Sama taka myśl była niemal absurdalna. Żonglerzy Wzorców byli nieszkodliwi dla wszystkich, z wyjątkiem kilku pechowych osobników. W zbiorowisku nigdy nie wykazywali żadnych złych zamiarów w stosunku do ludzkości. Byli archiwum straconej wiedzy, straconych umysłów. Ale jeśli Żonglerzy próbowali zniszczyć „Nostalgię za Nieskończonością”, ludzie nie mogli na to pozwolić.
— Czy masz broń na tym promie? — spytała Khouri.
— Trochę. Głównie lekką broń typu statek — statek.
— Coś, co można wykorzystać przeciwko biomasie?
— Jakieś promienniki cząsteczek, które nie będą działały za dobrze w atmosferze Araratu. A reszta? Zbyt prawdopodobne, że zniszczą także kawałki statku. Możemy spróbować promieni cząsteczkowych…
— Nie…
Głos dochodzący z ust Khouri prawie wcale nie przypominał jej głosu.
— Przed chwilą powiedziałaś… — zaczął Scorpio.
Khouri nagle usiadła wyczerpana na fotelu i przycisnęła rękę do czoła.
— Nie — powtórzyła, tym razem mniej ostro. — Nie. Zostawcie. Zostawcie ich w spokoju. Pomóżcie nam.
— Pomóżcie nam? — zapytał Vasko.
Słowa znowu wydawały się pojawiać bez woli Khouri. Musiała łapać po każdym oddech.
— Oni. Pomóżcie nam. Chcemy.
Vasko przeszedł do inkubatora. Jednym okiem obserwował Aurę, drugim jej matkę. Maszyny Valensina zaszurały z ożywieniem. Nie wiedziały, co robić, i ich wielostawowe ramiona porygiwały niezdecydowane.
— Oni? — spytał Vasko. — Żonglerzy Wzorców?
Różowy kształt kopnął nóżkami, drobna, doskonale uformowana piąstka zacisnęła się przed miniaturową twarzyczką.
— Tak. Oni. Żonglerzy Wzorców — przytaknęła Khouri.
— Myślę, że w ogóle nie zrozumieliśmy sytuacji — powiedział Vasko do Scorpia.
— Tak myślisz?
— Niech pan poczeka. Muszę porozmawiać z Antoinette. Poszedł na mostek, bez pytania świni o pozwolenie. W kokpicie promu znalazł Antoinette i pilota wpiętych w fotele dowodzenia. Uczynili cały kokpit przezroczystym, więc wydawało się, że unoszą się w powietrzu, w towarzystwie jedynie rozmaitych bezcielesnych kontrolek i paneli odczytów.
— Czy możemy zawisnąć nieruchomo w powietrzu? — zapytał. Antoinette spojrzała na niego przez ramię.
— Oczywiście.
— Więc zatrzymaj nas. Czy masz jakiś sprzęt do mierzenia odległości? Czujniki antykolizyjne, takie rzeczy?
— Oczywiście — powtórzyła, jak gdyby oba pytania były jednymi z najmniej inteligentnych, jakie od dłuższego czasu słyszała.
— Więc oświetl statek.
— Czy masz jakiś szczególny powód, Vasko? Wszyscy przecież widzimy, że to cholerstwo się przechyla.
— Po prostu zrób to, dobrze?
— Tak jest, sir — odpowiedziała. Jej małe dłonie, dzwoniąc biżuterią, zagrały po kontrolkach unoszących się nad fotelem. Vasko poczuł wstrząs przy zatrzymaniu pojazdu. Widok z przodu obrócił się, krzywa wieża statku znalazła się bezpośrednio przed nimi.
— Tak trzymaj — powiedział. — Teraz nakieruj sprzęt pomiarowy — cokolwiek to jest — na statek. Gdzieś blisko podstawy, jeśli zdołasz.
— To nie pomoże nam obliczyć kąta nachylenia — zauważyła Antoinette.
— To nie nachylenie mnie interesuje. Nie sądzę, by naprawdę próbowali go przewrócić.
— Nie sądzisz? Vasko uśmiechnął się.
— Myślę, że próbują go przesunąć.
Czekał, aż Antoinette nastawi dalmierz. Pulsujący kulisty displej unosił się przed nią, napełniony dymnozielnymi strukturami i liczbami.
— Tu jest statek — powiedziała, wskazując na najgrubsze odbicie diagramu radarowego.
— Dobrze. Teraz mi powiedz, jaka jest odległość.
— Czterysta czterdzieści metrów. To przeciętna odległość. Zielona masa cały czas zmienia swoją grubość.
— W porządku. Pilnuj tej liczby.
— Ona wzrasta — zauważył pilot.
Vasko poczuł na karku gorący oddech. Odwrócił się i zobaczył świnię spoglądającego mu przez ramię.
— Vasko coś znalazł — zameldowała Antoinette. — Odległość do iglicy wynosi teraz… czterysta pięćdziesiąt metrów.
— Dryfujecie — powiedział Scorpio.
— Nie, nie dryfujemy. — Z tonu jej głosu wynikało, że jest nieco urażona. — Tkwimy pewnie jak skała, przynajmniej w granicach błędu pomiaru. Vasko ma rację, Scorp, statek się porusza. Ciągną go dalej, na morze.
— Jak szybko się przesuwa?
— Jest zbyt wcześnie, by to stwierdzić z całkowitą pewnością. Metr, może dwa na sekundę. — Antoinette sprawdziła swą bran soletę komunikacyjną. — Poziomy neutrino nadal wzrastają. Nie jestem pewna, ile nam zostało, ale nie sądzę, byśmy mieli więcej niż kilka godzin.
— W takim razie statek będzie najwyżej kilka kilometrów dalej, kiedy wystartuje.
— To lepsze niż nic. Jeśli zdołają go przenieść przynajmniej za krzywiznę zatoki i pojawi się jakieś schronienie przed falami przypływowymi… to z pewnością musi to być lepsze niż nic.
— Uwierzę, kiedy to zobaczę — odparł świnia. Vasko poczuł podniecenie.
— Aura miała rację. Oni nie chcą nas skrzywdzić. Chcą nas ocalić, odsuwając statek od zatoki. Są po naszej stronie.
— Ładna teoria — powiedział Scorpio. — Ale przede wszystkim skąd wiedzieli, że siedzimy w tym bagnie? Przecież nikt nie po szedł nad morze i im tego nie wyjaśnił. By to zrobić, musiałby pływać.
— Może ktoś pływał — powiedział Vasko. — Czy to teraz ważne? Statek się przesuwa. Tylko to się liczy.
— Taa — odparł Scorpio. — Miejmy nadzieję, że nie jest za późno.
Antoinette odwróciła się do pilota.
— Zdoła pan podlecieć blisko? Zielona masa nie wygląda zbyt grubo przy wierzchołku. Może uda nam się wlecieć do zwykłego hangaru lotniskowego.
— Pani żartuje — powiedział z niedowierzaniem pilot. Antoinette pokręciła głową. Już przekazywała mu z powrotem pełne sterowanie.
— Obawiam się, że nie, kolego. Jeśli chcemy, by John powstrzy mał konie, dopóki statek nie wyniesie się z zatoki, ktoś musi pójść na dół i z nim porozmawiać. I niech pan zgadnie, kto wyciągnął słomkę?
— Ona mówi poważnie — mruknął Vasko.
— Zrób to — polecił Scorpio.
Karawana pełzała ostrożnie przez tunele i po śmiesznie wąskich półkach. Skręcała się i zmieniała kierunki, czasami o sto osiemdziesiąt stopni, tak że jej tylna część posuwała się do przodu, a przednia cofała. Raz, gdy przejeżdżała — z mozołem silników i kończyn trakcyjnych — po wznoszącej się ostrej serpentynie i część karawany była widoczna w dole, Rashmika mogła popatrzeć na rozłożonych na platformie Obserwatorów.
Kiedy ujrzała most po raz pierwszy, miał wygląd koronkowej płaskorzeźby namalowanej na czarnym tle błyskającymi atramentami. Teraz powoli nabierał nieco groźnej trójwymiarowej solidności. To nie był jakiś miraż spowodowany oświetleniem i warunkami atmosferycznymi, ale rzeczywisty obiekt, a karawana naprawdę miała zamiar przez niego się przeprawić.
Trójwymiarowość tego obiektu nieco pocieszyła Rashmikę. Most wyglądał teraz na coś więcej niż tyko zbiór nieskończenie cienkich linii, i choć wiele jego części nadal miało bardzo mały przekrój, nie wyglądały aż tak delikatnie. Jeśli most utrzymywał sam siebie, z pewnością mógł utrzymać również karawanę. Miała taką nadzieję.
— Panno Els?
Rozejrzała się. Tym razem był to kwestor Jones.