuściła barierę, którą poczuł, nawet jej nie widząc.
Scorpio odwrócił się od łóżka i wyszedł wolno z pokoju. Spodziewał się, że kiedy przekaże jej tę wiadomość, będzie płakała. Jeśli nie będzie płaczu, to histeria, wymysły lub błagania. Ale Khouri pozostała spokojna, cicha, jakby zawsze wiedziała, że tak się stanie. Siła jej godności powodowała, że czuł na karku dreszcz, ale niczego to nie zmieniało.
Aura była dzieckiem. Ale była także jego arsenałem taktycznym.
DWADZIEŚCIA SIEDEM
W głębokich zakamarkach statku Antoinette zatrzymała się.
— John? — powiedziała. — To znowu ja. Zeszłam z tobą porozmawiać.
Antoinette wiedziała, że kapitan jest w pobliżu. Wiedziała, że ją obserwuje, świadomy każdego jej gestu. Kiedy ściana poruszyła się i wybrzuszyła w reliefowy obraz postaci w skafandrze, z trudem powstrzymała się od wzdrygnięcia. Niezupełnie tego oczekiwała, ale nadal była to zjawa.
— Dziękuję — powiedziała. — Dobrze cię znowu widzieć. Postać była raczej koncepcją niż dokładnym szkicem. Obraz migotał, odkształcenie ściany wciąż gwałtownie się zmieniało, łopocząc i falując jak flaga podczas wichury. Kiedy od czasu do czasu obraz się załamywał, zanikając do gruboziarnistej struktury ściany, wyglądało to tak, jakby pokrywały go woalki gonionego wiatrem marsjańskiego piasku.
Postać dała jej znak — podniosła rękę i dotknęła dłonią w rękawicy wąskiej przyłbicy swego hełmu.
Antoinette podniosła rękę w pozdrowieniu, ale postać na ścianie tylko powtórzyła gest, tym razem z większym naciskiem.
Wtedy przypomniała sobie o okularach, które dał jej kapitan. Wyciągnęła je z kieszeni i założyła. Znowu widok przez gogle był zsyntetyzowany, ale teraz — przynajmniej na razie — nic nie zostało usunięte z jej pola widzenia. To dodało jej otuchy. Nie była zadowolona, wiedząc, że wielkie i potencjalnie niebezpieczne elementy z jej otoczenia nie mogły być przez nią odbierane. Szokowało ją, kiedy pomyślała, że przez stulecia ludzie akceptowali takie manipulowanie swoim środowiskiem jako zupełnie normalny aspekt życia i traktowali perceptualną filtrację jako coś nie więcej zadziwiającego niż okulary słoneczne czy nauszniki. Jeszcze bardziej ją szokowało, kiedy pomyślała, że ludzie zezwolili maszynerii, która sterowała tą filtracją, na wpełznięcie do swoich czaszek, co pozwalało jej dokonywać swoich sztuczek w jeszcze mniej zauważalny sposób. Demarchiści — a także Hybrydowcy — byli naprawdę dziwnymi ludźmi. Wiele rzeczy ją zasmucało, ale nie fakt, że urodziła się zbyt późno, by brać udział w podobnych grach modyfikujących rzeczywistość. Lubiła sięgać po coś, o czym wiedziała, że naprawdę jest.