Uwagę Marl przyciągnął jakiś przedmiot na skraju wody. Stąpając zręcznie z kamienia na kamień, podeszła go zbadać. Była to bryła metalu, poczerniała i skręcona niczym stopiony cukierek. Powierzchnię pokrywały dziwne fałdy i bruzdy, nad którymi wił się dym. To rzecz brzęczała i potrzaskiwała, a część przypominająca rozcięty ogon homara mocno drgała. To musiało spaść niedawno, może w ciągu ubiegłej godziny. Na całym Araracie, tam gdzie znajdowali się ludzcy obserwatorzy, słyszało się meldunki o jakichś rzeczach spadających z nieba. Było ich zbyt wiele, by uważać te zjawiska za przypadkowe. Najwyraźniej nad skupiskami ludzi koncentrowano jakieś siły. Ktoś — lub coś — starał się przedostać na planetę. Od czasu do czasu udawało się to jakiemuś małemu odłamkowi.
Ta rzecz ją niepokoiła. Czy była obca, czy ludzka? Przyjaźnie ludzka czy hybrydowsko-ludzka? Czy ktokolwiek nadal czynił takie rozróżnienia?
Marl minęła obiekt i zatrzymała się nad wodą. Zdjęła ubranie. Kiedy przygotowała się do wejścia w wodę, wyobraziła sobie samą siebie z pespektywy morza. Była cienką, nagą rzeczą, bladą rozgwiazdą stojącą pionowo na wybrzeżu. Rozbity obiekt wypuszczał w niebo pióropusz dymu.
Marl zmoczyła dłonie w wodzie zebranej w kałuży. Opryskała twarz, odgarnęła w tył mokre włosy. Ciecz kłuła ją w oczy, łzy rozmazywały widok. Nawet woda w kałuży cuchnęła życiem Żonglerów. Skóra Pellerin swędziała, zwłaszcza na przecinającym twarz pasie, który już wykazywał oznaki żonglerskiego przejęcia. Dwie kolonie mikroorganizmów — jedna w wodzie, a druga zakopana w jej twarzy — rozpoznawały się, musując z podniecenia.
Ci, którzy rozważali takie sprawy, uznaliby przypadek Marl za marginesowy. Jej oznakom przejęcia daleko było do najgorszych z dotychczas zaobserwowanych. Na podstawie statystyk należało uznać, że Marl może jeszcze bezpiecznie pływać przynajmniej kilkanaście razy. Ale bywały wyjątki. Czasami morze zżerało ludzi, którzy mieli jedynie nieznaczne oznaki przejęcia. Rzadko zabierało całkowitych nowicjuszy w czasie ich pierwszego pływania.
Na tym polegał problem z Żonglerami Wzorców. Byli obcy. Ta rzecz, biomasa Żonglerów, była obca. Nie poddawała się ludzkiej analizie, dokładnie określonym przyczynom i skutkom. Była tak kapryśna i nieprzewidywalna jak pijak. Mogłeś zgadywać, jak się w pewnych warunkach zachowa, ale od czasu do czasu mogłeś się bardzo pomylić.
Marl wiedziała o tym. Nigdy nie utrzymywała, że sytuacja wygląda inaczej. Wiedziała, że każde pływanie łączy się z ryzykiem.
Dotychczas miała szczęście. Pomyślała o Shizuko czekającej w sekcji psychiatrycznej na jej kolejną wizytę — z tym, że nie czekała na nią w zwykłym sensie tego słowa. Może Shizuko była świadoma, że Marl ma przybyć, i mogła dostosować do tego swoje zajęcia. Ale kiedy Marl się pojawiała, Shizuko jedynie patrzyła na nią przelotnie, z niewielkim zainteresowaniem, jak ktoś, kto właśnie zobaczył szczelinę w ścianie, o której zapomniał, albo ulotny kształt w chmurze. Błysk zainteresowania znikał niemal natychmiast, kiedy Marl go zauważyła. Czasami Shizuko śmiała się, ale śmiechem idioty, podobnym do melodii wygrywanej przez małe, głupie dzwoneczki.
Potem Shizuko ponownie zaczynała drapać ściany, rozkrwawiając palce. Ignorowała kredki i kredę, które jej oferowano. Marl przestała ją odwiedzać kilka miesięcy temu. Kiedy już uświadomiła sobie i zaakceptowała, że obecnie nic już dla Shizuko nie znaczy, zyskała poczucie swobody. Ale jednocześnie przygnębiające wrażenie zdrady i słabości.
Myślała teraz o Vasku. O jego przekonaniu, że jedyną rzeczą stojącą między pływakami a morzem jest strach.
Nienawidziła go za to.
Marl weszła w wodę. Kilkanaście metrów dalej tratwa z zielonej materii skręciła się, poczuwszy, że kobieta wkroczyła w jej królestwo. Marl wzięła głęboki oddech. Bardzo się bała. Swędzenie na twarzy przeszło w palenie. Budziło w niej chęć osunięcia się w wodę.
— Jestem tutaj — powiedziała. I postąpiła ku masie żonglerskich organizmów, zanurzając się po uda, po pas, potem głębiej. Biomasa tworzyła kształty coraz szybciej i gwałtowniej, wiatr powodowany tymi przemianami owiewał kobietę. Obce struktury tasowały się w nieprzeliczonych permutacjach. Pokaz potworów. Nie mogła już iść w wodzie — była za głęboka. Kobieta odbiła się od skalistego dna i popłynęła w kierunku widowiska.
Vasko spojrzał po obecnych.
— Quaiche? Dla mnie to nic nie znaczy, tak jak i pierwsze słowo.
— Dla mnie też te słowa nic nie znaczyły — odparł Scorpio. — Nie byłem nawet pewien pisowni pierwszego słowa. Ale teraz jestem przekonany, że drugie słowo określa wspólne znaczenie. Bez żadnych wątpliwości.
— Więc masz zamiar nas oświecić? — spytał Liu. Scorpio wskazał gestem Orkę Cruz.
— Scorpio ma słuszność — powiedziała. — „Hela” sama w sobie nic nie znaczy. Przejrzyjcie bazy danych, które wzięliśmy z Resurgamu czy Yellowstone, a znajdziecie tam tysiące możliwych wyjaśnień. Tak samo jeśli spróbujecie pisowni wariantowych. Ale „Quaiche” i „Hela” w połączeniu to zupełnie inna para kaloszy. Istnieje tylko jedno wyjaśnienie, choć wydaje się dziwaczne.
— Umieram z niecierpliwości, żeby to usłyszeć — oznajmił Liu. Vasko także był ciekaw. Antoinette nic nie powiedziała i nie wykazywała widocznego zainteresowania, ale na pewno była równie zaciekawiona.
— Hela to świat — powiedziała Cruz. — Niezbyt duży, po pro stu księżyc średniej wielkości, krążący wokół gazowego giganta o nazwie Haldora. Nadal z niczym tego nie kojarzycie?
Nikt się nie odezwał.
— A co to jest „Quaiche” — spytał Vasko. — Jeszcze jeden księżyc? Cruz pokręciła przecząco głową.
— Nie. Quaiche to człowiek, który nazwał Helę i Haldorę. Nie ma wpisu o Quaiche’u ani jego światach w zwykłej nomenklaturowej bazie danych, lecz nie powinno to nas zbytnio dziwić — minęło przeszło sześćdziesiąt lat, od kiedy ją zaktualizowano przez bezpośredni kontakt z innymi statkami. Ale odkąd jesteśmy na Araracie, od czasu do czasu odbieramy zabłąkane sygnały od innych Ultrasów. Ostatnio było ich sporo: Ultrasi zaczęli stosować transmisje szeroką wiązką znacznie częściej niż w przeszłości i od czasu do czasu jeden z takich sygnałów przypadkowo do nas dociera.