Wtedy zobaczyła inną postać w skafandrze; czekała na następnym pojeździe, oparta o poręcz. Na widok Rashmiki, obróciła się ku niej i przywołała ją gestem.
Rashmika przeszła obok Obserwatorów i wkroczyła na następną kołyszącą się kładkę. Karawana ostro skręciła, przejechała krętym przejściem między dwoma zawałami, a potem, podskakując i chrzęszcząc, pokonała serię mniejszych przeszkód.
Druga postać miała na sobie typowy skafander próżniowy. Rashmika nie miała pojęcia, czy to typ noszony przez Obserwatorów, gdyż nigdy nie widziała, co mają pod habitami. Lustrzana srebrna przyłbica nic nie zdradzała.
— Pietr? — spytała na kanale ogólnym.
Nie było odpowiedzi, natomiast postać zaczęła ją jeszcze usilniej przywoływać.
Czy to jakaś pułapka? Kwestor wiedział o jej rozmowie z młodym człowiekiem. Całkiem prawdopodobne, że wiedział również o ich wcześniejszym spotkaniu na dachu i na pewno nie był z tego zadowolony. Ale ponieważ teraz załatwił jej pracę w brygadzie czyścicieli, uważała, że jest zainteresowany tym, by ją dowieźć do Drogi Ustawicznej.
Rashmika zbliżyła się do tajemniczej postaci. Jej skafander miał twardą powłokę i ściśle przylegał do ciała. Hełm i oliw — kowozielone kończyny z harmonijkowymi stawami błyszczały srebrem. Odmiennie niż skafandry pieszych pielgrzymów, ten był pozbawiony ornamentacji czy religijnych ozdób.
Płyta twarzowa zwróciła się ku niej. Zobaczyła, jak plamy światła połyskują na twarzy za szybą, cień pada poniżej wydatnych kości policzkowych.
Pietr wyciągnął ramię i drugą dłonią odsunął klapkę na przegubie. Odwinął cienkie włókno optyczne i podał koniec Rashmice.
Oczywiście. Bezpieczna łączność. Wzięła włókno i włożyła do odpowiedniego gniazda swego skafandra. Takie włókna umożliwiały łączność między skafandrami w przypadku awarii radia czy sieci ogólnej. Nadawały się też idealnie do prywatnych rozmów.
— Cieszę się, że ci się udało — powiedział Pietr.
— Szkoda, że nie rozumiem powodów tej zabawy w konspi ratorów.
— Lepiej dmuchać na zimne. Naprawdę nie powinienem był rozmawiać z tobą na temat zniknięć, przynajmniej nie na dole, we wnętrzu karawany. Czy myślisz, że ktoś nas słyszał?
— Kiedy odszedłeś, przyszedł kwestor i przeprowadził ze mną cichą rozmowę.
— To zupełnie mnie nie dziwi — odparł Pietr. — On tak na prawdę nie jest człowiekiem religijnym, ale wie, kto smaruje mu chleb masłem. Kościoły płacą mu pensję, więc nie chce, by ktoś kołysał jego łódź, szerząc nieortodoksyjne pogłoski.
— Przecież nie nawoływałeś do likwidacji kościołów — odparła Rashmika. — Z tego, co pamiętam, rozmawialiśmy jedynie o zniknięciach.
— Cóż, z punktu widzenia pewnych ludzi jest to wystarczająco niebezpieczne. Skoro już o tym mówimy, to znaczy punkcie widzenia, czyż nie jest to coś pięknego?
Pietr obrócił się wkoło na piętach, wykonując wolną dłonią zamaszysty ruch.
Rashmika uśmiechnęła się na widok jego entuzjazmu.
— Nie jestem pewna. Niespecjalnie lubię wysokości.
— Och, daj spokój. Zapomnij o tej całej sprawie ze zniknięciami, zapomnij o swym śledztwie, przynajmniej teraz. Podziwiaj widok. Miliony ludzi nigdy, przenigdy nie zobaczą tego, co teraz widzisz.
— Mam uczucie, jak gdybyśmy wchodzili na cudze terytorium, jakby czmychacze zbudowali ten most po to, by go podziwiać, ale nigdy nie wykorzystywać.
— Niewiele o nich wiem. Powiem nawet, że nie mam pojęcia, co myśleli, kiedy go budowali. Ale most jest tutaj, prawda? Szkoda byłoby go nie wykorzystać.
Rashmika spojrzała w dół na kupę śmieci.
— Czy to prawda, co mówił mi kwestor? Czy ktoś kiedyś pró bował przeprowadzić przez ten most katedrę?
— Tak powiadają. Nie znajdziesz jednak o tym świadectwa w żadnym z zapisów ekumenicznych.
— Ale mimo wszystko to się wydarzyło?
— To była sekta, która się odłączyła — powiedział Pier. — Osobny kościół z małą katedrą. Nazywali się Numerykami. Nie byli częścią żadnej z organizacji ekumenicznych i mieli bardzo ograniczone kontakty handlowe z innymi kościołami. Ich system wierzeń był… dziwny. Przede wszystkim byli politeistami. Większość kościołów natomiast jest monoteistyczna i silnie nawiązuje do starej religii abrahamicznej. Nazywam ich kościołami siarki i ognia piekielnego. Jeden Bóg, jedno Niebo, jedno Piekło. Ale ci, którzy zrobili tam na dole ten bałagan… byli o wiele dziwniejsi. Cały ich ogląd świata — ich cała kosmologia — był tak beznadziejnie nie — ortodoksyjny, że nie było żadnej możliwości dialogu ekumenicznego. Numerycy byli żarliwymi matematykami. Uważali badanie liczb za najwyższe z powołań, za jedyny możliwy sposób zbliżenia się do świętości. Wierzyli, że istnieje Bóg dla każdej klasy liczb: Bóg liczb całkowitych, Bóg liczb rzeczywistych, Bóg zera. Mieli też bogów pomocniczych: drugorzędny Bóg liczb niewymiernych, drugorzędny Bóg liczb pierwszych. Inne kościoły nie mogły strawić takiego typu dziwactwa. Tak więc Numerycy byli ignorowani i po pewnym czasie stali się zacofanymi paranoikami.
— Nie dziwota w takich okolicznościach.
— Ale jest coś jeszcze. Interesowali się statystyczną interpretacją zniknięć i wykorzystywali tajemne teorie prawdopodobieństwa. W tamtym czasie nie było tak wielu zniknięć, więc było mniej danych — ale mówili, że ich metody są dostatecznie dobre, by sobie z tym radzić. A to, do czego doszli, było szokujące.
— Mów dalej. — Wreszcie Rashmika zrozumiała, dlaczego Pietr chciał, by wyszła na dach w połowie przeprawy.
— To oni jako pierwsi utrzymywali, że częstotliwość znik nięć rośnie, ale było to trudne do udowodnienia statystycznie. Twierdzili również, że same zniknięcia są coraz dłuższe, choć przyznawali, że dowody na to nie są „znaczące” w sensie staty stycznym.
— Ale mieli rację, prawda?
Pietr potaknął; w jego hełmie kiwał się odbity krajobraz.
— Przynajmniej jeśli chodzi o pierwszą część. Obecnie nawet zgrubne metody statystyczne wykazują, że zniknięcia stają się zdecydowanie częstsze.
— A druga część?
— Nie została udowodniona. Ale nowe dane również jej nie obaliły.
Rashmika znowu zaryzykowała spojrzenie w dół.
— Ale co się z nimi stało? Dlaczego skończyli tam na dole?
— Nikt naprawdę nie wie. Jak mówiłem, kościoły nawet nie chcą przyznać, że próba przeprawy w ogóle miała miejsce. Jeśli głębiej pokopać — na przykład papierach odnoszących się do rzadkich transakcji handlowych — natrafi się na lakoniczne stwier dzenie, że Numerycy kiedyś istnieli, ale nie znajdziesz nic o tym, że przeprawiali się przez Otchłań Rozgrzeszenia.
— A jednak to się wydarzyło.
— Próbowali, owszem. Myślę, że nikt nigdy się nie dowie, dlaczego. Może była to rozpaczliwa próba, by zmniejszyć nieco prestiż kościołów, które ich ignorowały. Może opracowali skrót, który miał ich wyprowadzić na czele głównej procesji, bez tracenia z oczu Haldory. Nie ma to tak naprawdę znaczenia. Próbowali przeprawy, nie udało im się. A dlaczego im się nie udało, to już inna sprawa.
— Most się nie załamał — zauważyła Rashmika.
— Nie, nic nie wskazuje na to, że to z powodu mostu. Ich katedra była mała, jeśli porównać ją z głównymi, a miejsce wy padku pozwala stwierdzić, że zanim się ześlizgnęli, przejechali spory kawał drogi. Przypuszczam, że manewrowanie było trudną sprawą, i kiedy dojechali na środek mostu, stracili równowagę i spadli. Ale kto to wie?