Выбрать главу

— Ależ mogłoby, Antoinette. Mogłoby. Antoinette odwróciła się z odrazą.

— Pamiętasz, co powiedziałam ci ostatnim razem? Myliłam się. Widzę to teraz, choć wtedy nie widziałam.

— Co to dokładnie było?

— Powiedziałam, że zapłaciłeś za swoje zbrodnie. Powiedziałam, że odkupiłeś je z nawiązką. Miły sen, Johnie, ale to nie była prawda. Ci ludzie obchodzą cię tyle, ile zeszłoroczny śnieg. Zawsze chodziło ci tylko o ratowanie własnej skóry.

Kapitan nie odpowiedział. Ściągnął w dół przyłbicę i na powrót znikł w sztormie, nadal przeciwstawiając się ogromnej sile niewidzialnej wichury. A Antoinette zaczęła się zastanawiać, czy ta wizyta nie była mimo wszystko poważnym błędem, właśnie takim, przed jakim ojciec zawsze ją ostrzegał.

* * *

— Nie jest wesoło — oznajmiła swoim towarzyszom w Wysokiej Konsze.

Wokół stołu siedziała cała starszyzna kolonii. Nie zauważyła tylko Pellerin, pływaczki. Nawet Scorpio był teraz obecny. Widziała go pierwszy raz od śmierci Clavaina i wydawało się jej, że dostrzega coś nowego w jego spojrzeniu. Nawet kiedy patrzył prosto na nią, wzrok miał skupiony na czymś dalekim i prawie na pewno nieprzyjaznym — na błysku na jakimś wyobrażonym horyzoncie, wrogim żaglu albo lśnieniu zbroi. Gdzieś ostatnio widziała takie spojrzenie, ale dopiero po chwili przypomniała sobie, gdzie. Na tym samym miejscu przy stole siedział starzec, wpatrując się w to samo dalekie zagrożenie. Ale Clavain doszedł do takiego stanu po latach bólu i cierpień, a świnia — już po kilku dniach.

Antoinette wiedziała, że we wnętrzu góry lodowej wydarzyło się coś strasznego. Wzbraniała się przed słuchaniem o szczegółach. Kiedy inni powiedzieli jej, że nie musi tego wiedzieć — że z tą niewiedzą będzie jej znacznie lepiej — postanowiła im uwierzyć. Wprawdzie nigdy nie była bardzo dobra w odczytywaniu wyrazu twarzy świń, ale gdyby wysiliła trochę swą inteligencję, wyczytałaby z twarzy Scorpia całą grozę rozłożoną na czynniki pierwsze.

— Co mu powiedziałaś? — spytał.

— Powiedziałam, że jeśli wystartuje, będą dziesiątki tysięcy ofiar.

— I co?

— Odpowiedział mniej więcej „to okropne”. Troszczy się jedynie o ludzi, którzy już znajdują się na statku.

— Czternaście tysięcy według ostatniego spisu — wtrącił Blood.

— To nie brzmi bardzo źle — powiedział Vasko. — Ile to jest? Prawie jedna dziesiąta kolonii?

Blood bawił się swym nożem.

— Jeśli chcesz przyjść i wcisnąć do środka więcej niż pięciuset, synu, będziesz witany z największą radością.

— To aż tak trudne? — zapytał Vasko.

— Z każdym transportem jest gorzej. Może zdołamy przed świtem zwiększyć tę liczbę do dwudziestu tysięcy, ale tylko jeśli zaczniemy traktować ich jak bydło.

— To istoty ludzkie — rzekła Antoinette. — Zasługują na lepsze traktowanie. Co z zamrażarkami? Nie pomagają?

— Kasety nie działają tak dobrze jak kiedyś — odparł Xavier Liu, zwracając się do żony w taki sam sposób jak do kogokolwiek ze starszyzny kolonii. — Proces usypiania wymaga godzin nadzoru i majsterkowania. Nie można tego załatwić wystarczająco szybko.

Antoinette zamknęła oczy i przycisnęła palce do powiek. Zobaczyła turkusowe kręgi, niczym zmarszczki na wodzie.

— Więc jest najgorzej jak może być, prawda? — Otworzyła oczy i próbowała rozjaśnić nieco umysł. — Masz jakiś kontakt z Remontoirem, Scorp?

— Nie mam żadnego.

— Ale jesteś przekonany, że Remontoire jest tam w górze?

— Nie jestem o niczym przekonany. Ja tylko działam na pod stawie informacji, jakie mam.

— I sądzisz, że gdyby był tam w górze, do tej pory zauważyli byśmy jakiś znak, jakaś próbę nawiązania łączności.

— Khouri była takim znakiem — stwierdził Scorpio.

— Więc dlaczego nie wysłał na dół jeszcze kogoś? Musimy wiedzieć, Scorpio: siedzimy cicho czy zwiewamy z Araratu?

— Uwierz mi, jestem świadomy takiego wyboru.

— Nie możemy czekać wiecznie — powiedziała Antoinette z frustracją w głosie. — Jeśli Remontoire przegra bitwę, będziemy spoglądać w niebo pełne wilków. I wtedy nie będziemy już mieli żadnych dróg odwrotu, nawet jeśli nie tkną Araratu. Będziemy zablokowani.

— Jak już mówiłem, jestem świadomy takiego wyboru.

Słyszała złość w jego głosie. Oczywiście, że był świadomy.

— Przepraszam — powiedziała. — Ja… po prostu nie wiem, co więcej moglibyśmy zrobić.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Na zewnątrz przemknął na niskim pułapie samolot z następnym transportem uchodźców, oddalając się po krzywej. Antoinette nie wiedziała, czy są oni przewożeni na statek, czy na drugą stronę wyspy. Odkąd zauważono potrzebę przeniesienia ludzi w bezpieczne miejsce, ewakuacja odbywała się w obu kierunkach.

— Czy Aura zaoferowała coś użytecznego? — zapytał Vasko. Scorpio odwrócił się do niego, trzeszcząc skórą munduru.

— Co masz na myśli?

— To nie Khouri była znakiem — odparł Vasko. — To Aura. Khouri może wiedzieć o różnych sprawach, ale to z Aurą tak naprawdę musimy porozmawiać, ona wie, która droga postępowania jest słuszna.

— Cieszę się, że poświęciłeś tej sprawie tyle rozważań — powie dział Scorpio.

— I co? — naciskał Vasko.

Antoinette zmartwiała. Atmosfery w pokoju narad nigdy nie można było nazwać swobodną, ale w tej chwili poczuła dreszcz na karku. Ona sama nigdy nie śmiała w ten sposób mówić do Scorpia i niewielu znała ludzi, którzy odważyliby się na takie zachowanie.

Scorpio jednak odpowiedział ze spokojem:

— Ona, to znaczy Khouri, znowu wypowiedziała to słowo.

— Jakie słowo?

— „Hela”. Powiedziała to kilkakrotnie od czasu, gdy ją ożywiliśmy, ale nie wiedzieliśmy, co znaczy i czy w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie. Tym razem jednak było też inne słowo. — Znów skrzypnęła skóra, gdy Scorpio przesunął swe zwaliste ciało. Mimo że wydawał się wyłączony z wydarzeń rozgrywających się w pokoju, gwałtowność, do której był zdolny, była wyczuwalna.

— Inne słowo? — zapytał Vasko.

— „Quaiche” — odparł Scorpio.

* * *

Kobieta podeszła do morza. Niebo nad nią przygnębiało szarością, a kamienie pod stopami były śliskie i bezlitosne. Zadrżała, bardziej z trwogi niż zimna, gdyż wilgotne powietrze przytłaczało. Spojrzała za siebie, wzdłuż brzegu, w stronę obozowiska. Budynki na skraju osiedla wyglądały na opuszczone i zdewastowane. Niektóre zawaliły się i nigdy ich powtórnie nie zasiedlono. Pomyślała, że to bardzo mało prawdopodobne, by w pobliżu był ktoś, kto zauważy jej obecność. Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie. Miała prawo tu być i miała prawo wejść do morza. To, że nigdy nie poprosiłaby o to swoich własnych pływaków, nie znaczyło, że jej działania były w jakiś sposób sprzeczne z regulaminem kolonii, a nawet z regulaminem korpusu pływaków. Owszem, było to ryzykanckie i najprawdopodobniej nieprzydatne, ale trudno. Presja, by coś zrobić, narastała w jej wnętrzu jak drażniący ból, aż nie można jej było zignorować.

To Vasko Malinin dolał ostatnią kroplę. Czy zdawał sobie sprawę, jaki skutek wywarły jego słowa?

Marl Pellerin zatrzymała się w miejscu, gdzie linia brzegowa ostro skręcała, zamykając wody zatoki. Brzeg był niewyraźnym szarym zadrapaniem ciągnącym się daleko, jak okiem sięgnąć, aż gubił się w ścianie z nadmorskich mgieł i chmur, która ze wszystkich stron zamykała zatokę. Iglica statku pojawiała się w srebrzystej dali tylko przelotnie, a jej rozmiary i oddalenie co i rusz się zmieniały. Marl wiedziała, że iglica sięga trzy kilometry w niebo, ale czasami wydawała się nie większa niż struktura konchowa średniej wielkości albo jedna z anten komunikacyjnych wokół osiedla. Wyobraziła sobie neutrinowy szkwał wypływający strumieniem z iglicy, oczywiście z jej zanurzonej części, gdzie pod wodą znajdowały się silniki — jako lśniący blask, święte światło krojące ją jak nóż. Cząsteczki przenikały przez błony jej komórek, nie czyniąc jej żadnej szkody, gdy mknęły w przestrzeń międzygwiezdną z szybkością tylko o włos mniejszą od szybkości światła. Oznaczały, że silniki przygotowują się do lotu międzygwiezdnego. Nic organicznego nie mogło wykryć tych szkwałów, mogły to zrobić tylko najczulsze rodzaje maszyn. Ale czy rzeczywiście? Organizmy Żonglerów — rozpatrywane jako jedna, rozpościerająca się na całą planetę istota — tworzyły naprawdę rozległą biomasę. Na jednej planecie ważyły stukrotnie więcej od łącznej masy całego gatunku ludzkiego. Czy było absurdem myślenie, że Żonglerzy jako całość nie są tak nieświadomi strumienia neutrino, jak to sobie ludzie wyobrażali? Może oni również wyczuwali niepokój kapitana. I może na swój powolny, zielony, niemal bezmózgi sposób rozumieli, co oznacza jego odlot.