— Trzydzieści, czterdzieści minut temu — wyjaśnił Scorpio. — Zawiadomiono nas natychmiast, kiedy wzrosła koncentracja przy podstawie.
— Dlaczego teraz? Dlaczego po tych wszystkich latach, gdy statek tu stał, mieliby wybrać akurat ten dzień na atak?
— Nie wiem.
— Nie możemy być pewni, że to jest atak — powiedziała cicho Antoinette.
Świnia odwrócił się do niej.
— Więc według ciebie na co to wygląda?
— Na cokolwiek. Vasko ma rację, atak nie ma żadnego sensu. Nie teraz, po tych wszystkich latach. To musi być coś innego. Mam nadzieję — dodała.
— Rzeczywiście — zgodził się Scorpio.
Samolot nadal okrążał iglicę. Wszędzie wokół było tak samo. Przypominało to oglądanie w przyspieszonym tempie filmu o mchu porastającym ogromną kamienną budowlę albo o śniedzi zjadającej rzeźbę.
— To zmienia postać rzeczy — powiedziała Antoinette. — Martwię się, Scorp. Może to nie jest atak, ale jeśli się mylę? Co z ludźmi, którzy już są na pokładzie?
Scorpio podniósł swą bransoletę i przemówił ściszonym głosem.
— Do kogo dzwonisz? — zapytała Antoinette. Położył dłoń na mikrofonie.
— Do Marl Pellerin — wyjaśnił. — Sądzę, że nadszedł czas, by korpus pływaków dowiedział się, co się dzieje.
— Zgadzam się — powiedział Vasko. — Powinni już dawno po płynąć, wtedy, gdy zaczęła się aktywność Żonglerów. Czyż nie po to właśnie są?
— Nie mówiłbyś tak, gdybyś to właśnie ty musiał tam pływać — zarzuciła mu Antoinette.
— Ja nie muszę. To ich praca.
Scorpio nadal szeptał do bransolety. Mówił w kółko jedno i to samo, jakby powtarzał różnym ludziom. W końcu pokręcił głową i opuścił rękaw.
— Nikt nie może znaleźć Pellerin — oznajmił.
— Musi gdzieś być — powiedział Vasko. — Prawdopodobnie, czeka na rozkazy. Czy dzwoniłeś do Wysokiej Konchy?
— Tak.
Antoinette dotknęła rękawa świni.
— Daj spokój — powiedziała. — Tam panuje chaos. Nie dziwi mnie, że linie komunikacyjne szwankują.
— A co z resztą korpusu pływaków? — spytał Vasko.
— Jak to co? — zapytał z kolei Scorpio.
— Jeśli nie można znaleźć Pellerin, to co z pozostałymi? Ciągle słyszymy, jacy oni są potrzebni dla bezpieczeństwa Araratu. Teraz mają okazję udowodnić, że to prawda.
— Lub zginąć — dodał Scorpio. Antoinette pokręciła głową.
— Nie proś nikogo z nich, by popłynęli. To nie jest tego warte. Cokolwiek się dzieje tam na morzu, to skutek wspólnej decyzji podjętej przez biomasę. Kilku pływaków nie zrobi teraz żadnej różnicy.
— Po prostu spodziewałem się czegoś lepszego po Marl — oznajmił Scorpio.
— Ona zna swoje obowiązki — odpowiedziała Antoinette. — Nie sądzę, by nas zawiodła, gdyby miała jakikolwiek wybór. Miejmy tylko nadzieję, że jest bezpieczna.
Scorpio odsunął się od okna i ruszył na przód pojazdu. Nawet kiedy samolot zanurkował, reagując na nieprzewidziane prądy cieplne, które okrążały spiralami ogromny statek, świnia stał pewnie na podłożu. Niski i szeroki, czuł się zdecydowanie lepiej w warunkach turbulencji niż jego ludzcy towarzysze.
— Dokąd idziesz? — spytał Vasko. Świnia obejrzał się.
— Powiem mu, by zmienił plan lotu. Mieliśmy wracać, by ewakuować ludzi.
— A nie zrobimy tego?
— Później. Przede wszystkim chcę zabrać Aurę. Myślę, że akurat teraz w powietrzu jest najbezpieczniej.
DWADZIEŚCIA OSIEM
Vasko i Scorpio ostrożnie nieśli inkubator do pustego wnętrza promu. Niebo ciemniało i matryca termiczna powierzchni grzewczej promu żarzyła się wściekłą wiśniową czerwienią, a jej elementy tykały i syczały. Khouri szła za nimi, garbiąc się pod okryciem z ciepłego powietrza łapanego pod zakrzywionymi w dół skrzydłami pojazdu. Od czasu przebudzenia nie powiedziała nic więcej i poruszała się w podobnym do snu stanie uległości. Valensin szedł za swymi pacjentami, niechętnie akceptując ten stan rzeczy. Jego dwa medyczne serwitory toczyły się za nim, związane ze swym panem nierozerwalną więzią posłuszeństwa.
— Dlaczego nie idziemy na statek? — pytał wciąż Valensin.
Scorpio nie odpowiadał. Porozumiewał się właśnie przez bransoletę z Bloodem lub którymś ze swoich zastępców. Pokręcił głową i warknął przekleństwo. Vasko wątpił, czy Scorpio otrzymał pomyślne wiadomości.
— Pójdę pierwsza — oznajmiła Antoinette — i zobaczę, czy pilot potrzebuje pomocy.
— Powiedz mu, by leciał powoli — polecił Scorpio. — Żadnego ryzyka. I niech będzie przygotowany na natychmiastowe wywiezienie nas stamtąd.
— Zakładając, że ten grat dotrze na orbitę.
Wystartowali. Vasko pomagał doktorowi i jego mechanicznym adiutantom zabezpieczyć inkubator. Valensin pokazywał mu, jak można skłonić wewnętrzne ściany promu do tworzenia wypustów i nisz o różnych stopniach przyczepności. Inkubator wkrótce został przyklejony, a dwa serwitory stale nadzorowały jego funkcje. Aura, zaplątana w monitory i rurki, wydawała się nieświadoma tego całego zamieszania.
— Dokąd lecimy? — spytała Khouri. — Na statek?
— Mamy mały problem ze statkiem — odpowiedział Scorpio. — Chodź, spójrz. Myślę, że to cię zaciekawi.
Okrążyli statek na tej samej wysokości, co przedtem. Khouri oglądała widok szeroko otwartymi, nierozumiejącymi niczego czyma. Vasko ani trochę jej za to nie winił. Kiedy oglądał statek zaledwie przed trzydziestoma minutami, biomasa Żonglerów dopiero zaczęła go pożerać. A teraz statku nie było. Na jego miejscu wznosiła się nieregularna, kosmata zielona iglica. Vasko wiedział, że pod zieloną masą znajduje się statek, ale mógł sobie wyobrazić, jak dziwny musi to być widok dla kogoś, kto nie oglądał Żonglerów we wczesnych fazach tego procesu.
Ale chyba było coś jeszcze. Coś, co Vasko zauważył niemal natychmiast, lecz odrzucił jako złudzenie optyczne spowodowane nachyleniem jego własnego punktu obserwacyjnego wewnątrz promu. Ale teraz, kiedy widział horyzont w szczelinach morskiej mgły, było oczywiste, że to nie złudzenie.
Statek się przechylał. Niewiele, jedynie kilka stopni od pionu, ale to wystarczało, by wzbudzić trwogę. Gmach, który tak długo był solidnym elementem krajobrazu — przynajmniej taki się wydawał — przechylał się na bok.
Ciągnęła go biomasa organizmów Żonglerów Wzorców.
— Niedobrze — mruknął Vasko.
— Powiedz, co się dzieje — poprosiła Khouri, stając obok.
— Nie wiemy — powiedział Scorpio. — Trwa to prawie od godziny. Morze zgęstniało przy podstawie statku, a materiał pierścienia zaczął go połykać. Teraz wygląda na to, że Żonglerzy próbują go przewrócić.
— A mogą?
— Niewykluczone. Nie wiem. Statek musi ważyć kilka milionów ton, lecz ten cały materiał Żonglerów też ma swoją masę. Ale niebezpieczeństwo nie polega na tym, że statek runie na bok.
— Nie?
— Bardziej bym się bał, że się przełamie. To światłowiec. Został zaprojektowany tak, by znosić jeden lub więcej g przyśpieszenia wzdłuż swej osi. Stanie na powierzchni planety nie stwarza większych naprężeń niż normalny lot w kosmosie. Ale tych statków nie zaprojektowano do znoszenia naprężeń poziomych. Jeszcze kilka stopni i zacznę się martwić. Statek może zostać uszkodzony.
— Potrzebujemy tego statku, Scorp. To nasz jedyny bilet na zewnątrz — powiedziała Khouri.
— Dziękuję za wiadomość — odparł — ale w tej chwili powie działbym, że niewiele mogę zrobić, chyba że chcesz, bym walczył z Żonglerami Wzorców.