— Powiedziałem: zostań na miejscu — powtórzył Scorpio. Doktor walnął pięścią w stół.
— Właśnie zabiłeś człowieka, ty brutalny prostaczku! Albo zabijesz, jeśli natychmiast nie udzieli mu się pomocy medycznej. Czy naprawdę chcesz to mieć na sumieniu, Scorpio?
— Zostań tam, gdzie jesteś. Valensin postąpił krok w stronę drzwi.
— Więc zatrzymaj mnie, jeśli to naprawdę tyle dla ciebie znaczy. Masz do tego środki.
Twarz Scorpia skrzywiła się w maskę wściekłości i nienawiści, jakiej Antoinette nigdy wcześniej nie widziała.
— Zatrzymam cię, możesz mi wierzyć.
Scorpio sięgnął do kieszeni czy pochwy — cokolwiek to było, było schowane pod stołem — i wyciągnął nóż. To nie był nóż, który Antoinette widziała poprzednio. Ostrze, jak na komendę świni, stało się rozmyte.
— Scorpio — powiedziała, wstając — pozwól mu to zrobić. Jest lekarzem.
— Hallat umrze.
— Już dotychczas było wystarczająco wiele przypadków śmierci. Jedna więcej nic nie zmieni.
Nóż zadrżał, jakby był niezupełnie oswojony. Antoinette oczekiwała, że w każdej chwili wyskoczy z dłoni Scorpia.
Coś zagrało. Nieoczekiwany hałas chyba zaskoczył świnię i jego wściekłość zmalała. Rozejrzał się za źródłem dźwięku. Dochodził z jego bransolety komunikacyjnej.
Scorpio uspokoił nóż i włożył do kieszeni czy pochwy.
Potem spojrzał na Valensina i powiedział tylko jedno słowo.
— Idź.
Lekarz krótko skinął głową — nadal z gniewną twarzą — i pomknął za asystentami, którzy wynieśli rannego mężczyznę.
Scorpio podniósł bransoletę do ucha i słuchał jakiegoś odległego głosu. Po minucie nachmurzył się i poprosił, by głos powtórzył wiadomość. Po ponownym wysłuchaniu nieco się rozpogodził, ale nie całkowicie.
— O co chodzi? — spytała Antoinette.
— Statek — odrzekł. — Coś się dzieje.
W ciągu dziesięciu minut zarekwirowano prom i zwolniono od obsługiwania trwającej ewakuacji. Wylądował nie dalej niż o przecznicę od Wysokiej Konchy, między budynkami, a orszak pracowników Bezpieczeństwa oczyścił teren i zapewnił dostęp małej grupie starszyzny kolonii. Vasko wszedł na pokład ostatni, po Scorpiu i Antoinette Bax. Blood i inni pozostali na ziemi, obserwując, jak odlatujący prom rzuca ostre białe światło na ściany budynków. Inni obywatele przysłaniali oczy, ale nie chcieli odwracać wzroku. W Pierwszym Obozie nie było osoby, która nie chciałaby jak najszybciej znaleźć się gdzie indziej. Zmieściła się jednak tylko trójka, która właśnie weszła, gdyż ładownia promu już została do granic możliwości zatłoczona ewakuowanymi.
Vasko czuł, jak maszyna przyśpiesza. Wisiał na sufitowym uchwycie i miał nadzieję, że podróż okaże się krótka. Ewakuowani patrzyli na niego z oszołomieniem w oczach, jakby czekali na wyjaśnienie, którego nie mógł udzielić.
— Dokąd oni mieli lecieć? — spytał brygadzistę kierującego grupą.
— W głąb lądu — odpowiedział cicho. Miał na myśli ziemię osłoniętą przed falami i promieniowaniem. — Ale teraz zamiast tego zostaną przewiezieni na statek. Nie możemy sobie pozwolić na stratę cennego czasu.
Zimna pragmatyka tej decyzji oszołomiła Vasko, ale w głębi ducha czuł dla niej podziw.
— A jeśli im się nie spodoba? — zapytał szeptem.
— Zawsze mogą złożyć skargę.
Podróż nie zajęła wiele czasu. Tym razem mieli pilota; niektóre loty ewakuacyjne obsługiwały pojazdy autonomiczne, ale ten uznano za zbyt niezwykły. Lecieli nisko, kierując się ku morzu, a potem wykonali szeroki zakręt wokół podstawy statku. Vasko miał szczęście, będąc przy ścianie. Zrobił w niej okno i zerkał w srebrzystą mgiełkę. Wokół niego tłoczyli się ewakuowani, chcąc mieć lepszy widok.
— Zamknij okno — polecił Scorpio.
— Co takiego?
— Słyszałeś.
— Na twoim miejscu bym to zrobiła — rzekła Antoinette. Vasko zamknął okno. Jeśli w jakieś dni nie należało kłócić się ze świnią, pomyślał, to właśnie był jeden z nich. W każdym razie nic nie zobaczył, jedynie cień wyłaniającego się statku.
Nabierali wysokości, prawdopodobnie kontynuując lot po spiralnej trajektorii wokół iglicy. Vasko poczuł po chwili, jak prom staje na stałym podłożu. Po mniej więcej minucie świetlna szpara zasygnalizowała otwarcie drzwi i ewakuowanych wyprowadzono na zewnątrz. Vasko nie dostrzegał, co znajduje się dalej; widział tylko funkcjonariuszy Bezpieczeństwa, kierujących nowo przybyłymi ze sprawnością, która bardzo się różniła od grzecznego przynaglania. Vasko spodziewał się, że ludzie się wściekną, kiedy zdadzą sobie sprawę, że zabrano ich na statek, a nie do bezpiecznej przystani na powierzchni, ale oni okazywali tylko uległą akceptację. Może jeszcze sobie nie uświadomili, że to statek, a nie jakiś obszar obsługi na ziemi, po drugiej stronie wyspy. Jeśli rzeczywiście sprawy tak się miały, nie chciałby być w pobliżu, kiedy się dowiedzą, że zmieniono plany.
Wkrótce prom opróżniono z ewakuowanych. Vasko oczekiwał, że też zostanie wyprowadzony, ale zamiast tego ich trójka pozostała na pokładzie razem z pilotem. Drzwi załadowcze znowu się zamknęły i samolot opuścił hangar.
— Teraz możesz otworzyć okno — powiedział Scorpio. Vasko otworzył okno w kadłubie, wystarczająco duże, by cała trójka mogła wyglądać na zewnątrz, ale w tej chwili nie było nic do oglądania. Czuł, jak prom szarpie i skręca, kiedy schodzili w dół, nie mógł jednak stwierdzić, czy pozostają w pobliżu „Nostalgii za Nieskończonością”, czy powracają do Pierwszego Obozu.
— Powiedziałeś, że coś się dzieje ze statkiem — przypomniał Vasko. — Czy to poziomy neutrino?
Scorpio odwrócił się do Antoinette Bax.
— Jak one wyglądają?
— Są wyższe niż podczas mojego ostatniego meldunku — od powiedziała — ale według naszych stacji monitorujących, nie wzrastają z taką samą szybkością jak poprzednio. Moja mała pogawędka z Johnem mimo wszystko odniosła pewien skutek.
— Więc w czym problem? — zapytał Vasko. Scorpio wskazał coś przez okno.
— W tym — wyjaśnił.
Vasko spojrzał za wzrokiem świni. Zobaczył iglicę statku wynurzającą się ze srebrzystej morskiej mgiełki. Opuścili się gwałtownie i patrzyli w miejsce, w którym statek wystawał z wody. Właśnie tutaj jeszcze ubiegłej nocy Vasko widział pierścień łodzi i wspinaczy próbujących dotrzeć do punktów wejściowych statku, ale od tamtego czasu wszystko się zmieniło. Nie było ani łodzi, ani wspinaczy. Zamiast pierścienia czystej wody wokół podstawy iglicy, statek otaczała gruba, nieprzenikalna warstwa solidnej biomasy Żonglerów w rozmytym kolorze zielonym, o zawiłej teksturze. Warstwa sięgała kilometr we wszystkich kierunkach i łączyła się z innymi skupiskami biomasy — pływającymi mostami z tego samego zielonkawego materiału. Ale to nie wszystko. Warstwa wokół statku sięgała w górę po kadłubie, tworząc biologiczną skórę. Miejscami musiała być gruba na dziesiątki metrów. Vasko oceniał, że w tej chwili skóra sięgnęła po bokach statku na wysokość jakichś dwustu do trzystu metrów. Górna granica była postrzępiona i wypuszczała badające macki i wypustki. Niewyraźne zielone żyły były już widoczne przynajmniej sto metrów powyżej głównej masy. Cała powłoka poruszała się nawet wtedy, gdy na nią patrzył, pełzła nieubłaganie w górę. Główna masa musiała poruszać się prawie metr na sekundę. Jeśli nie zmniejszy tej szybkości, pokryje cały statek w ciągu godziny.
— Kiedy to się zaczęło? — spytał.