Gogle były złem koniecznym. W domenie kapitana musiała się nagiąć do jego zasad.
Płaskorzeźba zrobiła krok do przodu i wynurzyła się ze ściany; teraz już wyraźnie i w szczegółach uwidocznił się jej kształt. Sprawiało to wrażenie, jakby z burzy piaskowej o bardzo ograniczonym zasięgu wynurzyła się osoba fizyczna.
Antoinette wzdrygnęła się, ponieważ złudzenie obecności było uderzające. Mimowolnie cofnęła się o krok.
Tym razem hełm kosmiczny kapitana, nie tak starodawny, jak go pamiętała z poprzedniej wizyty, pokrywały inne symbole. Skafander, choć starego typu, obejmował ściślej osobę w środku i miał bardziej opływowy pakiet piersiowy. Antoinette nie była ekspertem, ale oceniała, że nowy skafander musi być o pięćdziesiąt parę lat późniejszy od tego, który kapitan miał na sobie poprzednio.
Zastanawiała się, co to wszystko znaczy.
Właśnie chciała cofnąć się o jeszcze jeden krok, kiedy kapitan zatrzymał się i ponownie uspokajającym gestem podniósł dłoń w rękawicy. Potem zaczął manipulować przy swej przyłbicy. Uniósł ją w górę z głośnym sykiem powietrza wyrównującego ciśnienie.
Twarz wewnątrz hełmu stała się natychmiast rozpoznawalna, ale teraz było to oblicze starszego mężczyzny. Pojawiły się nowe zmarszczki, a w kilkudniowym zaroście, który nadal ocieniał mu policzki — siwizna. Otoczone zmarszczkami oczy wydawały się głębiej osadzone. Kształt ust również się zmienił, ich końce opadały w dół.
Głos kapitana, kiedy się odezwał, był zarówno głębszy, jak i bardziej nierówny.
— Nie poddajesz się łatwo, co?
— Na ogół nie. Czy pamiętasz naszą ostatnią pogawędkę, Johnie?
— Właściwie tak. — Wcisnął zestaw kontrolek wbudowanych w górną część pakietu piersiowego, wpisując ciąg poleceń. — Jak dawno to było?
— Czy mogę cię spytać o twoją ocenę, jak dawno to było?
— Możesz.
Czekała. Kapitan patrzył na nią bez wyrazu.
— Jak oceniasz, jak dawno to było?
— Parę miesięcy temu. Kilka statkowych lat. Dwa dni. Trzy minuty, jeden przecinek osiem milisekund. Pięćdziesiąt cztery lata.
— Dwa dni to mniej więcej dobrze — powiedziała.
— Przyjmuję to na słowo. Jak mogłaś się zorientować, moja pamięć nie jest już ostra niczym brzytwa, tak jak kiedyś.
— Jednak pamiętasz, że wcześniej przychodziłam. To się liczy, prawda?
— Jesteś bardzo wyrozumiałą osobą, Antoinette.
— Nie dziwię się, że twoja pamięć gorzej pracuje, Johnie. Mnie wystarczy, że pamiętasz moje imię. Czy pamiętasz jeszcze coś z tego, o czym rozmawialiśmy?
— Podpowiedz.
— Goście, Johnie. Goście w układzie.
— Nadal tu są — oznajmił. Przez chwilę wydawał się znowu zajęty funkcjami swego pakietu piersiowego. Zobaczyła, jak stuka w małą bransoletę kontrolek na swym przegubie, a potem kiwa głową, jak gdyby został usatysfakcjonowany jakąś subtelną zmianą w ustawieniu parametrów skafandra.
— Tak — powiedziała.
— Są coraz bliżej. Prawda?
— Tak sądzimy, Johnie. Khouri nam o tym powiedziała, a wszystko, co dotychczas mówiła, okazywało się prawdą.
— Na waszym miejscu słuchałbym jej.
— Teraz mamy także jej córkę. Jej córka wie różne rzeczy, przy najmniej tak nam powiedziano. Wydaje nam się, że powinniśmy słuchać również tego, co ona każe nam zrobić.
— Clavain was poprowadzi. On, tak samo jak ja, widzi perspektywę historyczną. Obydwaj jesteśmy widmami z przeszłości ciśniętymi w czasy, których żaden z nas nie spodziewał się oglądać.
Antoinette przygryzła dolną wargę.
— Przykro mi, ale mam złe wieści. Clavain nie żyje. Zginął, ratując córkę Khouri. Mamy Scorpia, ale…
Kapitan nie odpowiadał przez długi czas. Antoinette zastanawiała się, czy wiadomość o śmierci Clavaina nie podziałała na niego silniej, niż przewidywała. Nigdy nie myślała, że Clavain i kapitan to pokrewne dusze, ale teraz zrozumiała, że tamta dwójka miała znacznie więcej wspólnego ze sobą niż z pozostałymi.
— Nie macie absolutnego zaufania do przywództwa Scorpia? — spytał wreszcie kapitan.
— Scorpio dobrze nam służył. W czasach kryzysu nie można sobie życzyć lepszego przywódcy. Ale on sam przyznaje, że nie myśli w kategoriach szerszych strategii.
— Znajdźcie więc innego przywódcę.
W tym momencie wydarzyło się coś, co ją zaskoczyło. Nieproszona, pojawiła się wizja — wspomnienie wcześniejszego spotkania w Wysokiej Konsze. Zobaczyła Blooda wkraczającego na początku zebrania, a potem ujrzała Vaska Malinina spóźniającego się na tę samą naradę. Zobaczyła, jak Blood gani go za spóźnienie i jak Vasko zbywa tę reprymendę wzruszeniem ramion. I zobaczyła w retrospektywie, że zaakceptowała niefrasobliwość młodego człowieka jako niezbędny składnik tego, kim jest i kim się stanie, i że ona sama gdzieś w duchu uznała, że ta beztroska jest godna podziwu.
Zobaczyła przeświecający jakiś błysk, jakby stali.
— Nie chodzi tutaj o przywódców — powiedziała pośpiesznie. — Chodzi o ciebie, Johnie. Czy masz zamiar odlecieć?
— Sugerowałaś, bym przemyślał tę sprawę. Przypomniała sobie wzrastający poziom neutrino.
— Chyba nieco wyszedłeś poza fazę przemyśleń.
— Niewykluczone.
— Powinniśmy być ostrożni. Może będziemy musieli nagle wyjść w kosmos, ale trzeba też pomyśleć, jak to wpłynie na tych dokoła nas. Zabranie wszystkich na pokład potrwa całe dnie, nawet gdyby odbywało się to bez żadnych przeszkód.
— Już teraz na pokładzie są tysiące. To nimi przede wszystkim będę musiał się zająć. Przykro mi z powodu pozostałych, ale jeśli nie dostaną się tutaj na czas, będę musiał ich zostawić. Czy wydaje ci się to bezduszne?
— Nie mnie o tym sądzić. Posłuchaj, niektórzy ludzie i tak po stanowią zostać. Możemy ich nawet do tego zachęcać, po prostu na wypadek, gdyby opuszczenie Araratu okazało się pomyłką. Ale jeśli teraz odlecisz, zabijesz wszystkich, którzy nie znaleźli się jeszcze na statku.
— Czy rozpatrzyliście możliwość szybszego przenoszenia ich na statek?
— Robimy, co możemy, i zaczęliśmy planować przeniesienie pewnej liczby ludzi z dala od zatoki. Ale jutro o tej porze będzie przynajmniej sto tysięcy ludzi, których nie przenieśliśmy.
Burza piaskowa znowu przez chwilę przesłoniła kapitana. An — toinette patrzyła na szorstką teksturę ściany, myśląc, że zgubiła obraz, ale wtedy znowu się wyłonił, przygarbiony na wyimaginowanym wietrze.
Podniósł głos, by przekrzyczeć coś, co tylko on sam słyszał.
— Przykro mi, Antoinette. Rozumiem twoją troskę.
— Czy to znaczy, że zastosujesz się do tego, co mówiłam, czy też po prostu bez względu na wszystko odlecisz, kiedy uznasz to za stosowne?
Sięgnął i opuścił przyłbicę.
— Powinniście zrobić wszystko, co tylko zdołacie, by przenieść innych w bezpieczne miejsce, na statek lub jak najdalej od za toki.
— Więc ci, których nie przeniesiemy, będą musieli sami się ratować?
— Żadne z rozwiązań nie jest dla mnie łatwe.
— Czekanie, aż przeniesiemy wszystkich w bezpieczne miejsce, by cię nie zabiło.