Выбрать главу

Rashmika nachmurzyła się.

— Ich błąd?

— Tych, którzy go zabili — wyjaśnił.

* * *

Stali przez chwilę w milczeniu. Karawana minęła punkt szczytowy mostu i rozpoczął się długi łagodny zjazd na drugą stronę rozpadliny. Na lewo, na południowo-zachodniej ścianie Rashmika zobaczyła drugi kręty gzyms. Wydawał się narysowany ołówkiem na ścianie, ale jednak to naprawdę był gzyms. Bardzo niedługo znajdą się na nim, mając przeprawę za sobą. Będą mogli powiedzieć, że most wytrzymał i że ze światem wszystko będzie dobrze — przynajmniej tak dobrze jak wtedy, kiedy wyruszali.

— Czy dlatego tutaj przybyłeś? — zapytała Pietra. — Dowiedzieć się, dlaczego zabili staruszka?

— To nie jest jedno z twoich świeckich dochodzeń — odparł.

— Jeśli to nie jest dochodzenie, to po co tu jesteś?

— Chciałbym wiedzieć, dlaczego zamordowali Saula, ale chciał bym dowiedzieć się czegoś więcej: dlaczego przekłamali słowa Boga.

Już pytała go o jego wiarę, ale nadal chciała zbadać granice jego uczciwości. Musi być jakaś szparka, jakieś pęknięcie w tarczy jego wiary.

— Więc wierzysz w to, że zniknięcia są słowami Boga?

— Mocniej niż w cokolwiek innego.

— W takim razie… jeżeli prawdziwy wzorzec zniknięć różni się od oficjalnej wersji, prawdziwe przesłanie Boga jest ukrywane; słowo boże jest przekazywane ludowi w wypaczonej postaci.

— Właśnie tak. — W jego głosie brzmiało zadowolenie. Miała wrażenie, że po raz pierwszy od wieków zdjęto z niego brzemię. — A moja pomyłka polegała na tym, że myślałem, iż zdołam uciszyć te wątpliwości poprzez bezmyślną obserwację. Ale to nie pomogło. Zobaczyłem, jak tam stoisz, niezłomna i niezależna, i zrozumiałem, że muszę zrobić to samo.

— To… bliskie temu, co ja sama czułam.

— Powiedz mi o swoim dochodzeniu, Rashmiko. Opowiedziała mu więc o Harbinie, o tym, że według niej został siłą nawrócony przez któryś z kościołów. Opowiedziała, jak reszta rodziny zaakceptowała jakiś czas temu wiarę Harbina, ale ona nigdy nie mogła się pogodzić z faktem, że tak łatwo się ulotnił.

— Musiałam to zrobić — powiedziała. — Musiałam odbyć tę pielgrzymkę.

— Myślałem, że nie jesteś pielgrzymem.

— To przejęzyczenie — odpowiedziała. — Ale nie była pewna, czy rzeczywiście mówiła szczerze.

Ararat, 2675

Górne pokłady „Nostalgii za Nieskończonością” były zapchane ewakuowanymi. Antoinette nie chciała myśleć o nich jak o bydle, ale gdy natknęła się na masę ciał i nie mogła swobodnie przejść, poczuła frustrację. Wiedziała, że to istoty ludzkie, zwykli ludzie wplątani w wir wydarzeń, które ledwie pojmowali. W innych okolicznościach mogłaby być jedną z nich, równie przestraszoną i oszołomioną jak oni. Jej ojciec zawsze podkreślał, jak łatwo można się znaleźć po niewłaściwej stronie. Nie zawsze jest to kwestia inteligencji i siły zdecydowania. Nie zawsze chodzi o dzielność lub wewnętrzną dobroć. Może równie dobrze chodzić o miejsce twego nazwiska w spisie alfabetycznym, skład chemiczny krwi albo o to, czy masz wystarczające szczęście, by być córką człowieka, który akurat posiada statek.

Powstrzymywała się od przepychania przez tłumy ludzi czekających na załatwienie ich spraw, starając się jak najgrzeczniej posuwać do przodu, patrząc w oczy i przepraszając z uśmiechem. Ale motłoch — nie mogła tak o nich nie myśleć, mimo dobrych intencji — był tak głupi, że cierpliwości starczyło jej tylko na dwa pokłady. Potem coś w niej pękło i zaczęła przepychać się z całej siły, z zaciśniętymi zębami, ignorując wymysły, które szły w ślad za nią.

Wreszcie przepchnęła się przez tłum i przeszła przez trzy bezludne poziomy, wykorzystując drabiny międzypokładowe i schody. Poruszała się niemal w ciemnościach, klnąc w duchu, że nie wzięła latarki. Potem weszła w coś mokrego i kleistego i cieszyła się, że tego nie widzi.

W końcu znalazła działającą windę i wezwała ją kontrolkami. Nachylenie statku było niepokojąco widoczne, ale dotychczas chyba nie wpłynęło to na główne funkcje statku. Słyszała, jak winda sunie ku niej, grzechocząc o szyny indukcyjne, i wykorzystała chwilę, by sprawdzić poziom neutrino na swej jednostce przegubowej. Przy założeniu, że monitory na planecie dalej zasługują na zaufanie, statek miał obecnie pięć czy sześć procent poniżej niezbędnej wartości napędu. Kiedy ten próg zostanie osiągnięty, statek będzie miał wystarczająco dużo energii, by podnieść się z powierzchni Araratu i wlecieć na orbitę.

Tylko pięć lub sześć procent. Kiedyś potok neutrino przeskakiwał taką wartość w ciągu kilku minut. Bez pośpiechu, Johnie — pomyślała. — Nikomu z nas nie jest aż tak pilno.

Winda zwalniała, aż zatrzymała się ze szczękiem mechanizmów. Drzwi się otworzyły. Kiedy Antoinette weszła do pustej kabiny, kleista ciecz spłynęła za nią. Znowu poczuła wściekłość, że zapomniała zabrać ze sobą latarkę. Zrobiła się niedbała i uważała za pewnik, że kapitan wpuści ją do swego królestwa niczym przyjaciela domu. Ach, proszę wejdź. Rozsiądź się wygodnie. Co słychać?

A jeśli tym razem nie powita jej z entuzjazmem? W windzie nie działał prawidłowo żaden z systemów sterowania głosem. Z wyuczoną łatwością Antoinette odczepiła panel dostępu, odsłaniając sterowanie ręczne. Kontrolki oznakowano staroświeckim pismem, ale już się z nimi zapoznała. Winda zawiezie ją w dół, a potem będzie musiała przesiąść się do innej, co oznacza co najmniej kilkusetmetrową podróż przez statek, przy założeniu, że od czasu jej ostatniej wizyty na drodze nie pojawiły się żadne zapory. A może byłoby lepiej wejść na górę i wsiąść w inną windę? Antoinette zdawała sobie sprawę, że minuta tu czy tam może decydować o wszystkim.

Ale wtedy winda ruszyła. I ona nie miała z tym nic wspólnego.

— Cześć, Johnie — powiedziała.

DWADZIEŚCIA DZIEWIĘĆ

Ararat, 2675

Prom krążył nad Pierwszym Obozem.

Słońce niemal zaszło. W wątłym świetle późnego popołudnia Vasko i jego towarzysze obserwowali, jak odziana w zieleń iglica przesuwa się za przylądek, rzucając przechylony cień, który przesuwał się nie tylko z powodu zachodzącego słońca, ale również zmieniającej się pozycji nachylenia statku. Statek poruszał się tak wolno, że niemal niezauważalnie. Było to jak obserwowanie wskazówki godzinowej zegara: ruch stawał się naprawdę widoczny wtedy, kiedy na minutę czy dwie odwróciłeś wzrok. Ale statek naprawdę się poruszał, wleczony przez biomasę, a teraz od zatoki oddzielał go niewielki język lądu. Z pewnością niewystarczający, by całkowicie powstrzymać fale przypływowe, ale prawdopodobnie trochę złagodzi sytuację w miarę przesuwania się statku.

— Czy dostała się na pokład? — spytała Khouri. Miała oczy szeroko otwarte. Aura zdawała się znowu spać, Khouri mówiła więc tylko za siebie.

— Tak — potwierdził Vasko.

— Mam nadzieję, że zdoła mu przemówić do rozsądku.

— Co się tam wydarzyło… — zaczął Vasko. Spojrzał na Khouri, oczekując, że coś powie, ale Khouri milczała. — Kiedy Aura do nas przemówiła…

— Tak?

— To rzeczywiście była ona, prawda?

Khouri spojrzała na niego, lekko mrużąc jedno oko.

— Czy to cię gnębi?

— Chciałem po prostu wiedzieć. Ona teraz śpi, prawda?

— Nie ma jej w mojej głowie.

— Ale była?