Выбрать главу

— Tak? — spytała, niezadowolona z jego obecności.

— Będziemy na nim niedługo. Obiecałem widowiskowe prze życie, prawda?

— Obiecał pan — przyznała — ale nie wyjaśnił pan, kwestorze, dlaczego wszyscy nie jeżdżą tym skrótem, skoro jest tak użyteczny, jak pan utrzymuje.

— Przesądy — odparł — połączone z nadmierną ostrożnością.

— W sytuacjach mających związek z mostem nadmierna ostroż ność wydaje mi się całkowicie uzasadniona.

— Boi się pani, panno Els. A nie powinna pani. Ta karawana waży zaledwie pięćdziesiąt tysięcy ton. I ten ciężar jest rozłożony na wielkiej długości. To nie jest tak, jakbyśmy przeprawiali przez most katedrę. To dopiero byłoby szaleństwo.

— Nikt by tego nie robił.

— Nikt przy zdrowych zmysłach. Zwłaszcza po tym, jak wi dzieli, co wydarzyło się ostatnim razem. Ale nas to w najmniej szym stopniu nie dotyczy. Most utrzyma karawanę. Tak było w przeszłości. Nie miałbym szczególnych skrupułów przy prze prowadzaniu nas przez most podczas każdej ekspedycji poza Drogę, ale po prostu w większości przypadków to się nie opłaca. Widziała pani, jak żmudny jest podjazd. Najczęściej przeprawa przez most kosztowałaby nas więcej czasu. Tylko szczególny zbieg okoliczności zmienił tym razem sytuację. — Kwestor ze zdecydo waniem klasnął w dłonie. — A teraz do sedna. Chyba załatwiłem pani pracę w brygadzie czyszczącej przypisanej do jednej z katedr Adwentystów.

— W Lady Morwennie?

— Nie. W nieco mniejszej katedrze, w Żelaznej Katarzynie. Każdy musi gdzieś zaczynać. A dlaczego tak się pani spieszy do Lady Morwenny? Dziekan Quaiche ma swoje dziwactwa. Dzie kan Katarzyny jest dobrym człowiekiem. Nieźle dba o bezpie czeństwo katedry i o ludzi, którzy mu służą.

— Dziękuję, kwestorze — powiedziała, mając nadzieję, że jej rozczarowanie nie jest zbyt widoczne. Myślała, że znajdzie solidną urzędniczą pracę, a nie przy czyszczeniu. — Ma pan rację. Coś jest lepsze niż nic.

— Katarzyna jest teraz wśród głównej grupy katedr zmierza jących do rozpadliny od zachodu. Dołączymy do nich, kiedy skończymy przeprawę przez most, zanim zaczną schodzić po Diabelskich Schodach. Jest pani uprzywilejowana, panno Els: bardzo niewielu ludzi ma szansę przekroczyć Otchłań Rozgrze szenia dwukrotnie w ciągu jednego roku, a już zwłaszcza w ciągu kilku dni.

— Będę siebie uważała za szczęściarę.

— Tym niemniej powtórzę, co mówiłem wcześniej: praca jest trudna, niebezpieczna i nędznie wynagradzana.

— Wezmę to, co jest.

— W takim razie zostanie pani przeniesiona do właściwej brygady natychmiast, kiedy tylko dotrzemy do Drogi. Niech pani unika kłopotów, a jestem pewien, że doskonale się pani powiedzie.

— Z pewnością, będę się tego trzymać.

Dotknął palcem warg i już się odwracał, jakby przypomniał sobie o jakimś innym zadaniu, gdy nagle się zatrzymał. Oczy jego zielonego zwierzątka — cały czas siedziało mu na ramieniu — pozostawały skierowane na nią, nieczytelne jak lufy pistoletu.

— Jeszcze jedna sprawa, panno Els — powiedział kwestor, oglą dając się przez ramię.

— Tak?

— Dżentelmen, z którym pani wcześniej rozmawiała… — Zmrużył oczy, jakby studiując wyraz jej twarzy. — Cóż, na pani miejscu bym tego nie robił.

— Nie robiłby pan czego?

— Nie miałbym nic do czynienia z tego rodzaju typem. — Kwe stor patrzył bez wyrazu w dal. — Na ogół nigdy nie jest mądrze obracać się wśród Obserwatorów czy innych pielgrzymów o po dobnie żarliwej wierze. Ale z mojego doświadczenia wynika, że szczególnie niemądrze jest mieć do czynienia z tymi, którzy wahają się między wiarą a jej odrzuceniem.

— Z pewnością, kwestorze, ale to moja sprawa, z kim rozma wiam.

— Oczywiście, panno Els, i proszę się nie obrażać. Radzę tylko z głębi studni dobroci, jaką jest moje serce. Prawda, Miętusku?

— Niech ten, kto jest bez grzechu, pierwszy rzuci kamień — zauważyło stworzenie.

* * *

Kilometr od wschodniego krańca mostu droga skręciła z powrotem ku skalnej ścianie i wzniosła się stromym wąwozem, by wieloma zawrotnymi serpentynami, niebezpiecznymi półkami i tunelami doprowadzić karawanę do poziomu mostu. Przed nimi rozciągała się prosta jak lufa karabinu droga, nieogrodzona po obu stronach, błyszcząca łagodnym diamentowym połyskiem lodu oświetlonego gwiazdami.

Nabierając szybkości, karawana pędziła już po gładszej i równiejszej drodze, nie zniszczonej przez skalne osuwiska. Było tu bardzo niewielu pielgrzymów. Większość z nich nie poszła mostem, więc ryzyko, że jakiś nieszczęśliwiec zostanie rozjechany na śmierć przez maszyny, było minimalne.

Rashmika przypominała sobie, że z daleka wydawało jej się, iż powierzchnia mostu tworzy lekki łuk, tymczasem teraz wyglądała na płaską i prostą, jakby ułożoną za pomocą lasera. Próbowała rozwiązać tę zagadkę, kiedy zdała sobie sprawę — czując zawrót głowy — że w tej chwili widzi jedynie drobny ułamek długości całego mostu.

Podeszła do innego punktu widokowego i spojrzała w tył. Kilka pojazdów tego skrzydła karawany znajdowało się już na moście. Po raz pierwszy miała okazję do oszacowania głębokości rozpadliny.

Pionowa skalna ściana poryta była gigantycznymi śladami geologicznych pazurów, tu pionowymi, tam poziomymi, jeszcze gdzie indziej ukośnymi lub zakręconymi i nakładającymi się na siebie. Iskrzyła się i lśniła cętkami niebieskoszarego lodu i pasmami ciemniejszych osadów. Gzyms, po którym przejechała karawana, widziany teraz z lewej strony wydawał się o wiele za wąski, by mogło po nim przetoczyć się coś, co waży pięćdziesiąt tysięcy ton. Kiedy po nim przejeżdżali, Rashmika nie czuła się bezpiecznie, ale wmówiła sobie, że rozpadlina pod nimi ma głębokość tylko kilkudziesięciu metrów.

Podczas reszty przeprawy nie spotykała już kwestora. Po godzinie oceniła, że przeciwległa ściana rozpadliny wygląda na tylko nieco bardziej oddaloną od tej, którą zostawiali za sobą. Musieli się zbliżać do środka mostu. Dlatego szybko, ale robiąc jak najmniej zamieszania, Rashmika nałożyła skafander próżniowy i przekradła się na dach karawany.

Stąd widok był całkowicie odmienny od tego, który oglądała z hermetycznego przedziału. Znacznie łatwiej było jej obserwować dno przepaści, które znajdowało się dobre kilkanaście kilometrów poniżej. Z tej pespektywy wydawało się, że pełznie ono naprzód, podczas gdy płaska wstęga drogi mknęła w tył pod karawaną. Ta sprzeczność natychmiast spowodowała zawrót głowy i Rashmika odczuła nagłe pragnienie położenia się na dachu maszyny z rozrzuconymi rękami i nogami, by nie wypaść przez krawędź. Jednak ugięła tylko kolana i obniżyła środek ciężkości, przez co zdołała pozostać na nogach.

Droga wydawała się jedynie nieco szersza od karawany. Poruszali się środkiem, tylko czasami zjeżdżając na jedną lub drugą stronę, by uniknąć łaty zgrubiałego lodu lub kamieni, złożonych tam przez wybuchy wulkaniczne gdzieś na Heli. Niektóre z nich sięgały do wysokości połowy kół karawany. Świadomość, że walnęły w drogę i nie rozbiły mostu, dodawała Rashmice otuchy.

Nagle zauważyła coś na dnie rozpadliny. Była to ogromna kupa śmieci, o kilkukilometrowej średnicy. O ile Rashmika mogła stwierdzić, jej epicentrum leżało dokładnie pod mostem. Obok znajdowały się jakby resztki zburzonych konstrukcji, coś, co mogło być przechyloną na bok najwyższą partią iglicy, szczątki rozbitej maszynerii, przysypane pyłem i gruzem.

Więc ktoś próbował jednak przebyć most katedrą.

Przechodziła między pojazdami, przyglądając się Obserwatorom, którzy nadal przebywali na swych platformach nachylonych ku sferze Haldory. Ich lustrzane płyty twarzowe przywodziły Rashmice na myśl dziesiątki starannie zapakowanych tytanowych jaj.