— Dlaczego o to pytasz, Malinin?
— Chciałbym wiedzieć, jak to się dzieje — odparł. — Sądzę, że może być dla nas użyteczna. Już nam pomogła, ale to tylko początek, prawda?
— Już ci mówiłam. Aura wie różne rzeczy. Musimy po prostu słuchać.
Wieczorem, gdy karawana przeprawiła się przez most, Rashmika siedziała sama w swym pokoju. Otworzyła drżącymi dłońmi mały pojemnik, który dostała od Pietra. Obawiała się jakiegoś oszustwa czy sztuczki, ale w pojemniku rzeczywiście była tylko rolka cienkiego żółtego papieru. Wygładziła go starannie, a potem obejrzała słabo widoczne po jednej stronie kartki szare znaki.
Dla niewyszkolonego oka znaki te dokładnie nic nie znaczyły, ale ona chwilę pomyślała i już wiedziała. Rozstawione w różnych odstępach pionowe kreski — zebrane w grupach i coraz bliższe, kiedy przesuwała wzrokiem z lewa na prawo — przypominały diagram chemicznych linii absorpcyjnych w widmie gwiazdy, grupujących się coraz bliżej continuum stanów. Ale te linie przedstawiały indywidualne zniknięcia, a nieodgadnione continuum leżało w przyszłości. Co to dokładnie znaczy? Czy zniknięcia staną się normą, czy Haldora będzie znikać z rzeczywistości i pojawiać się ponownie jak zepsuta świetlówka? Czy może planeta po prostu przestanie istnieć na zawsze?
Znowu przestudiowała znaki. Powyżej jednej sekwencji znaków znajdowała się druga. Różniły się tylko w jednym punkcie, gdzie niższa sekwencja miała dodatkowy pionowy znak.
Dwadzieścia kilka lat temu, jak mówił Pietr.
Przed dwudziestu kilku laty Haldora wypadła z rzeczywistości na jedną i jedną piątą sekundy. Długie kosmiczne mrugnięcie. Nie chwila nieuwagi stworzyciela, ale dojrzała boska drzemka. I podczas tej nieobecności zdarzyło się coś, co kościołom się nie podobało. Coś, co warte było nawet życia nieszkodliwego starca.
Znowu spojrzała na papier i po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać, dlaczego Pietr go jej dał i co chciał, by z tym zrobiła.
Winda zjeżdżała kilka minut, a potem Antoinette poczuła szarpnięcie. Krzyknęła, myśląc, że za chwilę się rozbije, ale winda zjeżdżała dalej gładko przez kilkanaście sekund, a potem Antoinette poczuła następną serię szarpnięć, kiedy kabina znowu zmieniała trasę. Nie mogła się zorientować gdzie jest; wiedziała jedynie, że wewnątrz statku. Może znajdowała się nawet poniżej linii wody, w ostatnich kilkuset metrach zatopionego kadłuba. Wszystkie mapy, która mogłaby ze sobą zabrać — oczywiście żadnej nie miała — byłyby obecnie całkowicie bezużyteczne. Nie chodziło tylko o to, że te wilgotne i zimne poziomy były trudno dostępne z górnych pokładów, ale również o to, że ich architektura podlegała dezorientującym zmianom. Przez długi czas zakładano, że linie wind pozostawały stabilne, gdy zmieniało się wszystko inne, ale Antoinette wiedziała, że tak nie jest i że kierowanie się znajomymi punktami odniesienia byłoby czczym wysiłkiem. Gdyby miała ze sobą kompas inercyjny i grawitometr, mogłaby ustalić swoją pozycję w trójwymiarowej przestrzeni z dokładnością do kilkudziesięciu metrów… ale nie wzięła tych przyrządów i dlatego nie miała innego wyjścia, jak tylko zaufać kapitanowi.
Winda dotarła na miejsce. Drzwi otworzyły się i wypuściły resztki cieczy. Antoinette czuła, jak mokre brzegi nogawek nieprzyjemnie ocierają się o jej łydki. Naprawdę nie była ubrana na spotkanie z kapitanem. Co on sobie pomyśli?
Wyjrzała i zdławiła westchnienie zaskoczenia i radości. Mimo że wiedziała, że każda chwila jest cenna, musiała się zachwycić widokiem, jaki ujrzała. Spodziewała się kolejnego ponurego i wilgotnego sektora.
A tymczasem kapitan przyprowadził ją zupełnie gdzie indziej. Była to ogromna komora, która na pierwszy rzut oka wydawała się w ogóle nie mieć granic. W górze rozciągało się nieskończone niebo w odcieniu heraldycznego błękitu. Wokół widziała jedynie wznoszące się stopniowo rzędy drzew, sięgające w dal, w niebieskozieloną nieskończoność. Wiał miły wonny wiaterek, a z wysokich gałęzi najbliższych drzew dochodziły odgłosy zwierząt. Kręte drewniane schody prowadziły na cudowną polankę. Z boku widać było mały staw zasilany szumiącym wodospadem. Woda w sadzawce, z wyjątkiem miejsca, gdzie wodospad wzburzył ją do kremowej białości, miała piękną czerń kosmosu. Czerń wody powodowała, że wydawała się wspaniale chłodna i zapraszająca.
Nieco dalej, na idealnie utrzymanej murawie stał drewniany stół, a po obu jego stronach ławy z długich kłód.
Mimowolnie zrobiła krok do przodu i drzwi windy zamknęły się za nią. Antoinette zeszła po schodach na polankę, gdzie trawa lśniła wszystkimi odcieniami zieleni i żółci, jakie mogła sobie wyobrazić.
Słyszała o tym miejscu. Przypomniała sobie, że Clavain raz wspominało polanie na „Nostalgii za Nieskończonością”. Kiedyś jej położenie było dobrze zmapowane, ale kiedy wielki statek opróżniono po lądowaniu na Araracie, nikt nie mógł ponownie natrafić na polanę. Grupy ludzi przetrząsały części statku, gdzie jakoby miała się znajdować, ale nic nie znalazły.
Polana była ogromna. To zdumiewające, że można było ją zgubić, ale „Nostalgia za Nieskończonością” była gigantyczna, i jeśli kapitan nie chciał, by coś znaleziono… to z pewnością posiadał odpowiednie środki, by to ukryć. Korytarze dostępowe i linie wind można było puścić inną drogą. Całe to miejsce — komora, polana i wszystko inne — mogło być nawet przenoszone w ten sam sposób, w jaki stare kule przez lata odbywają powolne kręte podróże w ciałach postrzelonych ludzi.
Antoinette nie sądziła, że kiedykolwiek dowie się, gdzie to jest. Ale kapitan przyprowadził ją tutaj na własnych warunkach i być może nigdy jej nie pozwoli, by to znowu zobaczyła.
— Antoinette.
Głos był szumem, modulacją szmeru wodospadu.
— Tak?
— Znów o czymś zapomniałaś, prawda?
Czy mówił o latarce? Nie, z pewnością nie. Uśmiechnęła się. Jednak nie była taka zapominalska, jak się obawiała.
Wsunęła gogle na oczy. Kolory polany, jeśli się zmieniły, to na jeszcze jaśniejsze. W powietrzu unosiły się ptaki, żywe bohomazy czerwieni i żółci na tle nieba. Ptaki! Wspaniale było znowu zobaczyć ptaki, nawet jeśli wiedziała, że to gogle je stworzyły.
Antoinette rozejrzała się i ze zdziwieniem zauważyła, że ma towarzystwo. Po obu stronach stołu siedzieli ludzie.
Dziwni ludzie. Naprawdę dziwni.
— Chodź do nas — powiedział jeden z nich, zapraszając ją do zajęcia wolnego miejsca. Był to John Brannigan — była tego pewna — ale znowu pojawił się w nieco innej postaci.
Widziała go dwa razy i było to związane z Marsem. Pierwszy raz nosił skafander tak staromodny, że niemal szukał w nim otworu na wsypywanie węgla. Za drugim razem skafander był nieco bardziej współczesny: nie nowoczesny, ale przynajmniej o pokolenie późniejszy niż pierwszy. John Brannigan wyglądał wtedy starzej — oceniała, że o dekadę czy dwie. A teraz patrzyła na jego jeszcze starszą wersję, w skafandrze, który znowu był młodszy o około pół stulecia, jeśli chodzi o modę.
Tak naprawdę to nie był skafander, raczej rodzaj kokonu. Przez przezroczysty materiał dostrzegała niewyraźnie skomplikowane, wyglądające na organiczne, mechanizmy: nerkowe wybrzuszenia i fioletową, płucopodobną masę, która biła i pulsowała. Jaskrawozielone ciecze mknęły przez mile kiszkowatych rur. Poniżej kapitan był nagi, paskudne mechanizmy cewnikowe i zarządzania odchodami były doskonale widoczne. Kapitan wydawał się tego nieświadomy. Patrzyła na mężczyznę z bardzo oddalonego stulecia, które wydawało się jeszcze bardziej dziwne i odległe niż te, kiedy pojawił się pierwsze dwa razy.