Skafander nie przykrywał głowy. Kapitan wyglądał teraz starzej. Wydawało się, że skórę przyssano mu do podłoża jakimś urządzeniem próżniowym, tak że wypełniała każdą szczelinę. Antoinette mogła z chirurgiczną precyzją zmapować jego żyły pod skórą. Wyglądał delikatnie, jakby można było go zgnieść dłońmi.
Usiadła na wskazanym miejscu. Inni ludzie przy stole mieli na sobie takie same skafandry, różniące się tylko szczegółami. Ale nie wszyscy byli jednakowi. Niektórym brakowało sporych kawałków ciała, które zastąpione zostały taką samą złożoną maszynerią i jaskrawozielonymi rurkami, jak w skafandrze kapitana. Jedna z kobiet nie miała ramienia. Na jego miejscu znajdował się szklany odlew, wypełniony strukturą z kości, mięsa i włókien nerwowych. Inna osoba, tym razem mężczyzna, miała szklaną twarz napełnioną żywą tkanką. Jeszcze inny człowiek miał dwie głowy: kobiety — mniej więcej na właściwym miejscu — i młodego mężczyzny — wyrastającą nad jej prawym ramieniem.
— Nie zwracaj na nich uwagi — powiedział kapitan. Antoinette zdała sobie sprawę, że musiała natarczywie się gapić.
— Nie chciałam…
— To żołnierze. Resztki Koalicji dla Czystości Neuralnej z pierwszej linii frontu — powiedział John Brannigan i uśmiechnął się.
Jeśli kiedyś dla Antoinette coś to znaczyło, była to historia, o której dawno temu zapomniała.
— A ty? — zapytała.
— Ja też byłem kimś takim przez pewien czas, kiedy odpowiadało to moim potrzebom. Byliśmy na Marsie, walczyliśmy z Hybrydowcami, ale nie mogę powiedzieć, że przykładałem się do tego całym sercem.
Antoinette pochyliła się w przód. Przynajmniej stół był prawdziwy.
— Johnie, jest coś, o czym koniecznie musimy porozmawiać.
— Och, nie psuj nam zabawy. Zaczynałem właśnie pogawędkę z moimi kumplami z wojska.
— Wszyscy ci ludzie są martwi, Johnie. Umarli… hmmm… trzysta albo czterysta lat temu. Tak więc przerwij tę nostalgiczną podróż, dobrze? Musisz cholernie mocno być tu i teraz.
— Widzisz Kolenkov? Tę z dwiema głowami?
— Trudno jej nie zauważyć — powiedziała z westchnieniem Antoinette.
— Ten na jej ramieniu to brat. Zaciągnęli się razem. Został celem ataku pajęczego zamiatacza. Natychmiastowa dekapitacja. Przygotowują dla niego nowe ciało na Dejmosie. Mogą tym czasowo wszczepić głowę w maszynę, ale zawsze lepiej, jeśli jest podłączona do żywego ciała.
— Z pewnością. Kapitanie…
— Tak więc Kolenkov dźwiga głowę brata, dopóki nie skończą przygotowywać jego ciała. Mogą nawet stoczyć bitwę. Widziałem takie rzeczy. Pająki są odważne, ale podejrzewam, że dwugłowi żołnierze mogą ich przestraszyć.
— Kapitanie. Johnie, posłuchaj. Musisz się skupić na teraźniejszości. Mamy kłopoty tutaj na Araracie. Już o tym rozma wialiśmy.
— Och, te sprawy — powiedział jak chłopiec, któremu przypomina się o pracy domowej w pierwszy dzień wakacji.
Antoinette walnęła w stół tak mocno, że posiniaczyła sobie pięść.
— Wiem, że nie chcesz się tym zajmować, Johnie, ale mimo to musimy o tym porozmawiać. Nie możesz odlecieć tak po prostu, kiedy ci się spodoba. Może ocalisz, kilka tysięcy ludzi, ale znacznie, znacznie więcej umrze.
Towarzystwo zmieniło się. Nadal siedziała przy stole razem z żołnierzami — rozpoznawała nawet niektóre twarze — ale teraz wszyscy wyglądali tak, jakby przeżyli kilka dodatkowych lat wojny. Kapitan miał w miejscu ręki niezgrabną protezę. Skafandry były teraz zrobione z przesuwnych zestawów naoliwionych płytek. Były nadodbijające, jak łuski zamarzniętej rtęci.
— Pieprzeni Demarchiści — powiedział kapitan. — Pozwolili nam trzymać to wymyślne biotechnologiczne gówno aż do chwili, kiedy rzeczywiście było nam potrzebne. Naprawdę dawaliśmy pająkom w dupę, ale wtedy wycofali licencje, mówiąc, że gwałcimy warunki jego przyzwoitego użytkowania. Wszystkie te rzeczy po prostu kurewsko stopniały z dnia na dzień. Biobroń, skafandry — poszło! Teraz zobacz, czym musimy pracować.
— Jestem pewna, że doskonale sobie poradzicie — powiedziała Antoinette. — Kapitanie, posłuchaj. Żonglerzy Wzorców przesuwają statek w bezpieczne miejsce. Musisz dać im czas.
— Mieli czas — odparł.
Był to napawający otuchą moment jasnego myślenia, połączenie z teraźniejszością.
— Za mało.
Stalowa pięść nowego ramienia zacisnęła się.
— Nie rozumiesz. Musimy opuścić Ararat. Nad nami otwierają się okna.
Poczuła dreszcz na karku.
— Okna, Johnie?
— Czuję je. Czuję mnóstwo rzeczy. Jestem statkiem, do cholery.
Nagle byli całkiem sami. Jedynie kapitan i Antoinette. W połyskującym pancerzu mężczyzny Antoinette zobaczyła odbicie ptaka przemierzającego niebo.
— Jesteś statkiem. Dobrze. Więc przestań jęczeć i zacznij działać jak statek, poczynając od poczucia odpowiedzialności za swoją załogę. Ze mną włącznie. Co to za okna?
Przez chwilę milczał. Czyżby do niego dotarła, czy też może umykał gdzieś głębiej?
— Drogi ucieczki — odpowiedział w końcu. — Czyste kanały. Otwierają się, a potem zamykają.
— Możesz się mylić. Byłoby bardzo, bardzo źle, gdybyś się mylił.
— Nie sądzę, żebym się mylił.
— Czekaliśmy z nadzieją na znak — powiedziała Antoinette. — Na jakiś sygnał od Remontoire’a. Ale nie nadszedł.
— Może wiadomości się nie przebijają. Może próbuje, i to jest najlepsze, co może uzyskać.
— Daj nam kilka godzin więcej. To wszystko, o co prosimy. Tylko tyle czasu, by przenieść statek na bezpieczną odległość. Proszę, Johnie.
— Opowiedz mi o dziewczynce. Opowiedz o Aurze. Antoinette nachmurzyła się. Pamiętała, że wspominała o dziewczynce, ale chyba nie podała kapitanowi jej imienia.
— Aura ma się dobrze — odparła ostrożnie. — Czemu pytasz?
— Co ona ma do powiedzenia na ten temat?
— Sądzi, że powinniśmy zaufać Żonglerom Wzorców.
— A poza tym?
— Ciągle mówi o jakimś miejscu zwanym Hela. To ma coś wspólnego z człowiekiem o imieniu Quaiche.
— To wszystko?
— Tak, to wszystko. Może to nawet nic nie znaczy. Zresztą to nie Aura nam o tym mówi — wszystko przekazuje nam jej matka. Nie sądzę, by Scorpio brał to poważnie. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy Sama traktuję to poważnie. Oni naprawdę, naprawdę chcą wierzyć, że Aura jest kimś cennym, gdyż tak wiele ich kosztowała. Ale jeśli to nieprawda? W końcu to tylko dziecko. A jeśli wie wcale nie tak wiele, jak wszyscy chcą, by wiedziała?
— Co Malinin o tym myśli? To pytanie ją zaskoczyło.
— Czemu akurat Malinin?
— Rozmawiają o nim. Słyszę ich. O Aurze mówili w ten sam sposób. Słyszę te tysiące ludzi w moim wnętrzu, wszystkie ich szepty, wszystkie ich tajemnice. Potrzebują nowego przywódcy. Może to być Malinin, może być Aura.
— Nie było nawet oficjalnej informacji o istnieniu Aury — zauważyła Antoinette.
— Naprawdę uważasz, że to ma jakieś znaczenie? Wszyscy o tym wiedzą. Nie możesz czegoś takiego trzymać w tajemnicy, Antoinette.
— Oni już mają przywódcę.
— Chcą kogoś nowego, zdolnego i trochę przerażającego. Kogoś, kto słyszy głosy, komu pozwolą, aby ich prowadził w niepewnych czasach. Scorpio nie jest takim przywódcą. — Kapitan przerwał i pogłaskał fałszywą dłoń oszpeconymi palcami drugiej ręki. — Okna nadal otwierają się i zamykają. Czuję wzrastającą potrzebę pilnego podjęcia decyzji. Jeśli stoi za tym Remontoire, może nie być w stanie zaoferować nam wielu okazji do ucieczki. Wkrótce, bardzo niedługo, będę musiał wykonać swoje posunięcie.